Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Parokrotnie pisaliśmy, że Włodzimierz Cimoszewicz w ambasadorskich nominacjach kieruje się pewnym kluczem. Najchętniej ambasadorami mianuje ludzi z MSZ, jakoś związanych z Kancelarią Prezydenta, 40-, 50-latków. Więc teraz przyszedł czas na odstępstwa od powyższych zasad.

Pierwszym przykładem jest Kazimierz Duchowski, dotychczasowy radca minister pełnomocny ambasady w Phnom Penh, teraz mianowany na pełnego ambasadora. Duchowski ma powyżej 65 lat, jego nominacja jest więc odstępstwem od zasady promowania 40-latków. Ale odstępstwem zrozumiałym, bo Duchowski zna się na swoim zawodzie, w dyplomacji przeszedł wszystkie szczeble kariery, a zanim wyjechał do Kambodży, był szefem komórki kontrolującej zagraniczne placówki.
O ile Duchowski zęby zjadł na dyplomacji, to na pewno homo novus będzie w niej Bogusław Pindur, przyszły ambasador w Tokio. Pindur nigdy nie pracował w dyplomacji, jest pracownikiem naukowym Japonistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Czyli kolegą Henryka Lipszyca, którego do Tokio wysłał na początku lat 90. Krzysztof Skubiszewski. Nominacja Pindura oznacza powrót do zwyczaju mianowania na stanowiska ambasadorów ludzi z uniwersytetów. Jest on więc, podobnie jak Lipszyc, specjalistą od kultury Japonii, tłumaczem tego języka i – mimo że czterdziestkę skończył już jakiś czas temu – wciąż magistrem. Ale za to ma żonę Japonkę, co w kraju Kwitnącej Wiśni jest ważkim argumentem. No i był tłumaczem w Kancelarii Prezydenta podczas niedawnej wizyty cesarza w Polsce.
Ale czy Japończykom to wystarczy? Od lat nie ukrywają, że chcieliby, by do Tokio przyjechała osoba ustosunkowana, mająca w Warszawie bezpośrednie dojścia do najważniejszych gabinetów, znająca się na biznesie. Tymczasem wciąż wysyłamy tam debiutantów, osoby z innej bajki.
Cha! Przez moment poszła po MSZ wieść, że do Japonii pojedzie nie Pindur, tylko Janusz Omietański. Przemawiało za nim kilka argumentów. Po pierwsze, jest japonistą, nauczył się tego języka w Moskwie, ale nie na MGIMO, tylko na MGU im. Łomonosowa. Po drugie, ma długie doświadczenie w pracy w MSZ. Był już zresztą na placówce w Tokio, jako I sekretarz, na przełomie lat 70. i 80. Właśnie wtedy, kiedy jego szef, ambasador Rurarz, wybrał wolność. Śmiano się potem w MSZ z Omietańskiego, że miał pilnować Rurarza i go nie upilnował.
Kilka lat temu telewizja relacjonowała konferencję prasową ówczesnego szefa UOP, Gromosława Czempińskiego. I nagle otworzyły się drzwi, a na salę wszedł Januszek z teczką pełną dokumentów, położył ją Gromkowi na biurku, otworzył i pokazywał palcem zaznaczone fragmenty, które Czempiński czytał dziennikarzom.
Omietański jest więc osobą może mało publicznie znaną, ale za to ustosunkowaną, znającą dojścia do najważniejszych gabinetów w Polsce. Ostatnio był radcą ambasady w Waszyngtonie, skąd wrócił kilka miesięcy temu, z kajetem pochwał od partnerów.
I teraz taka osoba jedzie na stanowisko ambasadora do Jordanii.

 

Wydanie: 43/2002

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy