One

One

Leżą wszędzie: na nocnym stoliku, na półkach, stołach, parapetach. W łazience drżą na pralce, wilgotnieją za koszem na bieliznę, kurzą się na sprzęcie audio, blakną przy telewizorze. Otwarte na kontakt, porzucone, bezradne. Niezdolne do zajęcia się same sobą. Książki niedoczytane, ledwo napoczęte, nadgryzione jak cierpkie jabłuszko. Te, które nas znudziły, i te, które na chwilę nas uwiodły, a potem rozczarowały, te, na które zabrakło nam czasu, i takie, o których po prostu zapomnieliśmy, bo pojawiły się inne, nowsze, piękniejsze. Albo po prostu bardziej zdecydowane, agresywniejsze, dowcipniejsze. Bo wciągnęło nas życie. Przez grzech przyzwyczajenia, zaniedbania, przez telewizję, alkohol. Nie mamy odwagi, żeby asertywnie z nimi się pożegnać: zamknąć, odłożyć na półkę na wieczne niedoczytanie. Nie chcemy ich też oddawać innym mężczyznom, kobietom. Te nasze niespełnienia miłosne, ledwo zaczęte relacje, obietnice wspólnej przyszłości. Więc leżą wokół i wołają, przekrzykują się, narzekają, oskarżają o lenistwo, źle podjęte decyzje.
Raz na jakiś czas przychodzi nam do głowy jakieś rozwiązanie: będziemy czytać dwie godziny dziennie – to powinno wystarczyć, żeby jakoś się zachować, ruszyć z koksem, uszczuplić ten zbiór. Ale zaczynamy przerzucać te godzinki na inny dzień: dziś nie, ale jutro poczytam godzinę więcej. Dziś nie, ale za to w weekend… Albo bierzemy je ze sobą: do knajpy, tramwaju, taksówki, ze złudną nadzieją, że świat nas znowu połączy, złapiemy wspólny rytm. Świat jednak ma wobec nas inne plany. Świat woli rozdzielać, niż łączyć, plany świata są zresztą niespójne, a książka ma coraz bardziej sfatygowany brzeg, puchnie od wilgoci października, plami się, zalewa kawą, colą, krem do rąk ją potłuści, sierść psa upstrzy.
Są też inne sposoby: robimy rankingi i listy, układamy sterty. Może szybciej będzie się czytało na przemian: raz esej, raz kryminał, wierszyk, potem zaś dramat, na końcu artykuły krytyczne ze starych numerów „Kina” i „Odry”. Och, wszystkie omawiane filmy już zeszły z afisza! Aktorzy ze zdjęć dawno zmienili fryzury i rozstali się z partnerami, zdążyli zmienić zdanie niemal w każdej sprawie! I jak tu ich teraz czytać z tych przedwczorajszych komunikatów, starych gazet? Jeszcze wczoraj modny był buddyzm, dziś już tylko islam, naprawdę hipsterska religia. Jeszcze wczoraj feminizm był główną krytyką kultury, dziś już urbanistyka! No ale litości, książki na szczęście tak szybko się nie starzeją! Dlatego wciąż kompulsywnie kupujemy nowe, narażając się na coraz większe wyrzuty sumienia i to, że w końcu nas zasypią. To by była zresztą śmierć godna powieści noir: zemsta nieprzeczytanych książek. Bunt na pokładzie, śmierć boga, który tylko tak półstwarzał, bo musiał akurat pójść na zakupy i porzucił poniedziałek w połowie, z niedorobionymi kolorkami, z pogubionymi godzinami, tylko z Adamem stworzonym, bez Ewy. Ta biedna się nie przebiła, miała nieszczęście czekać na stronie trzydziestej, zabrakło jej kilku minut, żeby żyć.
Dla takich wyrzutków społecznych księgarnie powinny być zakazane. I ktoś nas powinien rozliczać, potrącać nam z pensji za niedoczytanie, niedoczekanie. O tak, więzienia byłyby pełne nas, frustratów z zadyszką, melancholijnych nie-do-czytelników. Czy ktoś nas rozgrzeszy? Może przed świętami wyspowiadamy się komuś w jakimś barze z tych wszystkich zaniechań. I będzie to piękna litania pełna tytułów, które wypowiemy tej nocy, nabożnie oddając im cześć. W ramach pokuty dorzucą nam pięć nowych tytułów. I to wystarczy, żebyśmy pełni nadziei znów ulegli własnym słabościom, drałując do księgarni z wywieszonym jęzorem. Och, nowa rzecz. Ona, taka piękna i pełna obietnic, ciekawe, co mi da.

Wydanie: 42/2015

Kategorie: Agnieszka Wolny-Hamkało

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy