Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Po uchwaleniu budżetu, który już podobno mamy – piszę podobno, ponieważ nie wyraził się jeszcze o nim Senat – najbardziej zadowolony jest premier Marcinkiewicz. A to jest ważne, ponieważ, jak się okazuje, jest on najbardziej ulubionym premierem wszystkich Polaków. I słupek póki co rośnie mu wyłącznie do góry, chociaż są i tacy, którzy powiadają, że Leszek Miller był lepszy, dopóki nie założył grupy sprawującej władzę.
Ale czego i kogo nie cierpią ludzie zawistni?!
Tych, którzy odnoszą sukcesy!
A jeżeli, nie daj Boże, jeszcze się z nimi obnoszą, i to wszędzie, to mają przechlapane nawet u Jarosława Kaczyńskiego, którego premier jest premierem.
A dlaczego tak się dzieje?! – pytają niekumaci.
Być może dlatego, żeby Polak, zanim zostanie słynnym na całą Europę hydraulikiem, był zahartowany, jeżeli chodzi o tak zwane przeciwności losu. I to od małego. I dlatego prawdopodobnie nie zlikwidowano na przykład zakazu, dzięki któremu na maturze z fizyki zarówno w tym roku, jak i w ubiegłym nie wolno podczas egzaminu używać linijki.
Nie wolno i już.
Maturzyści do rysowania wykresów podczas zdawania tego przedmiotu musieli w niedalekiej przeszłości używać wyłączonych kalkulatorów, dowodów osobistych, praw jazdy, a nawet i paska od spodni, bo takie zdarzenie też miało miejsce.
Co ciekawe, ta sama linijka, która stanowiła i stanowi w dalszym ciągu jakąś nieobliczalną tajną broń dla przyszłych fizyków, jest już nic nieznaczącą, niewinną pomocą naukową dla matematyków, geografów, a nawet biologów.
Kuratorzy, którzy przejmują się maturami, twierdzą, że to nie jest żaden zakaz, ale zwykłe, ludzkie niedopatrzenie jakiegoś urzędnika. Ale ponieważ nie wiadomo, który urzędnik to przeoczył, zakaz obowiązuje w dalszym ciągu.
Natomiast na pytanie zdziwionych i nawet niezorientowanych: Jakim cudem ten budżet państwa został uchwalony?, odpowiem taką oto anegdotą.
Słynny amerykański gangster Al Capone mówi do swojego syna: – Pamiętaj chłopcze o jednym. Więcej można zdziałać uprzejmym słowem i nabitym pistoletem niż samym uprzejmym słowem.

Mili ludzie przypomnieli nam, że „przygoda”, którą przeżył ambasador RP w Czechach, Andrzej Załucki, którego wykreślono ze składu delegacji premiera, to nie jest coś wyjątkowego. To po prostu norma nowej ekipy.
Kilkanaście dni temu byliśmy świadkami wielkiej awantury w Sejmie, kiedy to marszałek Sejmu, Marek Jurek, siłował się z wicemarszałkiem Markiem Kotlinowskim o to, kto ma prowadzić obrady. Efekt tej awantury był też taki, że marszałek Jurek, by pilnować spraw sejmowych, odwołał oficjalną wizytę na Litwie.
I może dobrze, że odwołał, bo bylibyśmy świadkami podobnego skandalu co w Pradze. Otóż – takie są zasady dyplomacji – marszałkowi Sejmu, już na miejscu w Wilnie, towarzyszyć powinien ambasador RP. Ale tym ambasadorem jest Janusz Skolimowski, który znalazł się na „liście 10” do odwołania. I oto do Skolimowskiego wysłano depeszę, żeby na czas wizyty Marka Jurka udał się na zwolnienie lekarskie. Żeby nie było go w delegacji i już.
Od kolejnego zgrzytu byliśmy więc o krok, ale jakoś go uniknęliśmy, przykrywając jeszcze większym zgrzytem, czyli odwołaniem wizyty. Gestem mało eleganckim.
Coś z tymi mało eleganckimi gestami trzeba będzie zrobić. Na razie mamy reorganizację. W MSZ podzielono Departament Europy na dwa, jeden od Zachodu, drugi od Wschodu. To zresztą żadna nowość, tak już w historii bywało, że mieliśmy departamenty Europa I i Europa II. Ba, w latach 70. było tak, że najpierw był Departament ds. Stosunków z ZSRR, potem Departament I, czyli kraje socjalistyczne bez ZSRR, a potem cała reszta…
Ale wróćmy do naszych czasów. Otóż warta zauważenia jest nomenklatura – nowa komórka otrzymała nazwę Departament Polityki Wschodniej. No i zajmować się będzie krajami byłego ZSRR, oczywiście z wyłączeniem członków NATO i UE, czyli Litwy, Łotwy i Estonii.
Nowy departament ma już zresztą na koncie mały sukces. Władze Białorusi udzieliły agrément naszemu kandydatowi na ambasadora, Henrykowi Litwinowi. To była pewna niespodzianka, bo gdy MSZ składało wniosek o agrément, Białorusini przyjmując go, zastrzegli, żeby ich nie ponaglać, gdy będą wniosek rozpatrywać. Co poniektórzy zaczęli więc bąkać, że trzeba będzie wziąć na wstrzymanie i że Mińsk przetrzyma Litwina parę miesięcy.
Tymczasem wszystko poszło nadzwyczaj sprawnie, tak szybko, że minęło kilka dni od przydzielenia agrément, a urzędnicy w nowym Departamencie Polityki Wschodniej jeszcze o tym nie wiedzieli.
I teraz, jak to w MSZ, niektórzy zaczęli się zastanawiać, co skłoniło Białorusinów do szybkiego zaakceptowania polskiego kandydata. Na razie po bufecie krąży taka wersja: prezydenckie wybory na Białorusi będą w marcu, więc widocznie bardzo im zależy, żeby w uroczystościach zaprzysiężenia prezydenta (a kto wygra, chyba wiadomo…) uczestniczył również, obok innych ambasadorów państw UE (żaden z Mińska nie wyjechał, podobnie zresztą jak ambasador USA), ambasador Rzeczypospolitej.

 

Wydanie: 5/2006

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy