Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Jeśli spojrzeć na politykę wschodnią, to minister Sikorski chodzi od ściany do ściany. Nie jest w tym zresztą jakimś wyjątkiem, bo tak zachowuje się cała postsolidarnościowa dyplomacja.
Raz więc grzmimy w obronie praw człowieka, innym razem łasimy się do tamtejszych prezydentów, roztaczając wizje gospodarczych kontaktów. Nie sprawia to poważnego wrażenia.
Tę szamotaninę widać jak na dłoni w działaniach i reakcjach ministra Sikorskiego wobec Białorusi. Polska już raz nie uznała wyników wyborów prezydenckich na Białorusi i przez długie miesiące nie wysyłaliśmy tam ambasadora, bo – wiadomo – jeżeli nie uznawaliśmy Łukaszenki, to nasz ambasador nie mógł mu wręczać listów uwierzytelniających.
Ten protest na wiele się nie zdał, więc nastąpił zwrot. I pogodziliśmy się z Łukaszenką, a minister Sikorski zaczął jeździć na Białoruś. I wracał z tych spotkań bardzo zadowolony.
Teraz mieliśmy kolejne wybory i mamy kolejny kłopot. Łukaszenka zwyciężył (czym nikogo nie zaskoczył), ale przy okazji milicja rozpędziła brutalnie demonstrację w Mińsku, pobiła innych kandydatów na prezydenta, działaczy, dziennikarzy.
Co w takiej sytuacji można uczynić? Potępić. Wezwać ambasadora akredytowanego w Warszawie. Wręczyć protest. Swojego wycofać. Zwołać spotkanie ministrów Unii. Rozważyć kroki.
Poszczególne partie i organizacje mogą za to robić, co chcą. Zwoływać wiece poparcia, pomagać rodzinom pobitych itd. To jest ta różnica między polityką zagraniczną a tym, co dzieje się wewnątrz państwa.
Ale, zdaje się, minister Sikorski tego nie rozumie. Brakuje mu naturalnej powściągliwości. I jeżeli dwa lata temu z entuzjazmem opowiadał o białoruskich rozmowach, to dziś gromi Łukaszenkę. W najmniej mądry sposób – bo wyrwał się przed szereg i ogłosił, że nie wygrał on wyborów. I że według jego informacji Łukaszenka zdobył około 40% głosów (a nie 80%), czyli wybory zostały sfałszowane. Czyli Łukaszenka jest fałszerzem i dyktatorem.
To co, czeka nas białoruska powtórka z rozrywki? Znów będziemy bojkotować? No bo jak z fałszerzem i dyktatorem współpracować w czymkolwiek?
W sumie byłoby to najprostsze – głośno grzmieć na Łukaszenkę i ogłaszać embargo. Taka zimna wojna spodobałaby się dziennikarzom tabloidów.
Ale polityka zagraniczna to nie są headline’y kolorowej prasy. Wyznaczają ją cele, które formułowane są w Warszawie. A jej horyzont nie zamyka się perspektywą najbliższego wydania pisma, ba, nie zamyka się też perspektywą najbliższych wyborów.
Polityka wobec Białorusi, siłą rzeczy, musi więc być dziełem skomplikowanym, granym na wielu instrumentach, z efektami obliczonymi na lata, no i przede wszystkim powściągliwa i ostrożna.
Żeby nie było rzucania się od ściany do ściany. I opowieści o tajemniczych danych, anonimowych informacjach i innych tego typu strzałów, które ładnie brzmią w ustach felietonisty, ale śmiesznie w ustach szefa dyplomacji.
To niby wygląda na banał. Ale takich czasów dożyliśmy, że banalnych rad trzeba udzielać.
Attaché

Wydanie: 1/2011

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy