O kulturze

O kulturze

Bez uprzedzeń

We wszystkich zaistniałych i mogących się pojawić konfliktach między ministrem kultury, Andrzejem Celińskim, i „ludźmi kultury” bez namysłu staję po stronie ministra, a po namyśle jeszcze bardziej. Pod względem psychologicznym jego zadanie jest trudniejsze niż ministra jakiegokolwiek innego resortu. Już to, czego on jest ministrem, pozostaje zasadniczo sporne. Powtórzę tu wywód, jaki przedstawiłem kiedyś na innym miejscu. Słowo „kultura” jest wieloznaczne i nieostre, ale trzeba je przyjąć, jakim jest, bo pedanteria i scholastycyzm, w co się popada, chcąc je zdefiniować, są nieznośne poza akademickim seminarium. Ludzie należący do elit i awangard kulturalnych chętnie twierdzą, że rynek wulgaryzuje kulturę masową. Czynią oni rozróżnienie na kulturę niską i kulturę wysoką, ta druga ma być wolna od wulgarności i tandety. W rzeczywistości bardzo do tego daleko. Wyrażenie „tandeta w kulturze wysokiej” może wydawać się wewnętrznie sprzeczne i jeszcze sto lat temu ono może takie było. Od tamtego czasu kultura wysoka przeszła kilka awangard i kilka etapów unowocześniania się, w wyniku czego przymiotnik „wysoka” nie oznacza już ani głębi, ani poziomu. Rewolucja kulturalna dokonywała się początkowo w ramach wąskiej elity artystycznej, ale już w latach 60. wystąpiła z brzegów bohemy i rozlała się bardzo szeroko. Do awangardyzmu poprzednich dziesięcioleci dodała, jak twierdzi Daniel Bell, skłonność do przemocy i okrucieństwa, zainteresowanie perwersją, postawę antypoznawczą i irracjonalną, wreszcie „demokratyzację geniuszu”, to znaczy taką estetykę, która każdemu niezależnie od talentu pozwala być twórcą. Gwałt i okrucieństwo, jakie przeważają w filmach i występują w innych rodzajach sztuki, nie mają na celu, powiada Bell, spowodowanie katharsis, przeciwnie, dążą do szokowania widza, poddania go symbolicznej chłoście i doprowadzenia do chorobliwego stanu umysłu. Filmy, happeningi, malowidła prześcigają się w pokazywaniu najdrastyczniejszych scen upokorzenia człowieka.
Obniżenie się poziomu wykształcenia humanistycznego (w krajach anglosaskich: „edukacji liberalnej”) uczyniło publiczność bezradną myślowo wobec tych tendencji w kulturze. Zachowały się ambitne potrzeby kulturalne, ale publiczność nie jest zdolna do odróżnienia w literaturze, sztuce czy filozofii rzeczy wartościowych od tandety wyprodukowanej przez fachowców od kontrkulturowego szokowania. Nie można oprzeć się na ocenach uznanych autorytetów intelektualnych. Wybitni pisarze pomstują ogólnikowo na procesy rozkładowe w kulturze, ale nie ujawnił się jeszcze taki śmiałek, który odważyłby się wskazać i nazwać po imieniu przykłady sprytnej tandety w dziedzinie „kultury wysokiej”. Co ciekawe, zabiegają oni bardzo często o względy wpływowych „spryciarzy”, ponieważ ci mają nierzadko rozstrzygający głos w ustalaniu hierarchii literackich i artystycznych.
„Elitarne” w naszych czasach nie oznacza zawsze czegoś doskonalszego, lepszego, piękniejszego czy głębszego, lecz odnosi się do specjalnych pretensji sięgania po wymyślne treści, które mogą być w takim stopniu wulgarne i obsceniczne, że w kulturze masowej nie mogłyby być zaakceptowane. To, co według obecnie uznanych kryteriów jest elitarne, może znajdować się poniżej poziomu kultury masowej. Nieprzypadkowo też twory kultury wysokiej są łatwe do naśladowania.
Gdy kultura, zarówno masowa, jak i wysoka cierpią na głęboko sięgającą korupcję, rola państwowego mecenasa jest niezwykle trudna. Gdyby środowiska kulturalne żądały od państwa tylko pieniędzy, może udałoby się je po części zadowolić. Ale one domagają się jeszcze, aby państwo miało doktrynę kulturalną, to znaczy, żeby wymyśliło i zadekretowało uzasadnienie dla dawania tych pieniędzy. Współczesna twórczość kulturalna jest inspirowana innym duchem niż twórczość klasyczna. Powody, dzięki którym sztuka i literatura cieszyły się mecenatem rządów i dworów w dawnych czasach, już nie istnieją. Kiedy pisarze i artyści dawnych wieków oczekiwali zapłaty od możnych, a w XIX w. już żądali subsydiów od państwa, powoływali się na to, że sztuka uszlachetnia człowieka. Czy dziś artysta mógłby wygłosić taki pogląd, nie narażając się na śmieszność? Literatura i sztuka już nie uszlachetniają i nie stawiają sobie takiego zadania. Kontestują społeczeństwo, „demaskują” tradycję, natrząsają się z wrodzonych upodobań estetycznych i przesądów moralnych przeciętnego człowieka, obalają sto razy obalone tabu. W społeczeństwie liberalnym, demokratycznym mają do tego prawo, ale nie zostało nigdy wyjaśnione, dlaczego ten pogardzany i wyrafinowanie ośmieszany przeciętny człowiek miałby do tego wszystkiego masochistycznie dopłacać jako podatnik? Dlaczego państwo zmusza go do tego?
Dawni liberałowie zakładali, że człowiek z natury dąży do udoskonalenia swojego umysłu i dlatego na wolnym rynku dóbr kultury wyższe wartości zwyciężą w konkurencji z tym, co wulgarne i płytkie. Dlatego sprzeciwiali się finansowaniu kultury ze środków rządowych. Interwencję państwa w tej dziedzinie traktowali jako nieznośny paternalizm i potępiali jako narzucanie ludziom urzędowego gustu. Jeden z liberalnych ekonomistów twierdził (Bastiat w sporze z poetą Lamartinem), że jeśli rząd zacznie od subsydiowania teatrów, to dojdzie do subsydiowania górnictwa, hutnictwa i rolnictwa. (Miał to być argument redukcji do absurdu, jednakże w naszych czasach absurd dał się urzeczywistnić). Stanowisko XIX-wiecznych liberałów opierało się na bardzo sympatycznym złudzeniu co do natury ludzkiej. To złudzenie należy do przeszłości. Stary Freud sugestywnie pokazał, że człowiek jest zdeterminowany przez libido i instynkt destrukcji (także samodestrukcji), że cywilizuje się jedynie pod silnym przymusem kultury i że kultura jest dla niego „źródłem cierpień”. Jeśli więc znajdzie się na wolnym rynku kultury, to sięgnie po treści odpowiadające jego dążeniom instynktowym, zamiast kupować sobie źródło cierpień. Człowiek brany w masie wcale nie pragnie być doskonalszy, niż jest, przeciwnie, zdobyty poziom ucywilizowania traktuje jako uciążliwość, hipokryzję, zakłamanie i nieautentyczność.
Produkcja kulturalna, która zwycięża w konkurencji rynkowej, stanowi przedmiot nieustającej krytyki. Celem tej produkcji jest dostarczanie rozrywek, toteż ocenianie jej za pomocą poważnych miar przez tych, którzy jej nie kupują, jest wtrącaniem się w nie swoje sprawy. Jeśli chodzi natomiast o kulturę finansowaną przez państwo, konieczne jest stawianie pytań o jej sens, o jej wartość. Trzeba pytać po staroświecku (wszelkie odrodzenie jest możliwe dzięki temu, co stare), czy ona uszlachetnia człowieka, czy przeciwnie, współdziała z czynnikami, które go degradują.
Minister Celiński nie zawsze bywa sympatyczny i nawet się o to nie stara, ale ma wystarczającą przewagę intelektualną, by nie tylko odpowiadać swoim kulturalnym interesantom, ale także stawiać im pytania.

 

Wydanie: 13/2002

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy