Jak odzyskałem „Księgę Głubczycką”

Jak odzyskałem „Księgę Głubczycką”

Barbara Piasecka-Johnson żądała za księgę pół miliona złotych. Udało się ją skłonić do oddania inkunabułu Polsce za darmo

W połowie marca 2002 r. Włodzimierz Kalicki opublikował w „Gazecie Wyborczej” artykuł, w którym informował, że Barbara Piasecka-Johnson jest właścicielką średniowiecznego inkunabułu, spisanego w języku niemieckim na ponad 200 kartach pergaminu – „Księgi praw miejskich Głubczyc”, zwanej też „Księgą Głubczycką”. Redaktor Kalicki apelował do rządu, by księgę od pani Piaseckiej odkupił, oceniał, że może być ona warta pół miliona złotych. Sugerował, że jeśli rząd się nie pośpieszy, to pani Piasecka sprzeda ją na aukcji, w domyśle – za granicą.

Do przeprowadzenia negocjacji z posiadaczką cennej księgi minister Andrzej Celiński wyznaczył mnie. Spotkałem się z prof. Darią Nałęcz, ówczes­ną naczelną dyrektor Archiwów Państwowych. Przygotowałem koncepcję rozmów, co ważniejsze informacje przekazałem minister Aleksandrze Jakubowskiej, szanując fakt, że działam w obszarze jej kompetencji. Pamiętałem ponadto, że jest ona posłanką Ziemi Opolskiej, na której leżą Głubczyce. Byłem także w stałym kontakcie z dyrektorem Biblioteki Narodowej Michałem Jagiełłą, a w ministerstwie niezwykle pomocni okazali się Ewa Brzostowska i Franciszek Cemka.

Minister Jakubowska uprzedziła o sprawie księgi służby celne (rzecz działa się przed przystąpieniem Polski do Układu z Schengen znoszącego kontrolę graniczną). Zgodnie z obowiązującymi przepisami wywóz z Polski dzieł sztuki, książek i innych zabytków sprzed 1945 r. wymagał uzyskania stosownych zgód i pozwoleń. Nie wiedzieliśmy, co prawda, gdzie księga się znajduje, przypuszczaliśmy jednak, że wciąż jest w Polsce. Udało nam się ustalić, że do końca działań wojennych znajdowała się w archiwum w Opolu, skąd w niewiadomych okolicznościach zniknęła. W połowie 1945 r. oferowano ją do sprzedaży na targu w Rzeszowie lub w okolicy. Później przez blisko 60 lat ani księga, ani jakiekolwiek wieści o niej nigdy się nie pojawiły.

Dyrektor Cemka ustalił, jak kształtują się ceny podobnych manuskryptów w domach aukcyjnych za granicą. Okazało się, że tego rodzaju XV-wieczne księgi osiągały ceny, w przeliczeniu, nie więcej niż 30-35 tys. zł. Przyjmując, że ten egzemplarz można uznać za szczególnie cenny z uwagi na liczne, piękne ilustracje, zdobienia srebrem i złotem, jego cena nie powinna być jednak wyższa niż 50 tys. zł, a więc co najwyżej 10% kwoty, o której była mowa w artykule.

Pieniądze i chore dzieci

Pierwsze spotkanie służyło poznaniu oczekiwań posiadaczki księgi. Przyszła na nie jej bratanica Beata Piasecka, ze swoim synem (a może bratem) Wojciechem oraz wytrawnym warszawskim adwokatem Wojciechem Tomczykiem. Jego obawiałem się najbardziej. Beata Piasecka dość agresywnie przedstawiła twarde warunki i oczekiwania. Sprowadzały się one do jasnego przekazu: albo kupujecie księgę na naszych warunkach, albo sprzedajemy ją komu chcemy i gdzie chcemy. Padła groźba, że księga może zostać wywieziona z kraju i sprzedana zagranicznemu kupcowi. Bratanica kładła nacisk na to, że pieniądze uzyskane za odstąpienie księgi miały umożliwić utworzenie ośrodka dla dzieci autystycznych. Jeśli ministerstwo nie wyasygnuje żądanej kwoty – usłyszałem – dzieci będą pozbawione stosownej opieki, bo fundacja, która ma być beneficjentem tych pieniędzy, już na wrzesień zaplanowała otwarcie ośrodka. Zostałem nawet zapytany, czy wezmę na siebie odpowiedzialność za los tych dzieci. Odpowiedziałem, że mam w bliskiej rodzinie autystyczne dziecko, zapewniłem o swojej wrażliwości na los takich dzieci, ale dodałem, że ufam także we wrażliwość pani Barbary Piaseckiej i jestem pewien, że nie będzie czekała na pieniądze za księgę, ale dla zapewnienia dzieciom opieki uruchomi inne swoje środki (w 2001 r. „Forbes” zaliczył Piasecką-Johnson do 20 najbogatszych kobiet na świecie).

Mecenas Tomczyk podtrzymywał oczekiwania, w tym kwotę pół miliona złotych. Zwracał uwagę na konieczność szybkiego podjęcia decyzji, gdyż pani Piasecka-Johnson może wystawić księgę na aukcji, szukając pieniędzy także na Zachodzie. Podkreślano patriotyzm pani Piaseckiej, wyrażający się tym, że najpierw zwróciła się z propozycją zakupu do rządu polskiego.

Przedstawiłem naszą wiedzę o losach księgi. Podkreśliłem, że nie pytamy, jak pani Piasecka weszła w jej posiadanie. Zaznaczyłem też wyraźnie, że pani Piasecka może księgę posiadać, ale ponieważ to cenny zabytek, nie może nią swobodnie dysponować – nie może jej wywieźć za granicę ani tym bardziej wystawić jej tam na sprzedaż. Najlepiej byłoby dla wszystkich – podkreśliłem – by księga powróciła tam, gdzie była przed 60 laty. Państwo jej jednak nie kupi, a na pewno nie za żądaną cenę. Tu poinformowałem o notowaniach podobnych manuskryptów na aukcjach w Wielkiej Brytanii i w Niemczech. Zarówno pani Beata Piasecka, jak i mecenas Tomczyk byli zdumieni moim stanowiskiem. Sądzę, że spodziewali się z mojej strony prób obniżania żądanej kwoty. Okazany brak zainteresowania – nieco pozorny, przyznaję, całkowicie ich zaskoczył, ale też wyraźnie zdenerwował, a nawet oburzył. Niedowierzanie wywołała informacja o notowaniach na zagranicznych aukcjach. Poprosiłem o rozważenie zmiany oczekiwań i zamykając spotkanie, zadeklarowałem chęć prowadzenia dalszych rozmów.

Przełom

Na kolejne spotkanie mecenas Wojciech Tomczyk wszedł do mego gabinetu jako pierwszy i witając się, szepnął z kwaśną miną: „Miał pan we wszystkim rację”. Pani Beata Piasecka znowu położyła nacisk na cel przyświecający decyzji o sprzedaży księgi i presję czasu. Odstąpiono jednak od oczekiwań finansowych. Nie grożono już wywozem księgi czy sprzedażą na zagranicznej aukcji. Pani Beata Piasecka przedstawiła dwa nowe warunki: prawo do prowadzenia zbiórki publicznej na statutowe cele fundacji (powstanie i funkcjonowanie ośrodka dla dzieci autystycznych) oraz spotkanie Barbary Piaseckiej-Johnson z premierem Leszkiem Millerem. Usłyszałem, że pod tymi warunkami księga może być przekazana władzom. Bezpłatnie! To był przełom. I mój sukces. Oba warunki były przecież możliwe do spełnienia wręcz od ręki.
Wyjaśniłem, jakie zasady obowiązują przy organizacji publicznych zbiórek. Zapewniłem, że możliwie najszybciej zwrócę się do ministra spraw wewnętrznych i administracji o zgodę na publiczną zbiórkę pieniędzy. Przypomniałem oczywiście, że fundacja musi złożyć odpowiedni wniosek, a potem postępować zgodnie z treścią zgody. W drugiej sprawie obiecałem złożenie stosownej notatki premierowi. Podczas następnego spotkania mogłem już zapewnić, że oczekiwania zostaną spełnione. Poinformowałem, że premier Leszek Miller wyraził zgodę na rozmowę z panią Barbarą Piasecką-Johnson, pozostaje jedynie ustalenie czasu i miejsca dogodnego dla obu stron. Minister spraw wewnętrznych i administracji oczekuje zaś na wniosek fundacji, by wyrazić zgodę na publiczną zbiórkę pieniędzy na jej cele statutowe.

W pierwszych dniach lipca nowym ministrem kultury został Waldemar Dąbrowski. Ustalono, że spotkanie premiera z Barbarą Piasecką-Johnson będzie połączone z przekazaniem „Księgi Głubczyckiej”. Uroczystość odbyła się w południe 22 lipca, w sali im. Stefana Dembego w Bibliotece Narodowej. Wcześniej przez pół godziny Leszek Miller rozmawiał z ofiarodawczynią. Nie odgrywałem już w tym żadnej roli. Premier wygłosił dobre przemówienie o ochronie kulturowego dziedzictwa, odebrał z rąk pani Piaseckiej-Johnson księgę i przekazał ją dyrektorowi Jagielle, minister Dąbrowski udekorował ofiarodawczynię resortową odznaką Zasłużony dla Kultury Polskiej. W ciągu kilku następnych tygodni księga została skopiowana i jej reprint powędrował do dokumentów miasta Głubczyce, oryginał zaś jesienią 2002 r. powrócił do archiwum w Opolu.

Fakty według „Wyborczej”

28 października „Gazeta Wyborcza” powiadomiła czytelników, że Rada Powiatu Głubczyckiego uhonorowała statuetką Głubczyckiego Lwa Włodzimierza Kalickiego za to, że zainicjował akcję powrotu „Księgi praw miejskich Głubczyc”. Gazeta podkreślała swoją rolę w tej sprawie: „(…) Gazeta apelowała, by ten skarb właścicielka przekazała do zbiorów publicznych. 22 lipca 2002 r. Barbara Piasecka, odpowiadając na ten apel, przekazała bezcenną księgę Bibliotece Narodowej”. Gdy pokazałem tę notatkę Aleksandrze Jakubowskiej, znacząco spojrzeliśmy na siebie.

Jedynym docenieniem mojej roli w odzyskaniu księgi są słowa z listu, jakim w lutym 2004 r., żegnała mnie prof. Daria Nałęcz, gdy odchodziłem z funkcji wiceministra kultury: „Nigdy nie zapomnę wspólnych negocjacji w sprawie »Księgi Głubczyckiej«. Okazał się Pan znakomitym partnerem w trudnej dyskusji. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to Pana zdolnościom dyplomatycznym zawdzięczamy końcowy sukces”.
Barbara Piasecka-Johnson zmarła w 2013 r. Po jej śmierci media podały, że na realizację długofalowego programu szerzenia wiedzy na temat autyzmu oraz zakładanie w Polsce ośrodków wczesnej interwencji dla dzieci oraz młodzieży wydała ponad 8 mln zł. Ta wiadomość poprawiła nieco obraz milionerki, jaki rysował mi się na podstawie kontaktów z jej bratanicą.

Wydanie: 16/2017

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy