Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Jeżeli za ileś lat ktoś będzie pytał pracowników MSZ, co zapamiętali z czasów Radosława Sikorskiego, to najpewniej mówić będą różne rzeczy, ale o jednej sprawie powie każdy – że zapamiętał te czasy z powodu ciągłych reorganizacji, reform i przeprowadzek. To Sikorski ma we krwi.
Właśnie odbywa się w MSZ kolejna wędrówka ludów, bo mamy tzw. rozrzedzenie czy też wygnanie na Tyniecką.
Na tej Tynieckiej kiedyś była bursa MSZ. Potem Akademia Dyplomatyczna. A teraz te wszystkie pomieszczenia przejmują kolejne departamenty. Zasada jest taka, że przenieść się tam mają tzw. departamenty niepolityczne. Więc przede wszystkim już w całości Archiwum, a także Departament Dyplomacji Publicznej i Kulturalnej, Departament Współpracy Rozwojowej, no i pewnie część finansów.
MSZ pęcznieje więc nam potężnie, kolejne biurowce nie starczają, by pomieścić armię urzędników. A przypomnijmy sobie, że jeszcze nie tak dawno wszyscy mieścili się w szacownym budynku przy al. Szucha…
Przy okazji owego rozrzedzenia dwie sprawy się nasuwają.
Nasamprzód – Akademia Dyplomatyczna. To był pomysł Włodzimierza Cimoszewicza, to za jego czasów rozpoczęła ona działalność. Ale już później, za Mellera, Fotygi, a i teraz jest spychana gdzieś na margines. Nawet lokalowo – gnieździ się w pomieszczeniach PISM.
Dlaczego tak się dzieje?
Wieść gminna głosi, że z banalnego powodu. Otóż akademia wypuszcza rocznie 20-25 absolwentów, którym trzeba znaleźć pracę w MSZ. I teraz wyobraźmy sobie dyrektora generalnego, np. Rafała Wiśniewskiego, który musi tych ludzi zagospodarować. A gdyby nie oni, miałby te stanowiska praktycznie do własnej dyspozycji, o tyle więcej ludzi mógłby rocznie przyjąć, inną drogą.
Dlatego za Fotygi czy za Wiśniewskiego akademia była jak cierń.
Dlaczego więc jeszcze jej nie zlikwidowali? Bo, po pierwsze, byłby rejwach. Lepiej zatem powoli spychać ją w cień. Po drugie, to jest fajny szyld. Pod którym można prowadzić w mieście różne kursy, np. językowe.
Nawiasem mówiąc, sam PISM też jest niedoceniany, a pomysły takie jak swego czasu zaprezentował przewodniczący Rady PISM, Jan Krzysztof Bielecki (kto go tam wepchnął?), żeby zlikwidować bibliotekę instytutu, dobrego klimatu nie czynią…
A teraz kolejna sprawa – otóż owym rozrzedzeniem zawiaduje dobry znajomy paru pokoleń MSZ-etowców, Stanisław Stebelski. W MSZ jest od zawsze, trudno byłoby znaleźć dyplomatę, który przepracowałby ponad 40 lat i miałby dłuższy staż niż on. Pełni on obecnie funkcję wicedyrektora Biura Dyrektora Generalnego i ciężko pracuje. Rozdziela pokoje, przesuwa departamenty, nadzoruje całe rozgęszczenie. Zajmuje się rekrutacją do MSZ. Prowadzi też przygotowania MSZ do bud-żetu zadaniowego.
Czyli wykonuje prace niewdzięczne, które władzy nie dają, za to rodzą pretensje. Bo rozdzielanie pokoi to nic wielkiego, ale ilu jest od razu niezadowolonych! Rodzynki zachowali sobie inni – np. kadrami w MSZ Stebelski już się nie zajmuje, tu coraz częściej głos zabiera sam minister. Znaczy się, ma oko na sprawy najważniejsze.

Attaché

Wydanie: 48/2010

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy