Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

To się nazywa rzucać grochem o ścianę. Nie tak dawno prosiliśmy ministra Sikorskiego, by przynajmniej na parę chwil odłożył sprawy swojej kampanii i zajął się choć trochę sprawami MSZ, by powalczył o stanowiska dla Polaków w tworzącej się unijnej służbie dyplomatycznej. I co? I nic! Ba, żeby nic – okazuje się, że jest gorzej niż nic.
Oto bowiem 5-6 marca zorganizowany był w Kordobie nieformalny szczyt ministrów spraw zagranicznych państw członkowskich Unii Europejskiej. Na ten szczyt nie dotarł minister Sikorski, a pytany przez dziennikarzy odpowiadał tak: „Nawet politykom należą się weekendy. Spotkanie w Kordobie było nieformalnym spotkaniem z żonami, takim trochę rozrywkowym. Niektóre państwa w ogóle nie były reprezentowane. Polska była kompetentnie reprezentowana przez ambasadora”.
Panie ministrze, co zdanie – to bujda!
Politykom, owszem, należą się weekendy – ale przecież nie z powodu przemęczenia czy też braku więzi rodzinnych nie poleciał pan do Hiszpanii. Bo zamiast do Kordoby udał się pan do Katowic, agitować tamtejszych działaczy PO, bo był zjazd Młodych Demokratów. Wybrał pan prawybory, swój polityczny interes, zamiast zabiegać o polskie interesy. Nieprawdą jest też, że spotkanie w Kordobie było spotkaniem „takim trochę rozrywkowym”. Pan dobrze wie, że w tej strukturze nieformalne spotkania są de facto najważniejsze. Jest zresztą program spotkania, wiadomo, o czym ministrowie dyskutowali. A otóż rozmawiali o sprawach unijnej służby działań zewnętrznych (czytaj: o sprawach kadrowych europejskiej dyplomacji, czyli o tym, gdzie nas nie ma), a także o stosunkach Unii z USA, z Chinami i z Rosją.
No i cóż – okazuje się, że w sprawie stosunków Unia-Rosja Polska nie jest zainteresowana, by cokolwiek powiedzieć. No i w sprawach obsady unijnych placówek też nie ma nic do powiedzenia. Lub też ma, ale naszego ministra spraw zagranicznych to nie obchodzi.
Broniąc się, panie ministrze, przed zarzutem wagarów (to najdelikatniejsze określenie) lub frymarczenia sprawami polskimi w imię partyjnej prywaty (o, to już bardziej dokładne), stwierdził pan, że „niektóre kraje w ogóle nie były reprezentowane”. A przepraszamy, które? A może było tak, że dwa kraje nie były reprezentowane na szczeblu ministrów, których zastępowali wiceministrowie?
No i był trzeci kraj, Polska, który przysłał ambasadora. Przy Unii. Jana Tombińskiego. I przy całej do niego sympatii – cóż znaczy ambasador przy ministrach? Na nieformalnym spotkaniu, gdy podejmuje się rzeczywiste decyzje? Gdzie się negocjuje… Co on może? Kto się z nim liczy?
Dodajmy do tego jeszcze jeden element – nie tak dawno Tombiński, gdy dyskutowano nad różnymi kandydaturami unijnego ministra spraw zagranicznych, głośno zaprotestował przeciwko kandydaturze Massima d’Alemy, zarzucając mu „komunistyczną przeszłość”. To znaczy członkostwo we Włoskiej Partii Komunistycznej. No, nawet zachodni konserwatyści (nie mówiąc o chadekach) takich „argumentów” nie używają, to język skrajnej prawicy, więc Tombiński jest na europejskich salonach traktowany jak powietrze. I takiego człowieka Sikorski wysłał do Kordoby…
Humor, satyra i gorzkie łzy.
Attaché

Wydanie: 11/2010

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy