Ofiary anomii

Ofiary anomii

Bez uprzedzeń

Do czego dojdziemy, jeśli będziemy walczyć z nieuczciwością nieuczciwymi metodami?
Jedna z partii występuje z projektem powołania specjalnego urzędu do walki z korupcją. Jaka pewność, że funkcjonariusze tego urzędu będą uczciwsi od innych? Odpowiadają nam, że gwarancją będą bardzo wysokie płace w tym urzędzie. Jak wysokie mają być te płace? Muszą przewyższać szacunkowe stawki łapówek prywatnych. Inaczej i dokładniej mówiąc, państwo będzie musiało przekupić swoich urzędników, aby dawali nadzieję, że będą zwalczać przekupstwo. Za normalną płacę uczciwości się po nich spodziewać nie będzie można. Przypominają mi się kpinki Zygmunta Krasińskiego z socjalistycznych poglądów na przyczyny przestępczości: dajcie mu tysiąc franków miesięcznie, a będzie uczciwy, jeśli to nie wystarczy, dajcie mu dziesięć tysięcy, a gdyby i to nie pomogło, dajcie mu trzydzieści tysięcy i wtedy już możecie być prawie pewni, że nie będzie kradł.
Korupcja w Polsce jest rozpatrywana w oderwaniu od zjawiska szerszego i bardziej podstawowego, jakim jest anomia, czyli rozpad więzi społecznych, upadek norm, zanik zdolności rozróżniania tego, co w życiu społecznym słuszne, od tego, co niesłuszne. Pojedynczy ludzie i całe grupy społeczne popadają w apatię albo gniew, ale od czasu do czasu ktoś wyskakuje z jakimiś projektami naprawy, niestety są one najczęściej mocno naznaczone piętnem anomii. Zresztą gdyby były mądre, też mało kto by się na tym poznał. Wymarzony mamy czas dla politycznych i innych hochsztaplerów i cyników rządnych władzy. Nie wszyscy są ofiarami anomii, przynajmniej nie w jednakowym stopniu. Olbrzymia część społeczeństwa, choć nie większość, żyje w surowym reżimie pracy (lub wyszła z takiej szkoły), a praca uczy rozumu. Tak się jednak nieszczęśliwie złożyło, że ważne ogniwa władzy formalnej i nieformalnej dostały się w ręce ludzi, którzy nigdy nie pracowali, nawet zasadniczej służby wojskowej nie odbyli. Wprost ze studiów, z domów studenckich albo nie wiadomo skąd przeniesieni zostali przez rewolucję personalną na najwyższe stanowiska rządowe. Nabrali niesłychanej zarozumiałości i niczego się nie nauczyli prócz sztuki gadania na przekór swoim przeciwnikom. Są to nosiciele wirusa anomii, zarażający nim szerokie kręgi społeczne. Jedni sami siebie nazywają konserwatystami, drudzy liberałami, inni państwowcami albo narodowcami, ale w rzeczywistości reprezentują prymarny, nieświadomy siebie anarchizm. Nie przeszli żadnej szkoły porządku państwowego. Czternaście lat intryg i zabawy we władzę nie mogło ich niczego nauczyć.
Rozczarowanie spotyka również tych, którzy spodziewali się (i ja między innymi), że Kościół katolicki wniesie do życia publicznego element ładu moralnego, a także sublimację emocji. Okazało się niestety z całą oczywistością, że anomia ogarnęła również sfery klerykalne. Głosy, które stamtąd wychodzą, świadczą, że biskupi za dużo czasu spędzają przed telewizorami i za dużo czytają gazet. Robią to z przesadnym nabożeństwem. Ich listy pasterskie, oświadczenia i pouczenia są tylko echem propagandowych kampanii mediów, z dodatkiem świętobliwego fetorku. Arcybiskup Muszyński (podobno jeden ze światlejszych) komentując „błędne koło afer”, miał pochwalić, według „Gazety Wyborczej”, „działalność wolnych mediów, które stają się niemal jedynym instrumentem kontrolnym w Polsce”. Fakt, że media w swoich propagandowych akcjach dyfamacyjnych są zupełnie nieodpowiedzialne, że szkalują uczciwych ludzi – nie zainteresował arcybiskupa. Co sądzić o zapewnieniu, że „Episkopat widzi palącą potrzebę formowania sumienia współobywateli i wychodzi z taką inicjatywą”? Trzeba najpierw samemu mieć dobrze uformowane sumienie, żeby formować innych, a wcale nie jest pewne, że ma je ktoś, kto propagandę medialną bierze za „instrument kontrolny” i nie niepokoi się z powodu złej woli i fałszu, jaki ją przenika. Nie było takiej kampanii propagandowej w ciągu ostatnich czternastu lat, wobec której biskupi wystąpiliby z własnym zdaniem. Trudno się w ich głosach dosłuchać inspiracji religijnej czy moralnej. Czy potrzebujemy aż ich listów pasterskich, żeby usłyszeć o „błędnym kole afer”?
Sejmowa Komisja Śledcza powołana z okazji afery Rywina jest najokazalszym wykwitem anomii. Założenie wyjściowe, że Lew Rywin został posłany do Agory w interesie SLD, zostało przyjęte w złej wierze. Nikt mi nie wmówi, że cwaniacy z opozycji sejmowej w to naprawdę wierzyli. Gdyby chodziło o wykrycie prawdy, nie powoływano by komisji złożonej z reprezentantów partii politycznych, ponieważ dobrze wiadomo, że z partyjnego punktu widzenia prawdziwe jest to, co szkodzi partii przeciwnej. Publiczne śledztwo niczemu innemu nie służy, jak tylko wielokrotnemu powtarzaniu przez posłów opozycji konceptów mogących przedstawić SLD w złym świetle. Przedstawiciele SLD w tej komisji nie mają żadnej roli do odegrania i niepotrzebnie się odzywają. Przebieg przesłuchań jest pod względem prawnym i moralnym większym skandalem niż cała afera Rywina. Osoby wezwane na świadków bezprawnie przesłuchuje się jak podejrzanych, insynuuje się im popełnienie przestępstwa, poniża się je i dręczy psychicznie. Trudno o bardziej wymowną ilustrację panującej w Polsce anomii niż zachowanie samych tych świadków – podejrzanych: oni nie znają swoich praw i biernie poddają się poniżającemu traktowaniu.

 

Wydanie: 30/2003

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy