Obrona sumienia estetycznego

Obrona sumienia estetycznego

„Każdy orze, jak może, obywatelu redaktorze”. Teatry orzą, wystawiając bluźniercze spektakle, które oburzają Kościół; to wywołuje skandal, ten daje rozgłos, rozgłos tworzy masowy popyt na bilety, na końcu łańcucha skutków teatr się bogaci. Powstaje kwestia, czy teatr, który tak znakomicie handluje bluźnierstwem, powinien być jeszcze zasilany pieniędzmi z kasy publicznej. O to toczy się stary spór między ekonomistami a miłośnikami sztuki teatralnej. Spór jest stary, bo jak może sobie niektórzy czytelnicy przypominają, parokrotnie w różnym czasie przywoływałem XIX-wieczną polemikę błyskotliwego ekonomisty Bastiata z wybitnym poetą romantycznym Lamartine’em w sprawie, czy teatry należy subsydiować pieniędzmi podatników. Dziś należałoby dodać, że większość z nich przecież nie da się skusić do teatru nawet najobrzydliwszymi bluźnierstwami. Jak byłoby słuszniej postąpić: zakazać teatrom bluźnierstw czy zostawić im pełną wolność razem z troską o zapewnienie sobie bytu własnymi siłami? Moim zdaniem zostawić pełną wolność i troskę o byt.

Pogodny konserwatysta Jan Wróbel określił podobno przedstawienie „Klątwy” w Teatrze Powszechnym jako faszystowskie. Myślę, że się przejęzyczył, ale nie twierdzę, że się pomylił. Chciał prawdopodobnie powiedzieć, że przedstawienie jest sadystyczne (niektórzy recenzenci piszą, że sprawiło im ból), a ponieważ sadyzm występujący w sposób manifestacyjny, w postaci symbolicznej nazywamy często faszyzmem, więc o przejęzyczenie było łatwo.

Ludzie religijni domagają się ochrony swoich uczuć przed wszelką obrazą, ośmieszeniem, złośliwą krytyką, nie mówiąc już o bluźnierstwie. Na ogół przyznaje im się prawo do tej ochrony, ale wielu ludzi zaczyna pytać, dlaczego chronione przed obrazą mają być tylko uczucia religijne, a nie wszystkie ważne, szlachetne uczucia. Są uczucia ważniejsze od religijnych, bo wrodzone i należące do tego, co nazywamy tożsamością osoby, jej podmiotowością. W porównaniu z nimi uczucia religijne są w pewnym sensie sztuczne, bo nabyte dopiero z uświadomieniem religijnym i znikające w razie utraty wiary. A więc bez uczuć religijnych można żyć. Nie można natomiast wyobrazić sobie istoty ludzkiej, która nie miałaby uczuć estetycznych. Ona z nimi się rodzi, z nimi umiera, one kierują jej zachowaniem w różnych okolicznościach życiowych. Moim zdaniem niewielką przesadą byłoby twierdzenie, że prawie na każdym kroku. O ile uczucia religijne skłaniają ludzi do ślubu w kościele, to uczucia estetyczne kierują czynnością bardziej podstawową, a mianowicie z kim ten ślub ma być zawarty.

Mówią nam, że do sztuki nowoczesnej, zdehumanizowanej kategoria piękna się nie stosuje. Jeżeli znajdziemy w niej coś pięknego, to nazywamy to kiczem. Możliwe, ale nie wchodzę w tę mroczną dyskusję o obowiązkowej brzydocie w sztuce dzisiejszej. Poza sztuką współczesną rozróżnienie piękna i brzydoty, że się tak wyrażę, nadal działa. W samym postrzeganiu świadomym czy podświadomym dokonuje się rozróżnienie tych dwóch jakości.

Teatralne bluźnierstwa mogą nie mieć znaczenia i być tylko polemiką (prymitywną lub wysofistykowaną) z katechezą, jaką przeszli widzowie. Ale mogą być też czymś o wiele ryzykowniejszym lub wprost podłym, jak ów sadyzm, nazwany przez Jana Wróbla faszyzmem. Nie muszę tu udowadniać, że teatr obecny nadużywa sadyzmu jako środka panowania nad widzami. Każdy, komu się zdarzyło pójść parę razy do teatru, dobrze o tym wie. Co na ten temat prawią nam reżyserzy i obsługujący ich recenzenci, nie ma znaczenia. Fakty są oczywiste i same przez się wystarczająco wymowne. Sadyzm brzydoty może przyciągać widzów dzięki temu, że na widowni spotyka się z masochizmem widzów. Andrzej Kijowski – dla młodych informacja: był to niezwykle inteligentny krytyk literacki i pisarz – otóż Andrzej Kijowski opisał kiedyś z gniewem i obrzydzeniem przedstawienie teatru Grotowskiego, bardzo wówczas modne i chwalone. Stwierdził, że w tym sadystycznym widowisku, z którego publiczność była bardzo zadowolona, zabrakło epilogu: Grotowski powinien był przy wyjściu postawić drabów uzbrojonych w kije, żeby każdy wychodzący ku jeszcze większemu swemu zadowoleniu mógł dostać kijem po głowie, po plecach, gdzie popadnie. Pełniejsze byłoby jego przeżycie estetyczne i dłużej zapamiętane.

Nie minęło więcej niż kilkadziesiąt lat od czasu, gdy w Europie i Ameryce obowiązywała cenzura obyczajowa. Za pornografię można było zostać surowo ukaranym. Ale cóż to była wtedy za pornografia! Sędziowie amerykańscy rozważali problem, jaką część nagiego uda można pokazać w filmie. Zgodzili się, że zewnętrzną wolno pokazać, ale wewnętrznej już nie. Dziś pornografia jest już przykrywką dla sadyzmu, swego rodzaju przyzwoitką.

Trzeba rozróżniać dwa rodzaje pornografii. Jedna pochodzi od markiza de Sade i ta łączy się, jak sam rodowód wskazuje, z sadyzmem. Drugą można wywieść od hrabiego Mirabeau, ta jest libertyńska, erotyczna i należy do tradycji humanistycznej.

Istnieje coś takiego w człowieku, co można nazwać sumieniem estetycznym. Gwałtem na tym sumieniu jest skłanianie ludzi do upodobania w brzydocie. Tłumacząc rzecz przez analogię, to jest postępowanie tak perwersyjne jak wychowywanie ludzi w duchu szacunku dla czynów okrutnych i podłych.

W demokracji liberalnej, jak wiadomo, nikt nie może być z niczego wykluczony. Estetyka teatru, a także sztuk plastycznych przyjęła takie założenie, że każdy może być artystą. Ku rozpaczy ludzi utalentowanych pojawiło się w tych sztukach mnóstwo prostaków, a także szalbierzy, którzy nadają ton, a gdy spotkają się z krytyką, przyjmują pozę niewiniątek i żądają opieki od przewodniczącego Komisji Europejskiej.

Wydanie: 11/2017

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony
Tagi: estetyka, Teatr

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy