Odmłodzić Karskiego

Odmłodzić Karskiego

Teraz przymierza się pan do realizacji filmu o Władysławie Bartoszewskim, z którym udało się jeszcze nakręcić rozmowę. Jak pan sobie wyobraża ten film?

– Zapisałem nawet w punktach, jaki nie powinien być. Przede wszystkim nie chciałbym go kierować wyłącznie do widza polskiego. Wiemy przecież, że Bartoszewski działał na szerokim planie, w Niemczech, Izraelu… i powinien być zrozumiały poza Polską. Chciałbym uniknąć zaściankowości typu: „Ja wiem, a pan rozumie”. Nie chcę bazować tylko na materiałach archiwalnych i gadających głowach, ale wykorzystać inne elementy artystyczne. Jest tu jeszcze sporo zagadek. Wszystko zależy od tego, co się znajdzie w archiwach, a scenariusz będzie powstawał w miarę odkrywania kolejnych źródeł.

Mamy silną ekipę, ale otwarte pozostaje pytanie, czy znajdziemy środki na film. Pamiętam, że kiedy startowałem z Karskim, prezesem TVP był Piotr Farfał z Ligi Polskich Rodzin, i wtedy nawet nie mieliśmy szans na złożenie scenariusza, bo odpadł w przedbiegach. Podobnie może się zdarzyć teraz, po wyborach, bo Bartoszewski też nie wszystkim dobrze się kojarzy.

Czyli po staremu, znów coś będzie zależeć od tego, kto będzie rządził telewizją?

– To chora sytuacja. Nigdy nie mogłem zrozumieć, jak można tak upolitycznić publiczną instytucję, jaką jest telewizja. Nie brakuje tam oczywiście ludzi kompetentnych i wrażliwych, jak choćby Jerzy Kapuściński z Dwójki czy Andrzej Fidyk z Jedynki, ale jest tam paraliż decyzyjny.

Ale wcześniej wielokrotnie pan współpracował z TVP.

– Zrobiłem kiedyś wspólnie z Jarkiem Sypniewskim 31-odcinkowy serial dokumentalny „Zielona karta” o ludziach, którzy wygrali zieloną kartę na stały pobyt w Ameryce, i teraz zaproponowałem powrót do tych bohaterów po 15 latach.

Przecież to wymarzony temat dla telewizji.

– Wiele osób to mówi. Mamy tych samych ludzi po wielu latach, ich rodziny, dzieci, które miały po pięć lat, a dziś mają 20 lat. Kiedyś mówiły po polsku, a teraz nie mówią. Rozwody, choroby… Znam tych ludzi, mam z nimi kontakt. Wydawałoby się, że każdy, kto usłyszy tę historię, powie: świetnie, robimy! Ale jest jedno „ale”. Nie wiadomo, kto będzie w tej telewizji. A złożyć tego nie możemy, bo nikt nam nie podpisze. Wielokrotnie już bywałem w takiej sytuacji.

Co się kryje za tytułem projektu filmowego „Chasing Portraits”, nad którym od jakiegoś czasu pan pracuje?

– Mam wiele takich projektów, w których jestem reżyserem, producentem albo operatorem. Od roku kontynuuję pracę nad „Chasing Portraits” („Goniąc za portretami”), m.in. byliśmy już dwa razy w Polsce i raz w Izraelu. To historia, którą zainicjowała Elizabeth Rynecki, prawnuczka przedwojennego malarza Moshe Ryneckiego, który mieszkał w Warszawie i zginął w Treblince. Malował akwarelą i namalował tych obrazów bardzo dużo.

Przed śmiercią udało mu się schować w dwóch domach na Pradze ok. 800 płócien zwiniętych w rulony. Okazuje się, że wszystkie jego obrazy, które gdzieś są, w dużej części pochodzą z tych schowków. Nie wiemy, jak przeciekły na rynek. Na części z nich jest napisane, od kogo zostały kupione i za ile. Odwiedzamy ludzi, u których te obrazy wiszą na ścianach. Nie wszędzie udaje nam się wejść, w Izraelu jest rodzina, która ma portrety, ale nie chce otworzyć drzwi. Elizabeth bardzo emocjonalnie podchodzi do tego projektu, żyje tymi obrazami, ale co ważne, nie chce ich odzyskiwać. Takie projekty, historie polsko-żydowskie, często się pojawiają i jeśli ktoś coś inicjuje, często dociera do mnie drogą telefoniczną czy mejlową.

Wszystkie ścieżki prowadzą do Grünberga.

– Jestem znany w środowisku jako osoba, która łączy dwa kontynenty i robi filmy na tematy dotyczące obydwu. Dzwonią i mówią: dowiedziałem się, że możesz mi pomóc. Ostatnio zgłosił się do mnie szef towarzystwa pamięci Artura Szyka, znakomitego grafika, ilustratora, abym pomógł mu zrobić film o tym artyście. Najgorsze, że na żadne z tych projektów nie ma funduszy.

Za to są dobre pomysły i pasja w ich realizacji pozwala czasami pokonywać przeszkody. Jaki bliski sercu temat chciałby pan jeszcze opowiedzieć w dokumencie?

– Fascynują mnie przedwojenne muzyczne szlagiery, tanga, walce. Chciałbym zrobić film „To ostatnia sobota”, bo w wersji hebrajskiej piosenka „To ostatnia niedziela”, śpiewana przed wojną przez Adama Astona, nazywała się „Ten ostatni szabes”. 80% polskich szlagierów stworzyli polscy Żydzi. Wśród nich byli m.in. Marian Hemar, Jerzy Jurandot, Julian Tuwim – autorzy tekstów i Henryk Wars, Artur Gold, Jerzy Petersburski – kompozytorzy. Niezwykłe jest to, że najbardziej patriotyczne polskie piosenki, jak „Czerwone maki na Monte Cassino”, były komponowane, a w części także śpiewane przez polskich Żydów. Chciałbym w tym projekcie pójść trochę za sercem i stworzyć film, który byłby po drugiej stronie Holokaustu, a jednocześnie trochę o to zahaczał. Niezwykle pasjonujące w przypadku wymienionych twórców jest to, jak bardzo chcieli być Polakami. Najlepszym przykładem jest tu sam Tuwim. W Muzeum Historii Żydów Polskich wyeksponowana jest jego myśl: „Dla antysemitów jestem Żydem, a moja poezja jest żydowską. Dla Żydów nacjonalistów jestem renegatem, zdrajcą. Trudno!”. To element także mojej historii. Kiedy chciałem być Polakiem, nie miało to żadnego znaczenia, bo i tak widziano we mnie Żyda. Interesuje mnie, jak ci wszyscy przedwojenni twórcy stworzyli te szlagiery, które bardziej polskimi już nie mogły być.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 45/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy