Nie przyzwyczajać się

Nie przyzwyczajać się

Przyzwyczajenie jest drugą naturą, jak wiadomo, na szczęście można sobie wybrać dobre lub złe, do tego służy nam wolna wola. Możemy, na przykład, przyzwyczaić się do tego, że poseł wybrany z listy solidarnych, po wyborach przechodzi do partii liberalnych lub odwrotnie. Senacki marszałek Borusewicz całą swoją piękną biografią ręczy w TV, że to jest dozwolone, a nawet chwalebne, mamy wolność, powiada, jednostka ma prawo wybrać sobie w każdej chwili partię zgodnie ze swoim sumieniem, a że w demokracji mamy też równość, co wolno zwykłemu człowiekowi, to też musi być wolno człowiekowi poselskiemu czy senatorskiemu. Trochę wydłużyłem wypowiedź niezbyt elokwentnego marszałka Borusewicza, któremu zazwyczaj połowa takiej ilości słów wystarcza do obsłużenia najzawilszej sytuacji politycznej. On się już przyzwyczaił. W okresie międzywojennym, w tej wzorcowej II RP, tylko bardzo mocne uzasadnienie zmiany partii osłabiało nieco zarzuty nielojalności, braku honoru, braku zasad, cynizmu, karierowiczostwa, miedzianego czoła, czyli bezwstydu itp. Dziś skoczkowie wielopartyjni są zadowoleni z siebie i obywatele są zadowoleni, bo mają z nich rozrywkę. Cała prawna treść stosunku zachodzącego między politykiem a zwolennikami i członkami jego partii wyparowała. Liczą się jeszcze trochę umowy spisane na papierze, natomiast taka oczywistość, że występując pod szyldem jakiejś partii, polityk podejmuje zobowiązanie wobec tysięcy członków tej partii i milionów obywateli, że daje im słowo i że zmieniając szyld, łamie to słowo, została zamącona i należy już do staroświeckich przesądów. Wobec wrogów w czasie wojny lub rewolucji trzeba udawać, ukrywać, kim się jest; nasi politycy tamte wzory naśladują w czasie pokoju i starają się oszukiwać nas, obywateli. Niewiele brakowało, a w rządzie liberalnego Tuska znalazłby się PiS-owiec, primo voto ZchN-owiec Marcinkiewicz, ale nie chciał, bo na posadzie w Londynie lepiej zarabia. Radek Sikorski przeleciał parę skrajnie prawicowych partii (PiS do nich zaliczam), po drodze popełnił kilka niedyplomatycznych lapsusów i fopasów, i zdaniem Tuska okazał się świetnym kandydatem na szefa dyplomacji, podczas gdy każdy widzi, że jeszcze przez ładnych kilka lat powinien nosić teczkę za Geremkiem. Ponieważ przyzwyczailiśmy się, że kapral może stać ponad generałami, a Macierewicz – jeszcze rok, a byłby zdrów, ale go za wcześnie wypuścili – może mieć pieczę nad tajemnicami wywiadu, to pokażcie mi, kto nie ma kwalifikacji żeby zastąpić panią Fotygę?

*

Kilkanaście lat temu głosiłem taki oto pogląd: ponieważ społeczeństwo polskie cierpi na ubóstwo instytucji – na górze rząd, na dole magma bądź lotne piaski – trzeba, żeby Kościół był obecny w życiu publicznym; nie ma niebezpieczeństwa państwa wyznaniowego ani zbyt dużej roli politycznej Kościoła, bo jego oddziaływanie będzie limitowane jego misją religijną, a żądania materialne kleru da się zaspokoić niedużym kosztem, itp. Trudno o bardziej naiwnego futurologa. Kościół ciągnie pieniądze od ludzi i państwa i ciągle głodny. Coraz nowe budowle i całe osiedla mieszkaniowe dowiadują się, że stoją na terenach kościelnych. Największe dotacje z UE dla rolnictwa trafiają do Kościoła, największego właściciela ziemskiego w Polsce. Wszystkie przeszkody na drodze swojej ekspansji rozbija taranem Jana Pawła II, którego bałwochwalczy kult z powodzeniem narzuca całemu państwu. Wszędzie obecny, wszędzie się wciska, wszystko skrapia święconą wodą; od patetycznego, napuszonego i pustego języka jego sług odbija się wszelka krytyka czy rzeczowa argumentacja. Co oni głoszą, do niczego ich nie zobowiązuje; albo to wiadomo, co oni głoszą? Ich styl to metafora na metaforze i metaforą pogania. (Arcybiskup Marcel Lefebvre był bardzo konserwatywny i chciał zrobić schizmę, ale przynajmniej było wiadomo, co on twierdził). W wojsku korpus kapelanów ważniejszy od korpusu oficerskiego. Służba celna nie może działać bez sobie przypisanych kapelanów. Z „Gazety Wyborczej” dowiaduję się, że na żądanie Episkopatu w każdej komendzie policji musi być kaplica. „Dla zapewnienia posługi duszpasterskiej w jednostkach organizacyjnych Policji tworzy się w miarę możliwości kaplice lub izby modlitwy z odpowiednim zabezpieczeniem logistycznym i zgodnie z wymogami liturgicznymi” – stwierdza się w umowie ministra spraw wewnętrznych z delegatem Konferencji Episkopatu Polski ds. Duszpasterstwa Policji. W siedzibach policji przeważnie ścisk i jeden z komendantów mówi, że „w ostateczności zamienię na kaplicę swój gabinet. Jak ktoś będzie chciał się modlić, to poczekam w sekretariacie” („Gazeta Wyborcza” z 14 listopada, nie z 1 kwietnia). Wzmaga się wpływ Kościoła na życie umysłowe, zamulając je podniosłym pustosłowiem i tłumiąc resztki tradycji oświeceniowej. Kościół w Polsce wraca do swojej – porzuconej na Zachodzie – roli policji myśli. W tym jest naprawdę groźny, ale ludziom, którzy nie myślą, to nie przeszkadza. Szef również groźnej tajno-telewizyjnej policji antykorupcyjnej zapewniał: kto jest niewinny, nie ma powodu nas się bać. Podobnie powinni głosić biskupi: kto jest bezmyślny, nie ma powodu nas się bać. Rektorzy i senaty niektórych uniwersytetów już się nie boją: maszerują w pierwszym szeregu procesji Bożego Ciała. Ale przyzwyczajać się do tego nie należy.

Wydanie: 47/2007

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy