Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Pisaliśmy tydzień temu o ciężkiej doli wiceministra Ryszarda Schnepfa, który chciałby pojechać do Hiszpanii na ambasadora. No i proszę, życie dopisuje do tych marzeń kolejne rozdziały. Bo Schnepf ma przed sobą tor przeszkód. Pierwszą przeszkodę w zasadzie już minął – to Jarosław Starzyk, którego Anna Fotyga desygnowała na stanowisko ambasadora w Hiszpanii. Trzeba trafu, w pakiecie, razem z Andrzejem Sadosiem (OBWE Wiedeń) i Robertem Kupieckim (Waszyngton). Więc – to są opowieści z MSZ-etowskich korytarzy – trzeba było tę kandydaturę zablokować. A jak? Dołączyć Starzyka do Sadosia, wmówić Tuskowi, że on też był w MSZ PiS-owską Wunderwaffe. Zdaje się, że to się udało.
A teraz została do minięcia druga przeszkoda, czyli prezydent Lech Kaczyński. Bez jego zgody Schnepf ambasadorem nie zostanie. Więc w ubiegłym tygodniu mieliśmy wysyp artykułów, w różnych gazetach, że Schnepf byłby najlepszym ambasadorem w Madrycie, że lubi i szanuje prezydenta RP i że złą opinię u Lecha Kaczyńskiego robią mu pojedynczy ludzie, zwłaszcza Jan Kobylański i ks. Rydzyk, a tak w zasadzie to wszystko opiera się na nieporozumieniu. Więc teraz, prezydencie, wybieraj: czy będziesz blokował wyjazd fachowca, który darzy cię sympatią? Czy ugniesz się przed Rydzykiem? Tak to wszystko zostało skonstruowane, że ludzie w MSZ cmokają z zachwytu. Bo trzeba być artystą (i mieć sporo wolnego czasu), by zbudować wokół swego wyjazdu takie lobby i dotrzeć do tylu dziennikarzy.
Przypomina się więc stary MSZ-etowski dowcip. Co jest najważniejsze w MSZ, żeby dobrze wyjechać za granicę? Pochodzenie. Bo trzeba dobrze pochodzić.
Historia Schnepfa jest przy okazji ilustracją pewnego problemu. Otóż ekipa Sikorskiego, jego wiceministrowie, dyrektorzy, tak naprawdę nie ma głowy do polityki zagranicznej, bo zajmuje się załatwianiem sobie zagranicznej placówki. Z tej grupy wybił się jedynie dyrektor generalny Rafał Wiśniewski. Wiele mówiono, że szykuje się do wyjazdu do Kanady, tymczasem publicznie ogłosił, że wyjeżdżać nie zamierza.
Ale inni nie mają takich zahamowań.
Przyszedł niedawno do MSZ Witold Spirydowicz, na stanowisko wicedyrektora Biura Dyrektora Generalnego. W MSZ zasłynął w latach 90., kiedy był konsulem w Wiedniu. To wtedy zyskał przydomek „Skarbonka”. Potem był w Niemczech, a potem u Sikorskiego w MON. Teraz Sikorski ściągnął go do MSZ, dając mu stanowisko ewidentnie przejściowe, takie na poprzyglądanie się. Więc od razu pojawiły się spekulacje, kim Spirydowicz będzie za chwilę. Czy pełnym dyrektorem biura? Czy dyrektorem kadr (jest tu wakat)? I tak spekulowano, aż wreszcie ktoś przyniósł wiadomość, że jego żona (też pracuje w MSZ) mówi, że najchętniej to by wyjechali. A gdzie? Więc już całe MSZ wie, że chodzi o Vancouver.
Czyli o konsulat z najwyższej półki, gdzie pracy jest niewiele, za to przyjemności masa – bo to spokojna British Columbia, bo dobry przelicznik, bo rano można jeździć na nartach, a po południu opalać się na jachcie, bo tak daleko delegacje z Polski nie przyjeżdżają.
Śmieliśmy się tydzień temu z premiera Tuska, który skarżył się na Amerykanów, że on o ideach, a oni o biznesie. Panie premierze, to wyślij im na rozmowy Schnepfa, Spirydowicza i jeszcze paru. To będziesz pan miał biznes.

Wydanie: 10/2008

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy