Nowa nadzieja czy mniejsze zło?

Nowa nadzieja czy mniejsze zło?

Rządzącemu od niemal 12 lat Izraelem Beniaminowi Netanjahu wyrasta poważny konkurent

Izraelczycy po raz czwarty w ciągu dwóch lat będą musieli pójść do urn, żeby wybrać swoich przedstawicieli parlamentarnych. Poprzednie wybory odbyły się w marcu 2020 r. i wyłoniły zwycięzcę w postaci partii Likud Beniamina Netanjahu. Na tym jednak się nie skończyło, bo zdobycie 36 mandatów w 120-osobowym Knesecie nie pozwoliło na samodzielne stanowienie władzy. Zwłaszcza że opozycyjni Niebiesko-Biali prowadzeni przez Beniego Ganca nie tylko zdobyli 33 mandaty, ale również uzyskali poparcie dotychczasowego koalicjanta Netanjahu – Awigdora Liebermana i jego partii Nasz Dom Izrael.

Poparcia Niebiesko-Białym udzielili także posłowie Partii Pracy i Zjednoczonej Listy Arabskiej. Dzięki temu i kilku innym głosom to Gancowi prezydent Reuwen Riwlin powierzył misję stworzenia koalicji rządowej. Nie zakończyło to bynajmniej impasu politycznego, w którym od długiego czasu pogrążony był Izrael. Mimo przedwyborczej obietnicy Ganca, że Netanjahu, na którym ciążą zarzuty korupcyjne i oskarżenia o nadużycie władzy, nie wejdzie do nowego rządu, po pojawieniu się w kraju pierwszych przypadków koronawirusa obaj politycy się porozumieli i postanowili stworzyć rząd jedności narodowej. W maju powstała koalicja, która zakładała, że Netanjahu będzie premierem do listopada 2021 r., po czym odda fotel szefa rządu Gancowi. Zdaniem wielu obserwatorów stało się oczywiste, że Beni Ganc nigdy premierem nie zostanie.

W tej sytuacji rozpadło się ugrupowanie Niebiesko-Białych, powstałe z myślą o odsunięciu Netanjahu od władzy i postawieniu go przed sądem. Dla głównych koalicjantów Ganca nowe porozumienie okazało się nieakceptowalne i od Niebiesko-Białych odłączyli się posłowie centroprawicowej partii Jest Przyszłość prowadzonej przez Jaira Lapida.

Koalicja okazała się nietrwała i na początku grudnia ub.r. parlament podjął decyzję o samorozwiązaniu. Wpływ na to miał z pewnością stały konflikt między Gancem i Netanjahu, a także czynione przez Bibiego próby renegocjacji umowy. Zamiast oddać fotel premiera w listopadzie 2021 r., chciał on przesunąć ten termin o kolejne sześć miesięcy. Ogłoszono więc, że 23 marca Izraelczycy pójdą do urn, choć przeciw temu rozwiązaniu opowiadali się posłowie Likudu i przedstawiciele religijnych partii żydowskich, takich jak Szas czy Zjednoczony Judaizm Tory.

Należy się spodziewać, że wybory zakończą się zwycięstwem Netanjahu. Wszelkie sondaże pokazują, że Likud zdobędzie 30 lub więcej mandatów. Ganc i Niebiesko-Biali najprawdopodobniej nie przekroczą progu wyborczego w wysokości 3,25% i znajdą się na marginesie. Nie oznacza to jednak, że Bibi może spać spokojnie, bo na horyzoncie pojawił się konkurent, mogący wprowadzić niemałe zamieszanie.

Z dziennikarstwa do prokuratury

Jeszcze w grudniu Likud opuścił Gideon Saar, prawicowy polityk słynący z poparcia dla żydowskiego osadnictwa na Zachodnim Brzegu, niechęci do powstania niepodległego państwa Palestyńczyków i sprzeciwiający się wpuszczaniu do Izraela azylantów z Afryki. Nie odszedł z macierzystej partii na emeryturę. Postanowił sformować nowe ugrupowanie i rzucić rękawicę Bibiemu, który fotel premiera zajmuje już od niemal 12 lat (choć i w latach 90., między rokiem 1996 a 1999, był premierem). Saar jest dzisiaj przez wielu odbierany jako nadzieja na zmianę. Nawet wyborcom, którzy dotychczas głosowali na Niebiesko-Białych czy inne ugrupowania kojarzone z centrum lub centrolewicą, jawi się jako kusząca opcja. Wygląda na to, że ważniejsze stały się nastroje przeciwne urzędującemu Bibiemu niż wybór kandydata wedle prezentowanych przez niego poglądów.

Gideon Saar nie jest dobrze znany poza granicami kraju. Ale nie jest też człowiekiem znikąd. Jego kariera polityczna zaczęła się, już kiedy był uczniem w liceum w Tel Awiwie. Dołączył wtedy do młodzieżówki prawicowej partii Odrodzenie, która sprzeciwiała się m.in. wycofaniu Izraela z półwyspu Synaj po podpisaniu porozumienia pokojowego z Egiptem.

Jak większość młodych Izraelczyków Saar odbył służbę wojskową w cieszącej się poważaniem elitarnej brygadzie Golani. Po jej zakończeniu rozpoczął naukę na Uniwersytecie w Tel Awiwie, by z wyróżnieniem ukończyć politologię. Zainteresowanie polityką sprawiło, że został dziennikarzem i mimo prawicowych poglądów otrzymał pracę w skłaniającej się wówczas ku lewicy gazecie „Ha-Olam ha-Ze” (Ten Świat), prowadzonej przez Uriego Awneriego, niemal legendarnego dziennikarza i korespondenta, który w 1982 r. – prawdopodobnie jako pierwszy Izraelczyk – spotkał się w Bejrucie z Jasirem Arafatem. Karierę reporterską Saar kontynuował później w dzienniku „Chadaszot” (Wiadomości), założonym przez grupę wydawniczą Ha-Arec.

W międzyczasie ukończył też studia prawnicze na Uniwersytecie w Tel Awiwie i rozpoczął pracę w prokuraturze okręgowej, by w 1995 r. zostać asystentem prokuratora generalnego Michaela ben Jaira. Niedługo później, podczas swojej pierwszej kadencji, premier Netanjahu mianował Saara sekretarzem rządu. W tej samej roli obsadził go w 2001 r. Ariel Szaron, który popadł w niełaskę u izraelskiej prawicy za decyzję o całkowitym wycofaniu wojska i cywilów ze Strefy Gazy. Jednym z wiodących głosów sprzeciwu wobec decyzji premiera był właśnie głos Gideona Saara. Szaron wtedy się nie ugiął, ale sytuacja zmusiła go do opuszczenia Likudu i założenia wraz z Cipi Liwni nowej partii – Kadima (Naprzód).

Jastrząb dla uchodźców i Palestyńczyków

W kolejnych kadencjach Netanjahu Saar otrzymał teki ministra edukacji i ministra spraw wewnętrznych. To wtedy zasłynął najbardziej kontrowersyjnymi decyzjami, np. walką z przybywającymi do Izraela uchodźcami z Afryki, która zaowocowała konfliktem z Sądem Najwyższym.

Za czasów Saara uruchomiono ośrodek dla uchodźców znany jako Cholot lub więzienie Saharonim. Minister rozporządzeniem zdecydował o wysłaniu kilku tysięcy osób do tego ośrodka, co doprowadziło do strajku głodowego kilkuset Erytrejczyków szukających schronienia w Izraelu. Dopiero Sąd Najwyższy uznał, że osadzanie uchodźców na długi czas bez procesu jest nielegalne i godzi w podstawowe prawa człowieka.

Saar bynajmniej nie zmienił zdania; nawet odchodząc ze stanowiska ministra i składając mandat poselski w końcu 2014 r., mówił, że nie akceptuje wyroku sądu, a kraj powinien mieć możliwość umieszczania w odosobnieniu osób nielegalnie przekraczających granicę. Mimo jego starań ośrodek Cholot został zamknięty w 2018 r. Do tego czasu w ciągu pięciu lat osadzono w nim 13 tys. ludzi.

Gideon Saar słynie też z twardego stanowiska wobec Palestyńczyków, odmawiając im prawa do własnej państwowości. Dzięki temu jest popularny na izraelskiej prawicy i w ugrupowaniach lobbujących na rzecz rozwoju osadnictwa na Zachodnim Brzegu Jordanu, terytorium, które w świetle prawa międzynarodowego jest okupowane i ma w przyszłości stać się państwem palestyńskim.

To podejście stało się szczególnie widoczne, kiedy w grudniu 2019 r. Saar rywalizował z Netanjahu o fotel szefa Likudu i krytykował premiera za wstrzymywanie rozbudowy istniejących żydowskich osiedli czy niewystarczającą liczbę zezwoleń na nowe ośrodki. Jego zdaniem tzw. rozwiązanie dwupaństwowe, do którego Izrael i Palestyńczycy zobowiązali się w ramach porozumień z Oslo, nie jest jedyną drogą do pokoju. Alternatywą miałoby być powstanie autonomicznego palestyńskiego regionu w Jordanii, bo, jak powiedział podczas konferencji prasowej, „między rzeką Jordan a Morzem Śródziemnym nie może być innego państwa niż Izrael”.

Dlatego nikogo nie zaskoczyła jego krytyka tzw. umowy stulecia, ogłoszonego na początku ubiegłego roku przez prezydenta Donalda Trumpa i Jareda Kushnera nowego planu pokojowego uwzględniającego przebieg granic między Izraelem a Palestyną. Premier Netanjahu potwierdził, że Izrael akceptuje projekt, ale dla Palestyńczyków zaproponowana koncepcja państwa bez kontroli nad własnymi granicami zewnętrznymi, bez ciągłości terytorialnej i bez armii, która mogłaby zagwarantować integralność tego, co pozostanie z Zachodniego Brzegu, była nie do przyjęcia. Saar wtedy stwierdził, że jedyne, co było do zaakceptowania w tym planie, to aneksja Judei i Samarii, którą Netanjahu od dekady przyciąga środowiska prawicowe.

Gra na emocjach

Tym samym Saar może zagrozić Netanjahu, gromadząc wokół siebie te ugrupowania, które uważają politykę Bibiego za impas. Dokładnie zdaje sobie sprawę, jak wielu Izraelczyków jest zmęczonych tym marazmem, i odzwierciedla to w nazwie własnej partii – Tikwa Chadasza, czyli Nowa Nadzieja. To nawiązanie do pierwszej części „Gwiezdnych Wojen” George’a Lucasa, ponoć niezamierzone, wyraźnie pokazuje, że polityk chce grać na emocjach ludzi mających dość Netanjahu.

Już zresztą wyraźnie zaznaczył, że jego rząd powstanie bez udziału Bibiego. Dzięki swoim poglądom może zyskać przychylność zarówno partii, które dotychczas były koalicjantami Likudu, jak i ugrupowań opozycyjnych. Choć sondaże sugerują, że zdobędzie ok. 15 mandatów, kluczowa okaże się powyborcza matematyka koalicyjna i jego osobista dyplomacja. A tutaj Saar może odnieść sukces także dzięki temu, że z uwagi na doświadczenie dziennikarskie cieszy się sympatią mediów. W przeciwieństwie do Netanjahu nie broni dostępu do siebie i chętnie rozmawia nawet z tymi reporterami, z którymi się nie zgadza. Tym, którzy są przyzwyczajeni do słuchania izraelskiego premiera, nazywającego „roznosicielami zarazy” uczestników protestów przeciwko jego hegemonii i nadużyciom, Saar wydaje się pozytywną zmianą. Zwłaszcza kiedy przypomną sobie, że właśnie on zaproponował, by w Izraelu karano pracodawców zwalniających ciężarne kobiety czy zdelegalizowano testy kosmetyków na zwierzętach.

Wygląda na to, że jasno komunikujący swoją wizję Izraela były polityk Likudu, który do tego świetnie wypada przed kamerami, potrafi być na tyle przekonujący, aby nawet lewica i umiarkowani Izraelczycy oczekujący zakończenia konfliktu z Palestyńczykami wybrali to, co dzisiaj jawi się jako mniejsze zło. Jedynie czas pokaże, czy Saarowi uda się trwale porwać wyborców i polityków.

Fot. Amir Cohen/Reuters/Forum

Wydanie: 9/2021

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy