Odcinanie skrzydeł

Odcinanie skrzydeł

Pracownicy wałbrzyskiego Wamagu bezrobociem zapłacą za długi Kopeksu

O wałbrzyskim Wamagu pisaliśmy pod koniec lata z cichą nadzieją, że zakład uda się uratować. Właściciel – Kopex Machinery w Zabrzu – podpisał wtedy porozumienie, że po redukcji zatrudnienia i wyprzedaży części majątku załoga będzie mogła pod własnym szyldem, a nie samego Kopeksu, dalej produkować. Tymczasem jeszcze związkowcy nie skonsultowali listy zwalnianych, gdy gruchnęła wieść, że zakład jednak upadnie. W Wałbrzychu pojawiło się dwóch likwidatorów, a pracownikom przestano wypłacać pensje.

Obietnice sprzed roku i prawie 200-letnia historia firmy okazały się nic niewarte. Wygląda na to, że od początku, od ubiegłorocznego hucznego nowego otwarcia Wamag był skazany na likwidację. Obietnice zaś były klasycznym zagraniem „ciemny lud to kupi”.

Kiedy „ciemny lud” od jesieni 2015 r. z radością przyjmował zlecenia i z zapałem je realizował, w zaciszach gabinetów toczyła się gra.

Gra, czasem ciemna

Na stronach internetowych poświęconych sprawom przemysłu można wyszukać ślady tej gry. W 2012 r. Kopex przejął Zabrzańskie Zakłady Mechaniczne w Rybniku, rok później ówczesny prezes stwierdził, że najkorzystniej byłoby ograniczyć działalność do Zabrza i Rybnika. Wtedy na to się nie zdecydowano, ale idea konsolidacji firmy wciąż była żywa. Mimo to jesienią 2015 r. urządzono huczne nowe otwarcie w Wałbrzychu. Wamag, całkowicie zależny od Kopeksu, miał się rozwijać i zatrudniać nawet 500 osób.

Tymczasem problemy Kopeksu narastały. Banki zaczynały odmawiać kredytowania, naciskały na restrukturyzację. Lekarstwem miało być przejęcie grupy przez firmę TDJ. Oficjalnie zaczęto o tym mówić w marcu tego roku, by w końcu, po wyrażeniu zgody przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, całą operację sfinalizować. W ten sposób w jednej grupie kontrolowanej przez TDJ obok Kopeksu znalazł się również górnośląski Famur. Oferta handlowa obu firm w wielu punktach się pokrywała, ale od tej chwili przestały być konkurencją.

Dlatego właściciel spółki TDJ Tomasz Domogała na stronach internetowych stwierdzał, że powstała szansa zbudowania polskiego czempiona, zdolnego konkurować z najlepszymi na globalnym rynku. – Połączenie potencjału eksportowego obu spółek pozwoli na jeszcze szybszą i efektywniejszą działalność w kraju – cieszył się prezes Famuru Mirosław Bendzera. Pojawiły się też pierwsze efekty – wspólnie wygrali przetarg ogłoszony przez Taurona.

Wciąż jednak pozostawał pewien szkopuł – długi Kopeksu. W programie restrukturyzacyjnym przewidziano zwolnienia pracowników i konsolidację, a dokładniej zmniejszenie liczby należących do Kopeksu spółek z trzydziestu kilku do kilkunastu. Zwolnienia pracowników trwały także w macierzystej siedzibie, wzbudzając protesty związkowców. Śląsko-dąbrowska Solidarność, przy poparciu innych związków, zagroziła sporem zbiorowym.

Taka sytuacja mogła zakłócić proces łączenia się z Famurem i przyćmić wspaniałe perspektywy. Mimo to trwał festiwal zapewnień o korzyściach ze współpracy Famuru i Kopeksu.

A co z Wamagiem, tak hołubionym niespełna rok temu? Obecnie wałbrzyski zakład nie istnieje ani w planach, ani w prognozach. Nikt z Kopeksu na ten temat nawet się nie zająknie. W Wałbrzychu pozostały tylko maszyny do wywiezienia, no i pracownicy, którym trzeba zapłacić jak najmniej.

Już tylko godność

Remigiusz Zgarda, przewodniczący wamagowskiej Solidarności, jest zmęczony. Nic nie zostało z zapału, z jakim pod koniec sierpnia w imieniu swojego związku i innych podpisywał porozumienie. Wtedy wierzył, że mają szansę. Potem był czas zgrzytów i wzajemnych pretensji przy układaniu list pracowników do zwolnienia. I o co było się spierać, skoro teraz wymówienia mają wszyscy? – Walczymy już tylko o to, by odejść z godnością. Żeby ludzie otrzymali to, co im się należy zgodnie z prawem – mówi Zgarda.

Ludzie zaś wciąż nie mogą pojąć, dlaczego likwiduje się ich zakład, mający zbyt na produkty i dysponujący wszystkim, co potrzebne do ich wytwarzania. Dlatego jeszcze próbują rozmawiać. Z likwidatorami spotkała się cała załoga. Zainteresowani tematem dziennikarze nie zostali wpuszczeni za bramy zakładu, z zewnątrz z pewnymi kłopotami dostał się jedynie Radosław Mechliński, przewodniczący wałbrzyskiej Solidarności. Potem Mechliński i likwidator powiedzieli przed kamerami, że nie ma porozumienia, a firma jest w „ciężkim stanie”.
Załoga pytała, gdzie jest zarząd. Skoro tak im znika, to pojadą do Zabrza i tam pod siedzibą firmy wykrzyczą swoje krzywdy.
26 października trzy autokary związkowców ruszyły w tę podróż. Po drodze był czas, żeby powspominać, popłakać i pozżymać się na los. – Te hanysy to wredny naród – stwierdziła jedna z młodszych osób. – E, nie wszyscy – ktoś inny wziął Ślązaków w obronę. Został jednak zakrzyczany, a na dowód przywołano podobną historię ze Świdnicy. Wtedy właśnie mijali specjalną strefę ekonomiczną w Żarowie. Powstała tu kolejna firma i poszukuje pracowników. Zaczęli więc się zastanawiać, czy nie byłoby za daleko dojeżdżać z Wałbrzycha. No, może firma uruchomi specjalny autobus, jak robią już inni. Humory nieco się poprawiły.

Była też okazja wspomnieć, jak układały się związki z Kopeksem. Razem są od bardzo dawna, zostali odkupieni od NFI. Początkowo nie było źle. Dopiero po kolejnej zmianie właściciela zaczęło się sypać, wyjaśniali najstarsi pracownicy.

W Zabrzu czekali na wałbrzyszan związkowcy ze śląsko-dąbrowskiej Solidarności, z OPZZ, ze związków nauczycielskich i inni. Ruszyli liczną grupą. Hałasowali różnymi przeszkadzajkami, rozwinęli transparenty. Hasła mówiły same za siebie: „Panie prezesie, nie dotrzymał pan danego słowa. Dlaczego?”, „Wy decydujecie, my głodujemy”, „Nasze dzieci głodują za wasze decyzje”, „Wasze decyzje, nasz głód”. Wszystko to jednak odbijało się od ścian na pustych ulicach.

Pustką zionęła również siedziba Kopeksu, zza zamkniętej bramy i okien czasem tylko ktoś wyjrzał i bez wątpienia nie był to nikt ważny w firmowej hierarchii. Zarząd? Jego członkowie zdążyli wyjechać.

Manifestanci jednak krzyczeli, żeby zarząd ruszył się z foteli, tych, które z całym biurowym wyposażeniem zabrał z Wałbrzycha. Co tam meble! – Oni już niemal wszystko zwieźli do siebie – powtarzali z goryczą robotnicy z Wamagu. Wypominali oszustwa i niespełnione obietnice. Skandowali: – Hańba, złodzieje!

Przewodniczący Zgarda przekazał odezwę, którą odebrał w imieniu zarządu prawnik Kopeksu. I znów ludzie się oburzyli, bo na upoważnieniu widniał podpis prezesa, który od dawna nie jest na tym stanowisku. – To kpina z nas wszystkich! – stwierdzali z narastającym gniewem. Za to jeszcze w tym samym dniu na stronie internetowej Kopeksu ukazała się notatka, że w sprawach Wamagu firma nie jest stroną w sporze. Podpisano: „zarząd”, bez nazwisk.

Ostatnie starcie?

Pracownicy Wamagu wiedzą, że mają coraz mniej czasu. Za kilka dni zakład opustoszeje, ostatnia grupa zostanie zwolniona, a tutaj jeszcze zostały maszyny. Choć formalnie są własnością Kopeksu, to przecież oni na nie zapracowali. Dlatego pewnie w geście rozpaczy znów zdecydowali się na protest, tym razem w niedzielę, 6 listopada. Mieli nadzieję, że zarządu Kopeksu ich nie zlekceważy. Zostali jednak zignorowani, tak jak wcześniej w Zabrzu. Władze miasta też ich nie poparły. Nie zawiedli tylko dziennikarze, a regionalna telewizja przeprowadziła dłuższą relację z łączeniem się z Zabrzem. Zaproszeni przez telewizję eksperci przyznali, że to, co się dzieje z pracownikami Wamagu, jest bardzo niesprawiedliwe. Nie są winni powstania długów Kopeksu, który ubiegły rok zamknął 497,6 mln zł strat. Działalność Wamagu w tym czasie przynosiła zyski, ale i tak przypisano im 8 mln zadłużenia.

Iwo Augustyński z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu dodał, że takie „odcinanie skrzydeł”, czyli likwidacja firm odległych od centrali, nie jest niestety zjawiskiem rzadkim. Dzieje się to z krzywdą dla mniejszych ośrodków, a perspektywy pracowników z takich firm nie są optymistyczne. Mają oni zbyt wysokie kwalifikacje, a nowo otwierane firmy poszukują raczej ludzi słabiej przygotowanych.
Trudno przewidzieć, czy było to już ostatnie starcie wamagowców. Na bramie wciąż wiszą „bojowe” transparenty. W głowach zaś rodzą się myśli, czy jednak nie zawalczyć o zatrzymanie tak cennych dla nich maszyn. Pracownicy mówią także między sobą o zaproszeniach wysłanych do znanych publicystów telewizyjnych. Może ci przyjadą i zrobi się szum na cały kraj? Kto wie, może wamagowcy uratują jeszcze swój zakład o prawie 200-letniej historii?

Wydanie: 47/2016

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy