Pasje Natana Grossa

Był kiedyś taki dowcip. Rozmawiają ze sobą radziecki gensek i amerykański prezydent. Gensek mówi: „U nas nie ma antysemityzmu! Czy pan wie, że w moskiewskiej filharmonii jest 17 Żydów? A ilu jest w nowojorskiej?”. A prezydent na to: „Nie wiem. I zupełnie mnie to nie obchodzi”.
Ten dowcip przypomniał mi się, kiedy czytałem wywody Natana Grossa, że Baczyński był Żydem. Otóż panie Natanie, to mnie najzupełniej nie interesuje. Miałem w życiu wielu przyjaciół, a niektórzy z nich byli Żydami. Jeśli chcieli o tym mówić, to mi powiedzieli, co nie zmieniało mojego stosunku do nich ani na lepszy, ani na gorszy. A jeśli nie, to ich pochodzenie jest mi kompletnie obojętne. W sprawie Baczyńskiego jakieś echa do mnie docierały, bo znałem pewną panią, która się w nim ongiś na zabój kochała. Ale jakie to może mieć znaczenie dla jego poezji, naprawdę nie pojmuję. Tragedię getta przeżywali równie mocno poeci z całkowicie „aryjskim” rodowodem, jak chociażby wspomniany przez Grossa Miłosz. A wiersz o narodzie jak stary dąb może się równie dobrze odnosić do Żydów, jak i do Polaków, bo oba narody są stare, choć żydowski znacznie bardziej. Co to zresztą ma za znaczenie? Kochanowski też inspirował się psalmami i Horacym, a nie był ani Żydem, ani Rzymianinem. A czy w twórczości Słowackiego jego ormiańskie pochodzenie jest jakoś widoczne?
Przyznam, że co do mnie samego po napisaniu książki „Goj patrzy na Żyda” temat żydowski całkiem mi się odmitologizował. Może mnie Pan uważać za Greka, Żyda czy Chińczyka, to mi niczego nie dodaje ani niczego nie ujmuje. Narody, rasy i klasy tak się już wymieszały nawet w Polsce, że nie ma to najmniejszego znaczenia. Jesteś tym, kim się czujesz. Mam bez wątpienia korzenie mazowieckie, białoruskie, ukraińskie, niemieckie, może i żydowskie, kto wie, ale czuję się Polakiem i Europejczykiem, a reszta nie ma dla mnie znaczenia. Piszę „może i żydowskie”, bo człowiek ma naturę poligamiczną i miał taką samą w przeszłości, więc metryki w linii męskiej wcale pewne nie są. A Żydzi i Polacy mieszkali ze sobą tysiąc lat i mimo murów, które między sobą zbudowali, miliony razy musiało dochodzić do sytuacji, kiedy matka-Polka zdradzała męża z Żydem, a matka-Żydówka z gojem. Ale przynależność do jakiejś kultury to najzupełniej inna sprawa. Ponoć Nietzsche i Leibnitz byli z pochodzenia Polakami (Nietzsche się nawet do tego przyznawał), Dostojewski i Gogol także, ale zaliczanie ich do kultury polskiej byłoby absurdem.
Znacznie więcej refleksji nad narodem żydowskim znajdziemy u Norwida, Wyspiańskiego czy Broniewskiego niż u Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, chociaż podczas okupacji niemieckiej sytuacja aż się sama o to prosiła. Kiedyś spieraliśmy się z moim nieżyjącym już przyjacielem Arnlodem Słuckim o proweniencję jego poetyki – moim zdaniem, była mickiewiczowska, jego zdaniem – biblijna. Obaj mieliśmy rację, ale obaj niecałkowitą. Nie wyłączną. No i zresztą co z tego? A nie można należeć do dwóch tradycji równocześnie? Sandauer jakoś potrafił, nie tylko nie krył się w Polsce po kątach, ale otwarcie deklarował, że jest Żydem, a równocześnie mówił o Gnieźnie „nasza kolebka”.
Natan Gross po prostu demonizuje sytuację. Może to mieć sens w sprawie Jedwabnego, ale tam też nie wszyscy byli mordercami. W sprawie J. Święcha i Baczyńskiego to najzwyczajniej w świecie żadnego sensu nie ma. Postępuje zresztą najzupełniej odwrotnie niż ja: ja usiłuję konflikty wyjaśniać, a on rozdymać. Przyznaję, że może mieć swoje dobre racje: dla narodu będącego mniejszością każda zasługa jest ważna, Polacy też to doskonale znają (czy syn Modrzejewskiej budował Golden Gate?). Ale Żydzi nigdy chyba nie byli mniejszością kulturalną, a poza tym każdy naród jest mniejszością w stosunku do łącznej sumy narodów, do całej ludzkości. Z czego wynika, że w całej tej sprawie można spokojnie wzruszyć ramionami.
Przyznaję zresztą, że mam bardzo niewysokie wyobrażenie o pojęciu prawdy i sprawiedliwości. To są tak migotliwe i niepewne kategorie, że nie dałbym za nie złamanego grosza. Ale o tym już pisałem nieskończoną ilość razy. Prywatnie przekonałem wielu, publicznie – nikogo. I teraz pewnie też tak będzie.

Wydanie: 33/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy