Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Był w ubiegłym tygodniu prezydent Lech Kaczyński w Ameryce. I zaraz posypały się w MSZ komentarze dotyczące tego wydarzenia. A raczej – pewnych okoliczności z tym związanych.
Zacznijmy od Sadosia. Otóż ten wiceminister, gdy przyszedł z Kancelarii Premiera do MSZ, niemal od startu wykonał dwa działania. Po pierwsze, wprowadził się do gabinetu Rafała Wiśniewskiego, tak jakby chciał pokazać, że jego na górze (gdy jeszcze był w MSZ jako rzecznik i pełnomocnik od obrazu Polski w świecie, darł koty z Wiśniewskim…). Po drugie, na dzień dobry, w czwartek, 13 września, wyrzucił Marcina Nawrota z funkcji dyrektora Departamentu Systemu Narodów Zjednoczonych i Problemów Globalnych. A w zasadzie nie tak zupełnie go wyrzucił, tylko przeniósł na stanowisko wicedyrektora w Departamencie Zagranicznej Polityki Ekonomicznej. No i MSZ zgłupiało. Bo w ten sposób Nawrot zaliczył trzy stanowiska dyrektorskie w ciągu roku. Bo jeszcze przed DSNZ był wicedyrektorem w Departamencie Systemu Informacji. I jeżeli kierowanie DSI czy DSNZ da się wytłumaczyć, bo był przez cztery lata w naszym przedstawicielstwie przy ONZ, był radcą, to jego pracy w Departamencie Zagranicznej Polityki Ekonomicznej wytłumaczyć nijak się nie da. Chyba że uznamy, że to nie departament, tylko atrapa. Albo że Sadosiowi było wszystko jedno, bo chciał się na Nawrocie odegrać i już.
Przy okazji tej zmiany mieliśmy taką sytuację, że prezydent jechał do Nowego Jorku na sesję ONZ, a tymczasem departament zajmujący się ONZ nie miał dyrektora! W najważniejszych dla siebie dniach. Więc siłą rzeczy sprawy związane z obsługą prezydenta spadły na ambasadora RP przy ONZ, Andrzeja Towpika. Tego samego, którego dwa lata temu odsądzano od czci i wiary i mówiono, że trzeba go odwołać, bo to komuch.
A teraz ten komuch ratował Kaczyńskiego.
No cóż, świat jest tak skonstruowany, że ważniejsze od tego, jakie piekarz ma poglądy, jest to, czy potrafi upiec chleb. Ale, zdaje się, ta prawda do pani Fotygi jeszcze nie dociera…
Parę miesięcy temu miało miejsce w Sejmie dużo mówiące wydarzenie. Otóż komisja sejmowa przesłuchiwała kandydata na konsula w Malmö, Jarosława Łasińskiego. Tego samego, którego w roku 2005 odwołała ze stanowiska konsula generalnego w Chicago Anna Fotyga i wypchnęła do rezerwy kadrowej MSZ. I oto niespodziewanie głos zabrał Andrzej Czuma, dziś w PO, a jeszcze za PRL jeden z czołowych działaczy opozycji, a potem działacz polonijny w Chicago. I powiedział takie słowa: „Jestem zdumiony, że tak doskonały pracownik polskiej służby konsularnej, jakim jest Jarosław Łasiński, został skierowany na tak małą placówkę. Obecnego tutaj kandydata, a raczej znakomite efekty jego pracy, miałem okazję obserwować w Chicago. Co prawda, nie znamy się osobiście, ale proponowany kandydat miał doskonałą opinię w środowisku Polonii amerykańskiej także wtedy, kiedy pracował w Waszyngtonie. Dlatego nie mogę powstrzymać się z pytaniem, dlaczego misja w Chicago trwała tak krótko? Wszyscy byliśmy zaskoczeni, a wręcz zdumieni, że Jarosław Łasiński znalazł się poza pracą, którą świetnie tam wykonywał. Pozostawanie w dyspozycji Biura Kadr i Szkolenia w MSZ wydaje mi się stratą czasu dla tak świetnie wykształconego i tak dobrze spisującego się dyplomaty i pracownika służby konsularnej”.
Panie Czuma, to pan nie wie, że gdyby Łasiński był PiS-owcem albo znajomym PiS-owca, byłby tym konsulem do dziś? Przecież to pan wie. Więc skąd to zdziwienie?

Wydanie: 40/2009

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy