Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Ojej, ale ta konferencja ambasadorów się dłużyła. Trwało to i trwało, w poniedziałek do 21.00. Ludzie padali ze znużenia. Ale nie przeszkodziło to im bystrze spoglądać, kto jest, a kogo nie ma. Kto zabiera głos, a kto urywa się na spotkanie z jakimś ważnym patronem. I kto z kim siedzi.
Z tym kto jest, a kogo nie ma, to była ciekawa sprawa. Otóż, jak plotkowano, na konferencję zostali zaproszeni również ci, którzy ambasadorami jeszcze nie są, ale niedługo na placówkę wyjadą. To zresztą było logiczne, bo jeżeli ktoś za parę tygodni obejmie placówkę, powinien być na bieżąco z MSZ-etowskimi sprawami. Ale, z drugiej strony, nie zauważyliśmy, by na konferencji byli ambasadorowie, którzy z placówek mają lada moment wrócić. Teoretycznie jest w tym jakaś logika, bo jeżeli jakiś ambasador za miesiąc, dwa zjeżdża do Warszawy, to nie jest mu potrzebna jakaś dodatkowa wiedza na temat nowych trendów w polskiej polityce zagranicznej. Ale, z drugiej strony, ta wiedza przydałaby się jego podwładnym… A kto im ją przekaże?
Zasada, że na konferencję nie przyjeżdżają ambasadorowie, którzy lada moment wrócą do kraju, była odczytywana także w inny sposób – że ci, którzy przyjechali, tak prędko swych misji nie będą kończyć. Jeżeli więc w kuluarach przechadzali się na przykład Jerzy Bahr z Wilna i Marek Ziółkowski z Kijowa, to wniosek był jeden – plotki o tym, że mieliby kończyć swe kadencje i że już są kandydaci na ich miejsce, są – na razie – plotkami.
Inaczej z kolei mówiono o Zbigniewie Raczyńskim, którego kandydaturę na stanowisko ambasadora w Tunezji parę tygodni temu zatwierdziła komisja sejmowa. Otóż z Raczyńskim, który odpowiada za \”wschodnie skrzydło\” Departamentu Europy, nie ma specjalnej ochoty rozstawać się minister Cimoszewicz. No bo kto miałby go zastąpić? To jest jakiś ból głowy… A z drugiej strony, nasuwa się pytanie, dlaczego tak łatwo ministerstwo zgodziło się na to, by człowiek odpowiadający za Europę Wschodnią pojechał do państwa arabskiego. W ten sposób okazuje się, że w MSZ pracuje masa ludzi, ale – gdy przychodzi szukać fachowców od Rosji, Ukrainy czy od spraw gospodarczych – jakoś ich brakuje.
A propos Wschodu – w tym całym narzekaniu kolportowano informację, że dobre oceny zebrali konsulowie kierujący naszymi placówkami na wschód od Bugu. Hm… kolejki po wizę nadal są, ale jakoś to funkcjonuje. Wiesław Osuchowski radzi sobie we Lwowie (mało kogo to dziwi, bo kto ma lepsze podejście do Polaków mieszkających za granicą niż on?), Sylwester Szostak w Kijowie (lata doświadczeń procentują), a Wojciech Gałązka w Łucku (a mówili, że jest za młody…). Więc teraz starzy wyjadacze główkują, jak to wszystko zinterpretować. Tzn. czy wschodnie konsulaty rzeczywiście sobie poradziły? A po drugie, komu zależy na tym, żeby takie wieści puszczać w gmach…
Takie jest MSZ, tu wszystko ma jakieś trzecie czy czwarte dno. A jeżeli nawet nie ma, to i tak się go szuka

Wydanie: 29/2004

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy