Z burczenia w brzuchu

Z burczenia w brzuchu

W „Nieznośnej lekkości bytu” Milan Kundera pisał, że główna bohaterka Teresa wzięła się z burczenia w brzuchu. Kiedy czytam „Ferwor. Życie Aliny Szapocznikow” Marka Beylina, myślę, że Alina też wzięła się z burczenia w brzuchu, może nawet z głodu. Że miała w sobie jakiś brak, tęsknotę, deficyt, które przez całe życie starała się wyrównać. Ludzie, którzy nie potrafią osiągnąć spokoju i zadowolenia, wciąż pozostają niezaspokojeni – zwykle w dzieciństwie przeżyli utratę kogoś bliskiego. O Szapocznikow pisano, że była „dzieckiem obozów”. Przeżyła wiele utrat. Czy to dlatego jej późniejsze życie było tak łapczywe? A jej poziom energii tak wysoki?
Ten obraz silnie działa na wyobraźnię: człowiek, który składa się niemal cały z wody, i solidny, kamienny blok. Rzeźbienie to ciężka praca fizyczna, pozostają po nim konkretne, trójwymiarowe przedmioty. Różny był ich los – niektóre ginęły podczas transportu przez morze, inne zapełniały pracownie, jeszcze inne zyskiwały sławę i były wystawiane w galeriach. Ale nawet jeśli brakowało im powodzenia i wzięcia, Szapocznikow jakoś z tym się godziła, tak umiała, zrzucała to z siebie i szła dalej. Jej dyskurs ze światem był natury miłosnej, a legendarna zmysłowość i cielesność była zmysłowością kobiety, która ocalała i widzi świat jako dar. Z pełną świadomością kruchości wszystkiego, co organiczne. Swoją postawę przenosiła do świata rzeźb, jakby zewsząd chciała wyegzorcyzmować piękno.
Skoro była tak blisko życia, musiała być też blisko śmierci. I była. Przecież pracowała w marmurze. Jej cudowną zdolność umysłu do „oczyszczania się jak wielkie słone morze” pokazuje projekt „Fotorzeźby” – to wyżute gumy, które wyjęte ze swojego naturalnego kontekstu stają się obiektami surrealistycznymi. Zaskakujące, jak blisko jest to radykalnych, konceptualnych projektów w stylu Beuysa, który w pewnym momencie swojego życia postulował, że każdy może być artystą, a pierwszą rzeźbą człowieka jest myśl. „Twórczość mieści się między marzeniem / a codziennością”, pisała Alina. „Żując machinalnie moją gumę do żucia. Wyciągając z mych ust przedziwne formy / zdałam sobie nagłą sprawę / z niezwykłej kolekcji rzeźb abstrakcyjnych, / które przechodzą mi przez zęby”.
Szapocznikow była blisko panicznych surrealistów w stylu Topora, którego zresztą dobrze znała. Zachwycający w tym kontekście jest jej projekt ślizgawki w kraterze Wezuwiusza, gdzie miała panować „odświętna atmosfera”. Wokół miały rozbrzmiewać walce rosyjskie, pobłyskiwać lampiony, a trasy narciarskie miał pokrywać kolorowy sztuczny śnieg. Wyobrażała sobie erupcję lawy podczas występu jakiejś słynnej łyżwiarki i nasz koniec – „triumf chwili i przemijalności”. Ale potem obrazy śmierci blakły – i znów stawała po stronie życia. „Chodzę przez te wymyte uliczki, między tymi milionami wypielęgnowanych kwiatów i nic tylko trzeszczy mi skóra”. Nawet kiedy umierała – jak pisał Beylin – była „na zewnątrz swojego umierania”. Wyobrażam ją sobie, jak idzie nocą do pracowni i rzeźbi do rana. Tak robiła zawsze, kiedy budziła się sama. Widzę ją, kiedy wpadają znajomi i wysyła małego, sześcioletniego Piotrusia po dwie butelki wina do Fukiera. „Nie bij go – pisał do Aliny Roman Cieślewicz. – On jest taki ze zboża cały i trzeba z nim długo rozmawiać”. Albo kiedy pojechała pierwszy raz do Paryża i oszołomiona siedziała przy stoliku „pod czerwono-oranżowym parasolem z frędzelkami”: „Nikt nie wie, że przyjechałam metrem i przyszłam tu pieszo. Kiedy szłam (samotna kobieta w lasku), limuzyna wyprzedzała mnie o 5 m, zatrzymywała się i znów wyprzedzała zapraszająco. Albo inna jechała wolniutko obok mnie, kierowca opierał rękę ze złotą bransoletką zegarka o otwarte okno i wtedy starczy tylko lekkie skinienie, żeby drzwiczki się otworzyły”, pisała w liście.
Witalna, rozerotyzowana Szapocznikow. Na późnych zdjęciach, na których jest już chora (i wie o tym), trwa atmosfera „szampańskiej zabawy”. „Matka oblepia ciało syna gipsem, bawią się także tym obyczajowym przekroczeniem”. Śmiech i wygłupy. Albo jak Roman wpadał z tym swoim: „Musisz być moja!”, „Muszę cię zobaczyć!”. A potem oboje pochylają się nad pismem „Ty i Ja” i planują, jak podbić świat. Ciekawie to Marek Beylin w „Ferworze” opisał.

Wydanie: 24/2015

Kategorie: Agnieszka Wolny-Hamkało

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy