Pierwiastek z minus jeden

WIECZORY Z PATARAFKĄ

O Danie Simmonsie pisałem już parokrotnie, bo to jeden z tych autorów SF, po którego sięgam z wyjątkową przyjemnością i bez wyrzutów sumienia, że trwonię czas. Pewnie, że jest to literatura, którą czytam głównie do poduszki, bo w dzień nie mam na to czasu. Autorzy SF, a szczególnie fantasy, mają obyczaj pisania całych seriali, tyle że raczej niegłupich. Simmons, uważany za „odnowiciela SF”, też popadł w taką manierę. Jego ostatnia książka jest paciorkiem, chyba już ostatnim, serii powieści „Hyperion”, „Zagłada Hyperiona”, „Endymion”, a ta ostania nazywa się „Triumf Endymiona”. Ma, bagatela, 750 stron.
Streścić tego właściwie niepodobna. Dzieje się za parę tysięcy lat, kiedy ludność rozpierzchła się po całej galaktyce i ewoluowała, a równocześnie ewoluował stworzony przez człowieka świat informatyczny. Jest już nieśmiertelność, są podróże w czasie, można się też błyskawicznie przenosić z planety na planetę, od jednej galaktyki do drugiej. W zawiłej akcji biorą także udział jeszcze bardziej tajemnicze, jeszcze bardziej transcendentne siły, o których już nic nie wiadomo. Autor poświęca dużo miejsca wyjaśnieniom, jak to się właściwie dzieje, ale niekiedy popada w zawiłości całkiem już niezrozumiałe. Kolejne piętra stanów świadomości i sposobów istnienia wznoszą się tak wysoko, że nie mają już właściwie żadnych punktów odniesienia w rzeczywistości znanej nam dzisiaj.
I to właśnie jest fascynujące, bo przecież i nasz świat początków trzeciego tysiąclecia składa się z elementów, które byłyby doszczętnie niezrozumiałe dla człowieka średniowiecza czy starożytności. Musiałby się odwoływać do Boga, bogów czy zgoła magii. Nie myślę wyłącznie o technologii. Ale zauważmy, że na przykład pojęcie „podświadomości” albo „nieświadomości zbiorowej” powstało stosunkowo niedawno. A w związku z tym pojawia się pytanie: czy ludzie Platona nie mieli podświadomości, czy w jego czasach coś takiego w ogóle nie istniało? Oczywiście, podświadomość istniała sobie w najlepsze, ale Platon jeszcze nie mógł czytać Freuda ani Junga. A tak by mu się to przydało! Zamiast o boskich ideach pisałby o archetypach albo o strefie morfogenetycznej. Wyobraźmy sobie tylko Sokratesa, który nie musi się już odwoływać do swego dajmoniona, ale powołuje się – no właśnie, na co? Mamy do dyspozycji wiele określeń, ale po prawdzie nie są one wcale od sokratesowego dajmoniona precyzyjniejsze.
Cykl Simmonsa mimo rozległych tajemnic, które przywołuje, też właściwie kończy się fiaskiem. To znaczy, aż do znudzenia znaną utopią – ludzie wracają do pracy fizycznej, do łowów, upraw itd. Chwalą Boga, cokolwiek by to miało znaczyć, żyją w ogóle i myślą po prostu, przaśnie i z nadzieją na lepszą przyszłość. Regres? O nie, ideał życia godziwego. Dla tak wyrafinowanego intelektualnie autora to właściwie katastrofa. Ale co można było jeszcze atrakcyjniejszego wymyślić po tak niezmiernych dziwach? Po prostu powrót do prostoty czy raczej do punktu wyjścia. Co zresztą trafia się u najświetniejszych autorów i nie tylko autorów. Mistrz z Małgorzatą osiadają w małym domku, Knecht Hessego uczy małe dzieci, mistrz zakonny staje się prostym furtianem. Trudno się dziwić Simmonsowi, że także nic lepszego nie wymyślił. Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz.
Chyba po prostu nie stać nas na nieskończoność, na wyobrażenie jej sobie, na zabudowanie sensownym myśleniem. Uciekamy do wyobrażeń niejasnych, nie do zdefiniowania, nieskończonych, których oko nie widziało ani ucho nie słyszało. Jedyną drogą wyjścia jest paradoks, coś w samym zamyśle niemożliwego, przerastającego wyobraźnię. Bóg, nirwana, absolut, słowem – liczba urojona, pierwiastek z minus jeden. Coś, co istnieje, a zarazem istnieć nie może. Albo odwrotnie: może, ale nie powinno. Wielką zasługą fantastyki, tej najlepszej, jest to, że podejmuje ten sposób myślenia, znany nam dotąd ze świętych pism ludzkości.

Wydanie: 24/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy