Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Uwaga, uwaga, jest posada do wzięcia. Od jakiegoś czasu szukany jest w MSZ kandydat na stanowisko dyrektora Biura Kadr i Szkolenia. Bo dotychczasowy, Janusz Rydzkowski, wkrótce ma wyjechać na placówkę. Jako ambasador. Więc te poszukiwania trwają – i nic. Jest już w MSZ przynajmniej dwóch ludzi, którzy przysięgają, że dyrektor Matuszewski składał im odnośną propozycję, a oni, bohaterowie, ją odrzucili.
Dlaczego? W sumie niełatwo na to pytanie odpowiedzieć, ludzie w MSZ mają różne kalkulacje. Chociaż trudno nie zauważyć, że rola i znaczenie personalnego są dziś w MSZ mniejsze niż kiedyś – w czasach PRL czy w niedawnych czasach Skubiszewskiego, kiedy kadrami trzęsła pani nazywana „Gucią” i na której wezwanie na czwarte piętro większość urzędników dostawała stanu przedzawałowego.
Ale wróćmy do czasów dzisiejszych. Wakat na stanowisku dyrektora biura bierze się stąd, że Rydzkowski ma zostać ambasadorem w Portugalii. I zastąpić na tym stanowisku Adama Halamskiego. I z tym zostawaniem jest cała pociecha. Bo już dawno temu wysłano do Halamskiego depeszę, by złożył do portugalskiego MSZ pismo w sprawie agrément dla Rydzkowskiego. Wysłano i nic. Mijały tygodnie, a z Lizbony wciąż przychodziły informacje, że agrément dla nowego ambasadora jeszcze nie ma.
To czekanie przekroczyło wszelkie wyobrażalne granice, doszło do tego, że Rydzkowski miał już wyznaczony termin przesłuchania w sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, no i to przesłuchanie trzeba było przełożyć, Portugalia milczała.
Dlaczego? Wreszcie ktoś w MSZ poszedł po rozum do głowy i zaczął podejrzewać, że agrément nie ma, bo najpewniej ambasador Halamski nie wysłał do Portugalczyków stosownego pisma. I zdołował je w szufladzie. Tym samym przedłużając sobie pobyt w Lizbonie i serię comiesięcznych ambasadorskich poborów.
I pewnie tak by trwał jeszcze dwa, trzy miesiące, ale i w Warszawie są ludzie z głową na karku. Którzy pomyśleli tak: skoro blokuje się nam kanał via ambasada w Lizbonie, wykorzystajmy kanał via ambasada Portugalii w Warszawie. Tak też zrobiono, pani ambasador Portugalii już obiecała, że sprawa agrément zostanie szybko rozpatrzona.
A Halamski? Jaka nagroda spotka go za tak energiczne niedziałanie?
Zobaczymy, jak wróci.
Bo, póki co, wraca do Polski z Armenii ambasador Wiktor Ross z żoną, no i konsul z żoną. Tym samym placówka zostanie bez personelu, ale pewnie tylko na chwilę.
Ten powrót to pokłosie incydentu opisanego w „NIE” – podczas jednego z przyjęć żona ambasadora Rossa publicznie spoliczkowała żonę konsula. Wszyscy to widzieli, skandal był wielki, adekwatny do okazanych przez ambasadorową manier.
Tym samym kończy się jedna z dziwniejszych karier w MSZ, którą zapoczątkowała intryga Stanisława Cioska. Gdy był on ambasadorem w Moskwie, miał radcę Rossa, który się podpisywał jako członek partii PC. Ciosek nie chciał go mieć pod bokiem, więc wystawił mu tak wspaniałą rekomendację, że zaproponowano Rossowi stanowisko ambasadora w Mołdowie. On to przyjął i wyjechał z Moskwy do Kiszyniowa. Tam poznał swoją obecną żonę, Mołdawiankę, potem razem pojechali do Armenii.
A teraz już koniec…

Wydanie: 6/2004

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy