O Niegłowie, rządzie i niepodległości

Do końca kadencji „Prezydenta Swojego Brata” zostało 712 dni (mniej niż dwa lata)

Zacznę od często słyszanego, że prezydent to „głowa państwa”. Każdy może nazywać prezydenta, jak uważa. Ale mówiąc „głowa państwa”, trzeba wiedzieć, że to określenie literackie, a nie konstytucyjne. Prezydent, bez względu na to, kto nim był, jest i będzie, pod rządami konstytucji z roku 1997 nie jest głową państwa. Ta konstytucja nie ustanawia takiej instytucji.
Artykuł 10 ustawy zasadniczej stwierdza, że „1. Ustrój Rzeczypospolitej opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, władzy wykonawczej i władzy sądowniczej. 2. Władzę ustawodawczą sprawują Sejm i Senat, władzę wykonawczą Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej i Rada Ministrów, a władzę sądowniczą sądy i trybunały”. Nie ma w konstytucji słowa, które by wskazywało, że którakolwiek z władz stoi nad pozostałymi. Nadużywając ustawy zasadniczej, próbuje się udowadniać, że zwierzchnictwo prezydenta ustanawia artykuł 126, stwierdzający, że jest on „najwyższym przedstawicielem” RP. Przedstawicielem, ale nie zwierzchnikiem, bo jedynym zwierzchnikiem nad władzami, w tym nad prezydentem, jest naród, do którego należy władza zwierzchnia (art. 10). Używanie określenia głowa państwa jest mijaniem się z konstytucją, wypaczaniem ustroju w kierunku systemu prezydenckiego, nawet jeśli się nie ma takiej świadomości, bo upowszechnia się przez to zwrot antykonstytucyjny.

***

Bardzo poważnym błędem prezydenta było stwierdzenie, że Barack Obama będzie kontynuował budowę tarczy antyrakietowej. Zdumiewa, że taka opinia mogła wyjść z Pałacu, bez dokładnego sprawdzenia, czy wyraża słowa prezydenta elekta USA. Przecież tarcza jest, dla całego świata, jednym z najważniejszych papierków lakmusowych polityki zagranicznej nowej administracji. Nie wierzę, że to skutek czyjegoś błędu, a nie prezydenta. Oczywiście wykluczam, by powiedział coś takiego, wiedząc, że przekręca to, co usłyszał od Obamy. Usłyszał, co chciał usłyszeć, a tłumacz i jego ministrowie obecni przy rozmowie, wiedząc, co prezydent chce usłyszeć, usłyszeli to samo. Szef kancelarii, nie odkrywając prawdy do końca, powiedział właśnie, że błędny przekaz mógł wziąć się z tego, że usłyszano to, co chciano usłyszeć. Tyle że – czego jestem pewien – dotyczyło to samej „niegłowy państwa”, a nie tłumacza i ministrów. To niedobrze, jeżeli polityk słyszy słowa, których nie było. Po tym fakcie wiarygodnymi partnerami prezydenta Stanów Zjednoczonych będą wyłącznie premier i jego minister spraw zagranicznych, co jest dobre, bo do nich należy polityka zagraniczna, a nie do prezydenta, a po drugie, to ludzie obliczalni, kierownicy rządu, którzy w odróżnieniu od mieszkańców PiS-owskiego szańca w Pałacu są kompatybilni z dzisiejszymi czasami.

***

Mija rok od powołania koalicji PO i PSL pod kierownictwem Donalda Tuska i Waldemara Pawlaka. Wśród krytyków – biorę pod uwagę tych, którzy krytykują rząd, a nie proponują swój – częste są pretensje, że Tusk, Platforma i koalicja nie prowadzą polityki bicia głową w mur. A więc że nie wprowadzają podatku liniowego, nie likwidują Senatu, nie wprowadzają okręgów jednomandatowych, nie reformują radykalnie KRUS itd. Otóż to, że koalicja i rząd nie chcą głowami rozwalać muru, a Tusk wojną z PSL o KRUS nie chce rozwalać koalicji, to są zalety. Świadczą o tym, że krajem rządzą ludzi trzeźwi. Rząd i koalicja działają w trudnych warunkach, bo główna partia opozycji to wróg ich, a także porządku konstytucyjnego, uważająca Polskę za teren podbity, który trzeba odbić za każdą cenę, a sposób najlepszy to sparaliżowanie rządu. Mają wsparcie PiS-owskiej „niegłowy państwa”, a potencjalny sojusznik, SLD, poszedł na lewy skraj pod kierownictwem swego Zapatera. I częściej kuma się z PiS, uważając za największego wroga partię pod wieloma względami bliższą Sojuszowi, tak jak kiedyś komunistom bliżej było do faszyzmu niż do socjaldemokracji (przy wszelkich różnicach z dziś). To nie jest oczywiście mój bilans rządu, mam i pretensje, ale generalnie uważam, że to jest dobry rząd, a żyję dostatecznie długo, by wiedzieć, jak często lepsze jest wrogiem dobrego.

***

I na koniec: nie mam nic przeciwko świętu 11 listopada, choć ten dzień jako symboliczną datę odzyskania niepodległości w 1918 r. ustanowili sanacyjni pułkownicy, do których nie czuję zupełnie sympatii, ale nie pobudza ta data we mnie emocji. Dla mnie uczuciowe dni cudu niepodległości to: początek Okrągłego Stołu, jego zakończenie, 4 czerwca 1989 r. i powołanie rządu Tadeusza Mazowieckiego.

11 listopada 2008

 

Wydanie: 47/2008

Kategorie: Blog

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy