Nie dla Gingera

Z gadziej perspektywy

W dalekiej, ale unijnoeuropejskiej Portugalii elektorat zbuntował się, kiedy tamtejszy parlament zechciał obniżyć niekaralny próg poziomu alkoholu w organizmie z 0,5 promila do 0,2. Pomimo żywiołowych akcji i demonstracji inspirowanych przez środowiska winiarskie elity władzy okazały się tam znieczulone na głos ludu. U nas, gdyby lobby związane z przemysłem gorzelniczym zaproponowało skok na 0,5% i zyskało odpowiednie społeczne poparcie, na pewno parlament nie byłby głuchy na głos ludu głosującego.
W dalekich, ale sojuszniczych USA zaprezentowano zapowiadany od lat przez proroków skoku technologicznego nowy pojazd zwany Gingerem. Wygląda komicznie, jak elegancka kosiarka do trawy, ale ma rewolucyjny system kierowania. Pojazd czyta w myślach kierującego, błyskawicznie reaguje na sygnały wysyłane z mózgu, przez komputer, do pojazdowego ośrodka kierowniczego. Niestety, wiele wskazuje na to, że ten rewolucyjny pojazd w Polsce nie przyjmie się.
Pytani o jego ewentualne użytkowanie ludzie reprezentujący elity władzy, a także umysłu naszego kraju zgodnie odpowiadali, że nigdy na coś takiego nie wsiądą. Nie tylko dlatego, że ów pojazd osiąga maksymalnie około 30 km na godzinę, czyli mniej niż szybki rower. Po prostu prezentuje się fatalnie. Który z dumnych Polaków, reprezentantów narodu dosiadającego kiedyś araby, a aktualnie beemwice i merole, zechce na taką hulajnogę wskoczyć?
Jednak zbiorowe, zgodne odrzucenie Gingera przez naród najlepszy na tym najlepszym ze światów wynika z innego powodu. Ginger jest kierowany za pomocą myśli. Czyli jest jednocześnie testem na sprawność mózgową. Kierując samochodem albo motocyklem zawsze można swoje niepowodzenia zwalić na niesprawny mechaniczny układ kierowniczy czy słabe hamulce. Tu cała odpowiedzialność spoczywa na jakości mózgu kierującego. Lepiej zatem nie poddawać się codziennie takiemu sprawdzianowi.
Zapewne Ginger wprowadzony do naszej, zwłaszcza miejskiej komunikacji wykluczyłby plagę wypadków spowodowanych pijaństwem. Wystarczyłoby przecież odpowiednio go zaprogramować i wyposażyć w elektroniczny test-alkomat. Wypiłeś – Ginger mówi, że nie jedzie. Niewątpliwie tak zaprogramowany Ginger powinien zostać wprowadzony jako obowiązkowe wyposażenie parlamentarzystów. Raz na zawsze skończyłyby się dyskusje o tym, czy zatrzymany parlamentarzysta pachniał czystą wódką, czy jedynie płynem do spryskiwania szyb. Poseł zachowałby immunitet pod warunkiem, że korzysta, przynajmniej w miastach, z Gingera.
Wtedy nie trzeba byłoby łamać głów konstytucjonalistów zastanawiających się obecnie, co będzie z posłami skazanymi prawomocnymi wyrokami na karę więzienia. Gdzie ich potem osadzić? Czy w przepełnionych zakładach karnych, czy w równie przepełnionym hotelu sejmowym (po zamontowaniu krat w oknach). Jeśli w ZK, to osadzony poseł musiałby na posiedzenie uzyskiwać przepustkę od pana naczelnika. Konwojowaniem zajęłaby się straż marszałkowska, odciążając budżetowo policję państwową.
Ale Ginger nie przyjmie się w naszym postszlacheckim, skatolicyzowanym społeczeństwie. Barierą jest nie tylko sprawność mózgowa społeczeństwa, ale przede wszystkim jego zamiłowanie do szpanu.
Chyba że cwani Amerykanie zaczną robić Gingera specjalnie na nasz rynek. Ze złotymi kierownicami i lśniącymi felgami. Dwuosobowego. Na przedzie kierowca służbowy, a z tyłu lektykowate siedzenie dla pasażera. To się może sprzeda.

Wydanie: 50/2001

Kategorie: Blog

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy