Nie można dać się zastraszyć – rozmowa z Piotrem Ciszewskim

Nie można dać się zastraszyć – rozmowa z Piotrem Ciszewskim

Kiedy pojawiają się roszczenia reprywatyzacyjne, miasto nie próbuje ich podważyć, bo „i tak przegramy”. Jeśli nie będzie się bronić, przegra na pewno

Piotr Ciszewski – prezes Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów

We wrześniu 2012 r. Piotr Ciszewski brał udział w głośnej blokadzie eksmisji inwalidki mieszkającej w zreprywatyzowanej kamienicy przy ul. Hożej 1 w Warszawie. Podczas blokady policja ukarała 31 uczestników mandatami za tamowanie ruchu oraz nieopuszczenie zbiegowiska publicznego. Ciszewski jako jedyny nie przyjął mandatu. Na wniosek funkcjonariuszy sprawa trafiła do sądu. 23 stycznia 2014 r. Sąd Rejonowy dla m.st. Warszawy uniewinnił go.

Jako jedyny nie przyjąłeś od policjantów mandatu. Dlaczego? W internecie można było przeczytać opinie zdziwionych ludzi, którzy sympatyzowali z tobą, ale pisali: „Po co mu to łażenie po sądach? Przecież to tylko 200 zł”.
– Dla zasady. Chciałem pokazać, że jest szansa na wygraną. Kiedy jest się niewinnym, nie można dać się zastraszyć. To bardzo ważne w działaniach lokatorskich, blokadach eksmisji, różnego rodzaju protestach. Bardzo łatwo zasypać ludzi mandatami za różne wykroczenia. Z doświadczenia wiem, że każdą pikietę można uznać za nielegalne zgromadzenie. Zawsze znajdzie się policjant, który zezna „jak trzeba”, żeby kogoś skazać. Ja wyszedłem z założenia, że jeśli jest się niewinnym, trzeba się bronić.
Policjanci zarzucali wam, że blokowaliście ruch uliczny i nie rozeszliście się na ich wezwanie. Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów także zgłosiło zastrzeżenia do postępowania funkcjonariuszy.

Jak mundurowi zachowywali się podczas blokady eksmisji?
– To można było zobaczyć na materiałach z monitoringu policyjnego, które były prezentowane w sądzie. Na jednym z nich widać moment wejścia do mieszkania. Najpierw funkcjonariusze wyłamali drzwi, potem weszli do środka, wyciągali ludzi i ciągnęli ich po schodach. Oczywiście nie obyło się bez bluzgów wykrzykiwanych przez policjantów. To nagranie jak na dłoni pokazało, kto był wtedy agresywny.

W jaki sposób policjanci starali się udowodnić w sądzie twoją winę?
– Sam sąd przyznał, że zeznania policjantów sprawiają wrażenie, jakby były mechanicznie uzgadniane co do pewnych elementów. Moim zdaniem, pewne jest to, że wszyscy korzystali z jednej notatki służbowej, której przed rozprawą się wyuczyli, dzięki czemu wiedzieli, co mają mówić. Kiedy jednak sąd pytał o szczegóły, ich pamięć szwankowała. Niektórzy nie potrafili precyzyjnie powiedzieć, czego dotyczyła sprawa lub w którym miejscu legitymowano protestujących. Część funkcjonariuszy twierdziła, że robiła to na jezdni, ponieważ blokowaliśmy ruch. Twierdzili też, że wzywali zgromadzonych do rozejścia się, jednak nie potrafili powiedzieć, w jaki sposób. Czy za pomocą megafonu, czy inaczej. Zdarzali się tacy, którzy mówili, że podchodzili do poszczególnych osób i mówili im, że mają się rozejść. Drugi film, który pokazano w sądzie, udowodnił, że nie mogło być mowy o jakimkolwiek blokowaniu ruchu. Podsumowując nagrany materiał, sąd stwierdził, że jedynym wezwaniem ze strony policji było żądanie legitymowania się. Dodał także, że trudno byłoby nam się rozejść, skoro zostaliśmy otoczeni kordonem, z którego nikogo nie wypuszczano.

Jak długo trwał proces? Ile rozpraw się odbyło?
– Proces rozpoczął się w lutym zeszłego roku. Odbyło się pięć rozpraw. Szósta została odwołana z powodu choroby protokolanta. Sprawę rozpatrywały dwa składy sędziowskie. Moim zdaniem, to paranoja, że tak długo to trwało i podatnik musiał płacić za rozpatrywanie tak absurdalnych zarzutów.

Stawianie się w sądzie nie było uciążliwe?
– Bardzo dotkliwe było to, że ciągle musiałem zeznawać. Oczywiście nie mu­siałem się stawiać na rozprawach, bo mogły się odbywać zaocznie, ale podejrzewam, że jeślibym tak robił, nie zostałyby przedstawione nagrania z monitoringu. Gdyby sąd opierał się tylko na moich zeznaniach z pierwszej rozprawy, dałby wiarę policjantom, bo nie byłoby komu obalić ich twierdzeń.

Twój proces nie był jedynym przypadkiem wytoczenia sprawy przez policję członkowi ruchu lokatorskiego.
– Mam już dwa uniewinnienia. Pierwsze związane było z wyrokiem nakazowym w wysokości 500 zł, który otrzymałem za organizację jednej z pikiet ku pamięci zamordowanej działaczki lokatorskiej Joli Brzeskiej. Wtedy chodziło o to, że nie dopilnowałem formalności i zgłosiłem manifestację dzień po wymaganym terminie. Po moim odwołaniu od wyroku sąd uniewinnił mnie, nawet mnie nie wzywając. Ciekawe jest uzasadnienie tej decyzji. Sąd stwierdził, że jeśli mechanicznie potraktować zapisy prawa, to doszło do wykroczenia, jednak nie można w tym przypadku mówić o szkodliwości społecznej czynu. A to właśnie ją powinno się brać pod uwagę przy karaniu za czyn. Inni działacze lokatorscy także byli uniewinniani od zarzutu organizacji nielegalnych zgromadzeń.
Reprywatyzacja to ciągle nierozwiązany problem Warszawy. Brakuje ustawy, ludzie są rugowani z mieszkań, a cwaniacy handlują roszczeniami. Jak sytuację w mieście ocenia Warszawskie

Stowarzyszenie Lokatorów?
– Niedawno, po tym jak zaczęliśmy robić trochę szumu wokół reprywatyzacji, na stronach urzędu miasta ukazał się ramowy projekt ustawy reprywatyzacyjnej. Po pierwsze, jest to projekt, który niewiele daje lokatorom, a po drugie, to bubel prawny i może otwierać drogę do bardzo niebezpiecznych działań.

Dlaczego?
– Nadal zakłada się tam, gdzie to możliwe, zwrot budynków w naturze. Tylko wtedy, kiedy plan zagospodarowania lub niemożność ustalenia statusu prawnego przeszkadzają zwrotowi, osoby zgłaszające roszczenia mogą się ubiegać o rekompensatę. Projekt jest groźny również dlatego, że znajdują się w nim zapisy mówiące o tym, że w celu zaspokojenia roszczeń spadkobierców właścicieli miasto może założyć spółkę akcyjną administrującą należącymi do niego nieruchomościami, która będzie finansować te roszczenia ze swoich zysków. Prawdopodobnie czynsze w lokalach użytkowych poszybowałyby w górę i nie obyłoby się bez podwyżek czynszów w mieszkaniach komunalnych. Samo powołanie spółki stanowiłoby wstęp do prywatyzacji miasta.

Jak więc zamierzacie dalej bronić lokatorów?
– Domagamy się konsultacji wszystkich projektów związanych z reprywatyzacją. To nie jest tak – jak mówią włodarze miasta – że nie mają wpływu na władzę centralną. Warszawą rządzi ekipa z tej samej partii, która współtworzy obecną koalicję. Pani prezydent stolicy jest przecież wiceszefową Platformy Obywatelskiej. Dlaczego więc nie może uregulować tak palącej kwestii? Brakuje głównie woli politycznej, nie możliwości. Będziemy się także domagali transparentności działania urzędników zarządzających zasobami mieszkaniowymi. Jak bardzo to ważne, dowiodła sprawa Jakuba Rudnickiego, urzędnika, który najpierw decydował o roszczeniach i reprywatyzacji, a potem sam został kamienicznikiem. Zawsze jest tak, że w jakiś tajemniczy sposób skupywacze roszczeń dowiadują się, kto do jakiego budynku zgłasza roszczenia, jakie roszczenia są najbardziej opłacalne i mogą być szybko załatwione. Konieczne jest zrobienie porządku w Biurze Gospodarki Nieruchomościami. Jego dyrektor, pan Marcin Bajko, powinien ponieść konsekwencje działań swojego podwładnego i w ogóle tego, co się dzieje z miejskimi nieruchomościami. Miasto nie dba przed sądami o obronę swoich interesów. Kiedy pojawiają się roszczenia reprywatyzacyjne, nie stara się ich podważyć, bo według oficjalnej wykładni urzędu, „i tak przegramy”. Skoro nie będziemy się bronić w sądzie, to na pewno przegramy.

Wydanie: 6/2014

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy