Osmoza

„Za granicę raczej nikt już nas nie wyśle.
Zostaniemy z przyjacielem tu, przy Wiśle.
Ale z drugiej strony też się cieszy człek,
Z geografii znając kilka gorszych rzek”
śpiewają Przybora i Wasowski.
Tym oto kupletem pragnę zamknąć moją kampanię do Parlamentu Europejskiego, z której na razie główną korzyścią publiczną jest to, że „Gazeta Wyborcza” zaliczyła mnie do kategorii „ciekawych przegranych”, obok Piotra Gadzinowskiego, Anny Sobeckiej z „Radia Maryja” i trenera Apoloniusza Tajnera, który okazał się ludowcem.
Nie jest to korzyść jedyna. Objechałem Mazowsze wzdłuż i w poprzek, po raz pierwszy w życiu byłem w Raciążu i w Sierpcu, poznałem też mnóstwo ludzi, którzy mi pomagali, abym bez pieniędzy, plakatów, mediów, a także tzw. struktur partyjnych prezentował się wyborcom, których kilka tysięcy udało mi się do siebie przekonać.
No i odbyły się wybory.
Pierwsze wrażenia są oczywiście zaskakujące. W wyniku tych wyborów wysyłamy do Strasburga ekipę parlamentarzystów, z których większość stanowią przeciwnicy Europy jako cywilizacji racjonalnej, demokratycznej, opartej na podstawach laickich i oświeceniowych. Z tym ostatnim zresztą nie może się z pogodzić także nasz rząd – jeśli taki istnieje – a minister Cimoszewicz zapowiada, że do końca będzie walczył o Europę chrześcijańską.
Nie jest to tylko walka o słowa w preambule, lecz także o ustalenie źródeł obecnej Unii Europejskiej. Konwent przygotowujący konstytucję znalazł je w tradycji oświeceniowej, wywodzącej się z Wielkiej Encyklopedii i Wielkiej Rewolucji Francuskiej, natomiast „nasi ” widzą je w tradycji religijnej. A więc w tej, w myśl której od czasów Grunwaldu i wcześniej każda bitwa rozpoczynała się od odprawienia przez walczące strony identycznej mszy, po czym rozpoczynało się ogólne mordowanie, Wehrmacht zaś nosił na klamrach swoich pasów napis „Gott mit uns”.
Pokazuje to, jak daleko jesteśmy od unijnej Europy nie tylko pod względem długości wielopasmowych autostrad, lecz także w zakresie problemów, jakie docierają do naszej świadomości, oraz zachowań, jakie cechują naszą codzienność.
Panuje tu zresztą osobliwe materii pomieszanie. Ci sami bowiem wyborcy, którzy pod dyktando partii politycznych upiekli pasztet w postaci większości naszej delegacji parlamentarnej, wykazali także nieoczekiwaną kulturę polityczną, masowo wybierając do Strasburga byłego premiera, prof. Jerzego Buzka, prof. Bronisława Geremka i prof. Adama Gierka.
Wiadomo, że Jerzy Buzek był bezradnym, całkowicie ubezwłasnowolnionym premierem, ze wszystkimi tego konsekwencjami dla państwa. Ale był on człowiekiem, do którego nie przykleiły się żadna afera, żaden przekręt, żadna dwuznaczność majątkowa, o co nietrudno na tym stanowisku. Można nie lubić mentorskiego tonu Bronisława Geremka, ale od lat i niezachwianie – no, może z wyjątkiem pewnego zachwiania w towarzystwie pani Albright – był on u nas głównym, jak pisano na plakatach, „architektem” idei europejskiej. Na koniec wybór Adama Gierka jest ukłonem w stronę jego ojca, Edwarda, za którego rządów zachód Europy przestał być złowrogim monstrum, stając się sympatycznym partnerem do interesów.
Te osądy opinii mieszczą się w kanonie cywilizowanej, europejskiej kultury politycznej. Ich rozbudowywanie jest drogą do przemiany kulturalnej, która jest najważniejszym celem unijnej integracji.
Nie jesteśmy jeszcze, mimo lansowanych przez braci Kaczyńskich sloganów, Europą. Mamy jednak zadatki, aby nią zostać.
W Europie na przykład każdy, nawet wysoki urzędnik, ma we krwi zwyczaj odpowiadania na skierowane do niego telefony od osób, które zna lub wie, kim są, choćby nawet ich nie lubił. Ale spróbujmy się doczekać jakiejkolwiek reakcji na telefony przyjmowane choćby przez sekretarki dyrektorów i prezesów telewizji publicznej. Jedynym znanym mi człowiekiem, który zachowywał zwyczaj odpowiadania na telefony, był dymisjonowany już prezes TVP, Robert Kwiatkowski, nie zdołał on jednak zaszczepić tego obyczaju swoim współpracownikom, a tym bardziej następcom.
W Europie mówi się „dziękuję” osobom, które oddały nam jakiekolwiek usługi albo tylko wyraziły uznanie dla naszych działań. U nas takie osoby traktuje się z niechęcią i podejrzliwością, omijając je na ulicy.
W Europie człowiek, o którym wiadomo, że popełnił przestępstwo, dopuścił się korupcji lub kradzieży, chowa się w mysiej dziurze, u nas bryluje na salonach, dopóki oczywiście nie wyczerpią mu się środki płatnicze.
W Europie przychodzi się na spotkania o umówionej godzinie, zdając sobie sprawę, że „godzina 9.00 i 9.05 są to zupełnie inne godziny”, jak mawiał mój nieżyjący już współpracownik.
Na koniec zaś w Europie przeciętny mieszkaniec jest statystycznie 2,5 razy rocznie w kinie, u nas zaś zaledwie 0,6, a także czyta rocznie około pięciu książek, podczas gdy u nas 52% ludności nie czyta w ogóle.
Są to sprawy wielkie i małe, dotyczące ładu prawnego i moralnego, poziomu kultury, a także obyczajów, wychowania i manier. A jednak na nich, na tej codziennej, często niezauważalnej tkance budują się ład społeczny i jakość życia, która różni nas od Europy.
Fakt, że Polska ma obecnie tak zdewastowane życie publiczne, jest wynikiem deprawacji naszych obyczajów. Kiedyś, za czasów PRL-u, ktoś napisał, że Polak buduje się kulturalnie w księgarni i bibliotece, ale dziczeje w zbiorowej jadłodajni i brudnej toalecie. Jednym z pierwszych pozytywnych objawów naszej transformacji ustrojowej było pojawienie się czystych toalet w miejscach publicznych i niewielkich nawet lokalach gastronomicznych. Ale zbiegło się to z ruiną powszechnych instytucji kulturalnych. Efekt więc pozostał podobny, a zdziczenie w relacjach prywatnych przeniosło się na grunt życia publicznego i inauguracyjny koncert obchodów Beethovenowskich w Warszawie zagłuszały odgłosy odbywającego się z tej samej okazji bankietu biznesmenów i polityków, ubranych w smokingi i uwalniających pęcherze w eleganckiej toalecie.
Nie pomogą na to europejskie fundusze strukturalne ani pomocowe, na które ostrzymy sobie zęby. Natomiast receptą, w której można pokładać nadzieje, jest długotrwała i codzienna osmoza, to znaczy stały, masowy kontakt Polaków z naszymi europejskimi partnerami. Wyjazdy. Praca za granicą. Siadanie przy wspólnym stole. Uczestniczenie we wspólnych ruchach obywatelskich, ekologicznych, mniejszościowych, kulturalnych. Przejmowanie form, choćby tylko elementarnych. Osmoza obyczajów, reakcji, odruchów, upodobań, a także sposobów rozumowania.
Na tym polega nasza europejska szansa. Europa musi do nas przyjść w drodze osmozy od strony europeizującego się społeczeństwa, skoro elity władzy politycznej nie potrafią jej przyjąć.

Wydanie: 26/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy