O kinie na minie

Z GADZIEJ PERSPEKTYWY 

Hongkong, początek września. Pięcioro ważnych dyrektorów zasobnych wytwórni filmowych lustruje mnie uważnie. Śpieszą się, czasu mają mało, bo tutaj czas rzeczywiście jest przeliczany na pieniądze. Ale jestem gościem rządu, a rządowi nie odmawia się nawet w Hongkongu, gdzie prawie wszystko jest pozarządowe, czysto biznesowe.
Hongkong to trzecia pod względem efektywności kinematografia. Prym wiodą Amerykanie, potem są Indie, no i Hongkong. Czemu właśnie taka kolejność? Klucz tkwi we wspólnocie językowo-kulturowej. Filmy amerykańskie sprzedają się jak swoje w strefie anglojęzycznej. Do tego olbrzymi walec promocyjny, wpychający je wszędzie. Filmy indyjskie sprzedają się w Indiach i krajach sąsiednich. Są tanie. Potencjalni widzowie to prawie miliard ludzi. Biednych, co prawda, ale kochających kino. Tani film dla ludzi tanich biletów. No i Hongkong. Kinematografia zaczynająca od oper mydlanych i bijatyk Bruce’a Lee. Na rynek własny, a potem na chińskie rynki w całej Azji, z wyjątkiem Chińskiej Republiki Ludowej. Ale Chińczycy żyją nie tylko w Singapurze, Indonezji, Malezji, także w Australii, Kanadzie i USA. Rynek globalny. Teraz dochodzi do tego olbrzymi rynek Chin kontynentalnych. Hongkong korzystający z dobrodziejstw systemu „jedno państwo, dwa ustroje” rozpoczął już inwazję na chiński kontynent.
Czy doskwiera im cenzura? – pytam ważnych dyrektorów wytwórni. Tak, odpowiadają zgodnie. Ale nie polityczna. W materialistycznych Chinach nie można pokazywać filmów o duchach, zjawiskach nadprzyrodzonych, popularnych w Hongkongu. Ale może to się zmieni. I wtedy sprzeda się stare i nowe zasoby. Czy korzystacie z dotacji państwowych przy produkcji filmów, pytam jak europejskie dziecko. Nie, słyszę zdecydowane i nieco zdziwione odpowiedzi. Czy otrzymujecie pieniądze od samorządów, mecenasów prywatnych? Też nie. Przystępując do produkcji filmów, wyjaśniają, kierujemy się kalkulacją, czy zainwestowane pieniądze się zwrócą. Jeśli tak, podejmujemy produkcję. A jak jest z filmami „artystycznymi”, „festiwalowymi”, które w ostatnich latach produkujecie, pytam uparcie. Tak samo, odpowiadają zdziwieni. Jeśli film „artystyczny” nie ma szans na zwrot nakładów, to go nie produkujemy. A co z debiutantami? Czy są stypendia, pomoc dla młodych, zdolnych, startujących? Tak, słyszę. Tak samo. Jeśli projekt debiutanta ma szansę przynieść zwrot nakładów, a zwłaszcza zysk, przystępujemy do produkcji. Jeśli nie, to niech produkuje za własne pieniądze.
Gdynia, bliżej końca września. Kolejna dyskusja o przyszłości polskiej i europejskiej kinematografii. Oczywiście, nie mamy szans na tak wielki rynek jak amerykański, chiński czy hinduski. Co prawda, krajowi patrioci utrzymują, że za granicami mieszka ponad 20 mln rodaków Polaków, ale ci nie mają możliwości albo nie chcą oglądać polskich filmów. Czy dlatego, że są za bardzo amerykańskie, za mało odwołujące się do wspólnoty językowo-kulturowej?
Szansą może być wspólny, europejski rynek. Ale tu za mało jest wspólnoty kulturowej, za dużo pomieszanych języków, kultur, mentalności, niczym pod wieżą Babel. Za mało też jest chęci wzajemnego poznania się. Jeśli widzowie w Polsce, Czechach, Francji, Irlandii częściej będą wybierali filmy amerykańskie lub hongkońskie, to narodowe, europejskie kinematografie uschną. Nie pomogą państwowe dotacje, fundusze, akcje wspierające. Albo wrócimy do europejskiej tożsamości, pozbędziemy się uprzedzeń, albo dołączymy do konsumentów wytwórni chińskich. Oni wyprodukują nam filmy, tak jak już teraz ubrania, zegarki i buty.

Wydanie: 39/2003

Kategorie: Blog

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy