Poprzednie uderzały w polityków. Ta uderzy we wszystkich… Wojnę teczek mamy za progiem. A w zasadzie ona już trwa. W Krakowie polityk Platformy Obywatelskiej, przyjaciel Jana Rokity, Zbigniew Fijak, powołał zespół, który lustrował środowiska Uniwersytetu Jagiellońskiego i „Tygodnika Powszechnego”. W Lublinie ujawnieniem list agentów SB działających na KUL zaczął grozić Ryszard Bender. W Gdańsku były dziennikarz „Tygodnika Solidarność”, Krzysztof Wyszkowski, ujawnił, że wśród inwigilujących tygodnik był agent o pseudonimie „Nowak”. I że jest to pseudonim Małgorzaty Niezabitowskiej. Oskarżył także Dariusza Fikusa, pierwszego szefa „Rzeczpospolitej” w III RP o współpracę z SB. W Warszawie odchodzący sędzia Bogusław Nizieński ogłosił, że nie wyjaśnił do końca spraw 588 osób – ich nazwiska są zarejestrowane w księgach rejestracyjnych SB, ale nie ma ich akt, więc w sądzie nie mógłby wygrać sprawy. Także w Warszawie Liga Polskich Rodzin ogłosiła projekt ustawy, która obligowała IPN do ujawnienia list tajnych współpracowników służb specjalnych PRL i ich pracowników. Na razie te pożary zostały przygaszone, ale nikt nie ma wątpliwości, że fala teczkomanii będzie wzbierać. Tylko Unia Pracy jest przeciwko ujawnieniu teczek PRL-owskich służb specjalnych. Pozostałe partie są albo za, albo nie są przeciw. „Skończmy z tym wszystkim, pokażmy wszystkie teczki – mówi Zbigniew Religa. – Niech one będą jawne, niech inni ludzie zajrzą do tych teczek i skończymy ten obłęd szantażowania ludzi. To wszystko za długo trwa, trzeba to przerwać, trzeba po prostu żyć normalnie”. Religa mówi to, co myśli zdecydowana większość Polaków. W sondażu Pentora 62% ankietowanych jest za odtajnieniem i upowszechnieniem teczek agentów służb PRL. Przeciwko – ledwie 20%. Dlaczego teczki? Teczki wróciły na scenę polityczną z kilku przyczyn. Po pierwsze, winna jest zła ustawa o IPN. Zgodnie z nią „pokrzywdzeni”, czyli osoby, na które służby specjalne zbierały materiały, mają prawo zajrzeć do swoich teczek i poznać nazwiska osób, które na nich donosiły. Więc w sposób naturalny wielu dawnych działaczy podziemia zaczęło prowadzić swoje prywatne śledztwa i ogłaszać ich wyniki. Po drugie, zbliżają się wybory, o których można powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze, wiadomo, że wygra w nich prawica. A po drugie, nie wiadomo która. PO, PiS i LPR muszą stoczyć ze sobą walkę o przywództwo w swoim obozie. I teczki są w tej wojnie, w której załatwiane są dawne porachunki, dobrą bronią. Zwłaszcza w rękach Romana Giertycha i LPR, którzy idą jeszcze dalej. Im teczki są potrzebne do udowodnienia całej politycznej konstrukcji: że Okrągły Stół był oszustwem, że dogadywali się przy nim Czesław Kiszczak z jednej strony i jego agenci z drugiej. Że III RP to państwo, w którym uprzywilejowani są ludzie powiązani ze służbami specjalnymi czasów PRL, a pozostali są skazani na porażkę. I Giertych, i bracia Kaczyńscy, i Rokita mają wroga, mają poręczne narzędzie do walki, mogą mówić ludziom, że żyłoby im się dobrze, gdyby nie agenci. Czyści i czyściejsi I co dalej? Patrząc na polityczną mapę, można przewidywać, że projekt LPR ujawnienia teczek SB przejdzie. Oczywiście, nie w takiej formie, jak chciałaby LPR, ale to, co jest zamknięte w archiwach IPN, zacznie wypływać. Czyli co? Na ten temat wylano już morze atramentu. Wiadomo, że najważniejszych agentów nie da się zidentyfikować. Oni prowadzeni byli poza ewidencją. Rozmawiali z nimi bezpośrednio szefowie MSW, od wicedyrektora departamentu wzwyż. Po tych spotkaniach nie ma śladów. I raczej nie będzie. Charakterystyczne są tu wypowiedzi gen. Kiszczaka, który – jak wiemy – chętnie przyjmował w swoim gabinecie (i nie tylko) emisariuszy opozycji i jej liderów. Otóż zapewnia on, że takich spotkań nie nagrywał. „Taką miałem zasadę”, mówił. Ta zasada nie była tylko efektem dżentelmeńskich manier. Ona gwarantowała Kiszczakowi, że treści jego rozmów nie pozna nikt, ani dzisiejsi historycy, ani ówcześni mu oficerowie i politycy, np. ci w Moskwie. Trudno też sądzić, by Kiszczak czy też podlegli mu oficerowie zaczęli nagle ujawniać przed sądem jakiekolwiek nazwiska swoich informatorów. Czyli łamać żelazne zasady służb specjalnych. Mogliśmy to zresztą obserwować podczas procesów lustracyjnych, kiedy oficerowie byli gotowi powiedzieć każdą niedorzeczność, byle tylko chronić oskarżanych. A co z tymi współpracownikami służb specjalnych, którzy zostali zarejestrowani, mieli swoich oficerów prowadzących? Wiadomo, że w roku 1989, przynajmniej do stycznia 1990 r., trwała
Tagi:
Robert Walenciak






