Owoc nieudanego konsensusu

Owoc nieudanego konsensusu

Demoliberalny mainstream załkał nad wynikiem wyborów w USA. Zwyciężył populista, seksista, nieokiełznany prostak i nieliczący się z dotychczas obowiązującymi w political correctness słowami osobnik, zwolennik autorytarnych rozwiązań, człowiek nie-wiadomo-skąd (jednak jest to osoba uosabiająca mit Ameryki przedsiębiorczej, mit bogactwa, które czeka na każdego „na wyciągniecie ręki” jak tylko będzie się odpowiednio obrotnym i konsekwentnym w biznesowym działaniu). Najlepiej zwycięstwo Donalda Trumpa scharakteryzował szef brytyjskiej Labour Party Jeremy Corbyn (także kontestowany przez elity swojej partii, podobnie jak Trump) mówiący, że amerykańskie społeczeństwo tym aktem „odrzuciło nieudany konsensus gospodarczy zawarty pomiędzy kapitałem a rządzącymi elitami”.

Gdy popatrzymy jednak analitycznie na rolę i sposób funkcjonowania korporacyjnych, globalnych mediów – nie powinniśmy być zaskoczeni. Bo wszystkie wybory – amerykańskie przede wszystkim – cały entourage tworzony wokoło nich przez mass media staje się coraz bardziej teatrem i mydlaną operą (na podobieństwo „Niewolnicy Izaury”, zaoceanicznego tasiemca „Moda na sukces” czy tureckiej apologii czasów osmańskich pt. „Wspaniałe stulecie”). Płacz i szlochy establishmentu spowodowane są raczej tym, iż Donald Trump jest spoza – że tak powiem – kręgu „znajomych królika” z Wall Street, niźli faktem jego pozornej „antysystemowości”.

Cały wszechświat podlega bogom,
bogowie podlegają zaklęciom,
zaklęcia podlegają braminom, dlatego
bramini są naszymi bogami.

Przysłowie hinduskie

Ów płacz i szlochy świadczą o dwóch rzeczach. Po pierwsze – heglowski Zeitgeist wiejący przez świat obwieszcza absolutnie prawdopodobny i ostateczny koniec epoki wszechpanowania neoliberalnych, wyalienowanych ze społeczeństw elit. Społeczeństw mających być – podstawowy kanon demokracji – hegemonem, panem i recenzentem swoich przedstawicieli. A elitarni reprezentanci wspomnianych społeczeństw od czasu upadku Muru Berlińskiego, od kolapsu systemu radzieckiego i rozwiązania ZSRR, równoległego ze spuszczeniem „megakapitału” ze smyczy (czyli tzw. kapitału korporacyjnego, tak naprawdę nie mającego barw narodowych, choć niewielu z tego zdaje sobie tak naprawdę sprawę), uwierzyli w swoją nieomylność, mądrość, piękno i czystość intencji jakimi się kierują i jakie głoszą, w swoją wszechwiedzę (zwłaszcza w przedmiocie interpretacji tak zasadniczych dla demokracji pojęć jak wolność, równość szans, braterstwo, solidarność, empatia, reformy itd.).

Paradoksem tej sytuacji jest fakt, że uosobieniem protestu i nadziei na zmiany (czym na pewno jest właśnie wybór Trumpa na 45. prezydenta USA) ma być człowiek egzemplifikujący w dużym stopniu te właśnie zależności między kapitałem a dzisiejszym bytem niezadowolonego „ludu”. Współczesnego „ludu”, czyli fetyszyzowanej przez media tzw. klasy średniej. Była ona w przeszłości nośnikiem faszystowskich, rasistowskich, ksenofobicznych i autorytarnych idei. Nie jest (i nie była nigdy) wyłącznie postępową, racjonalną i „oświeconą” klasą społeczną jak próbowały to nam wmówić korporacyjne media.

Takim źródłem zdaniem wielu komentatorów i badaczy – m.in. pisze o tym włoski intelektualista Umberto Eco w eseju o prafaszyzmie i jego archetypicznej immanencji w kulturze euroatlantyckiej (w „Pięciu pismach moralnych”) – jest zawsze indywidualna frustracja oraz brak refleksji krytycznej (czyli sceptycyzmu zapładniającego dystansem każdą autorefleksję). To jest też wynik określonej edukacji i medialnego przekazu. Eco opisuje niezwykle proroczo (jest to rok 1995), jak dawni progresywnie zorientowani nosiciele zasadniczych idei Oświecenia, po okresie tzw. złotego wieku dla zachodniej kultury i klasy średniej (to pojęcie opisujące lata 1945-89 ukute przez brytyjskiego historyka Erica Hobsbawma) przekształcą się w wyniku procesów globalizacyjnych w „lumpendrobnomieszczaństwo”, stając się tym samym pożywną glebą dla odrodzenia faszystowskich idei i wartości, a jednocześnie ich głównym nośnikiem oraz zapleczem. Gdy człowiek musi ciągle z czegoś rezygnować, a przy okazji widzi rozwierające się nożyce bogactwa i biedy (tak w skali makro, jak i w skali jednostkowej), gdy wszechogarniający Armagedon jest za progiem jego domu (dzięki nawałowi informacji i kolorowych obrazów przekazywanych przez globalne media), muszą dopaść go frustracje rodzące zawiść.

Drugim aspektem owego płaczu nad „przegraną Hillary” jest paradoks, którego ów mainstream tak nad Potomakiem, jak i nad Wisłą, w Budapeszcie czy Wiedniu (a w przeszłości w Rzymie, gdy Włochom premierował groteskowy biznesmen, moim zdaniem protoplasta Donalda Trumpa, ale w miniskali, Silvio Berlusconi) nie jest w stanie, nie chce zauważyć (z ignorancji bądź egoizmu): wybór miliardera i celebryty na gospodarza Białego Domu jest również efektem profilu dzisiejszych mediów, sposobu ich funkcjonowania i przekazywanych przez nie wizji świata. Nie chodzi w ich działalności o żadną prawdę, rzetelną, obiektywną informację o rzeczywistości współczesnego świata, o debatę nad procesami, jakie w nim zachodzą itd. O edukacji odbiorców – bo to proces żmudny, długotrwały i niezyskowny (dziś w świecie korporacji chodzi o to, aby zysk był szybki, możliwie maksymalny i przy minimalnych nakładach własnych) – nawet nie ma co mówić.

Irracjonalizm to działanie dla samej istoty działania, nie dla zmian, ewolucji, postępu, uwielbiający taką formę działania jak ruch, „zadyma”, emocje i afekty. Nerwowe napięcie, onanizm nad symboliką narodowo-religijną, wielkie słowa wobec nieistotnych i przemijających spraw. A to istota korporacyjnych mass mediów. Tym samym racjonalne, sceptyczne, zdystansowane spojrzenie na rzeczywistość odłożone zostaje do lamusa. Nie wolno się więc dziwić, iż konsumenci takiej papki medialnej impregnowani zostają na racjonalizm, sceptycyzm poznawczy, realizm i chłodny pragmatyzm. To egzemplifikuje się potem w wyborczych preferencjach.

Mainstream płacze nie wiedząc, dlaczego tak się dzieje. Boi się „odejścia od wolnorynkowego systemu”, a de facto od neoliberalnego „porządku wszechrzeczy” (neoliberalizm to wszechogarniająca i powszechnie obowiązująca – dzięki mediom – wizja świata). A kapitał, ten bez narodowych barw, bez państwowych i religijnych konotacji (retoryka i publiczne enuncjacje nie mają żadnego znaczenia), współpracuje ze wszystkimi systemami polityczno-społecznymi. Tak samo z rządzącą socjaldemokracją, jak również z faszystami. Kapitał jest po prostu związany z nimi wszystkimi określonymi interesami i dlatego nie może być mowy o jakiejkolwiek antysystemowości. Dotyczy to kapitalizmu jako formy sprawowania władzy przez właścicieli kapitału oraz obowiązującego systemu wartości, a tu zasadniczym pojęciem i jego interpretacją jest stosunek do własności.

Teraz będzie tak samo. Chodzi tylko o proweniencję Trumpa: jego umiejscowienie poza dotychczasowym establishmentem. To jest według mnie zasadniczy ból elit. Reszta to retoryczne ozdobniki, irracjonalne humbugi (wynikające z ignorancji bądź potrzeb manipulacji), niemające nic wspólnego z rzeczywistymi informacjami.

Jeśli jednak Donald Trump przynajmniej w drobnym stopniu nie zmieni czegokolwiek w polityce, zwłaszcza wewnętrznej (a stosunek USA do świata ma tu niebagatelne znaczenie) – to następnym gospodarzem Białego Domu będzie najprawdopodobniej jawny i autentyczny… faszysta. Pisał na ten temat już ponad 10 lat temu amerykański uczony Richard Rorty przewidując – na podstawie obserwacji postępów i kierunków rozwoju procesów globalizacyjnych, generujących rozwój religijnego fundamentalizmu – takie rozwiązanie.

Śmiechem mogą więc napawać dyrdymały objawiające fakt, że Trump to zwycięstwo Putina, Kaczyńskiego bądź Orbána (lub ich wszystkich razem wziętych). Ktoś, kto wygłasza takie tezy, patrzy z polskiej, lokalnej, sensacyjno-banalnej, niezwykle ograniczonej perspektywy (Bracia Grimm pisali w „Bajce o ropuchu”, że ropuch ma zawsze ropuszą wizję piękna). Z perspektywy polonocentrycznej, w niewielkim już stopniu biorącej pod uwagę aspekt ogólnoeuropejski, do światowego oglądu nawet się nie zbliżając. Wszyscy ci politycy – Orbán, Kaczyński, Putin i Trump – są bowiem efektem (a nie inicjatorami czy autorami takich programów polityczno-społecznych) wynikającym z określonej polityki, z tego samego systemu wartości i analogicznych frustracji klas średnich społeczeństw: rosyjskiego, polskiego, węgierskiego i amerykańskiego; tych samych nadziei „ludu”, oczekującego minimum przewidywalności, ograniczenia chaosu życia codziennego, jasnego przekazu od władzy i ośrodków decyzyjnych, ale też i poczucia sprawiedliwości (cokolwiek pod tym względem ów „lud” rozumie) oraz ograniczenia rozbieżności etycznych intencji i moralizatorskiej retoryki z bieżącą, codzienną praktyką polityki.

Trendy światowe są jednoznaczne – demokracja liberalna jest w odwrocie. Z własnych, immanentnych jej ułomności, z miałkości intelektualnej i moralno-etycznej polityków realizujących ten polityczny projekt w różnych częściach świata. Wiele krajów, wiele społeczności (zwłaszcza spoza kręgu kultury łacińsko-atlantyckiej) patrzy z zainteresowaniem na tzw. demokrację sterowaną, wykazującą się w XXI w. lepszą skutecznością niźli importowane idee demoliberalne, bliższą ich kulturom i doświadczeniom cywilizacyjnym, jak np. ma to miejsce w Turcji, Malezji czy na Filipinach, o Rosji czy Chinach nawet nie wspominając.

Na zakończenie tych krótkich rozważań nad zwycięstwem Donalda T. w wyborach prezydenckich w USA warto przypomnieć, iż wiele uzasadnień tłumaczących ów fenomen (jak uważa nadal niczego nierozumiejący mainstream) znajdziemy w dorobku brodatego filozofia z Trewiru (oczywiście traktowanego niedogmatycznie, nie „z nabożną czcią”, lecz z dzisiejszej perspektywy i na podstawie określonych doświadczeń).

Rozpaczającym nad wynikami wyborów w Stanach Zjednoczonych elitom trzeba zacytować tylko Noama Chomsky’ego, który doskonale opisuje przyczyny takiego, opłakiwanego dziś stanu rzeczy: „Najbardziej skuteczną metodą krępowania demokracji jest transfer miejsca podejmowania decyzji ze sfery publicznej do instytucji, które nie ponoszą odpowiedzialności: królów, kast religijnych, junt wojskowych, dyktatur partyjnych albo współczesnych korporacji”. Tworzy się w wyniku takich działań zbiorowość o mentalności małego dziecka, utrzymywana w infantylizmie, ignorancji i przeciętniactwie, z buntem zamienionym (przez powszechną narrację) w poczucie winy, która eksploduje właśnie w takich momentach jak np. wybory.

Wydanie:

Kategorie: Od czytelników

Komentarze

  1. Tadeusz Kalinowski
    Tadeusz Kalinowski 24 listopada, 2016, 20:52

    Komentując wybory w USA prof Bauman powiedział cyt: dla tych, których cywilizacja zawiodła, barbarzyńcy są zbawicielami. Wydaje się ,że owi barbarzyńcy są produktem neoliberalnych kreacji ludzi do dalszego pilnowania ich interesów ekonomicznych. Donald Trump jest klinicznym przykładem demagogicznych opowieści dla zawiedzionych rzeczywistością, czytaj niesprawiedliwych podziałów społecznych będących konsekwencją doktryn neoliberalnych. I to jest majstersztyk , zainstalowanie beneficjenta
    neoliberalnej ekonomii w roli obrońcy uciemiężonych systemem, który służy nielicznym . Przewrotność niebywała, ale jak ma się kasę można ludowi wcisnąć fałszywy towar w osobie: gbura, seksisty, politycznego aroganta i ignoranta. Mapa zainstalowanych demagogów na świecie jest co raz większa , w następnym roku w Europie się powiększy. Zatem nasze rodzime podwórko nie odbiega od normy światowej, trend utrzymujemy niestety.
    Tadeusz Kalinowski

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy