Piłka (także) na dopingu?

Piłka (także) na dopingu?

Niebieskie fasolki codziennością

Jako memento należy traktować przerażające zwierzenia byłych sportowców NRD. Tam nigdy nie używano słowa doping, mówiono jedynie o środkach wspomagających. O zażywanie niedozwolonych substancji podejrzewano przede wszystkim lekkoatletów i pływaków. Ale przecież enerdowscy sportowi „doktorzy Mengele” nie próżnowali również w innych dyscyplinach, jak chociażby piłka nożna. Łykanie pigułek, nazywanych pieszczotliwie niebieskimi fasolkami, było codziennością…

Stało się oczywiste, dlaczego futbolowa reprezentacja NRD najważniejsze mecze rozgrywała na Zentralstadionie w Lipsku. Ano dlatego, że właśnie w tym mieście funkcjonował – o ironio – instytut naukowo-badawczy. Taki on naukowo-badawczy jak ja chiński cesarz. Za czasów trenera Ryszarda Kuleszy, 18 kwietnia 1979 r., zmierzyliśmy się z NRD w eliminacjach mistrzostw Europy. Żeby było ciekawiej, sędziował Eldar Azim-Zade ze Związku Radzieckiego. Po raz ostatni (57.) w naszej drużynie narodowej wystąpił Lesław Ćmikiewicz. Po powrocie powiedział mi prawdę, która rzecz jas­na musiała wówczas pozostać naszą „gorzką tajemnicą”. Otóż po pierwszej połowie prowadziliśmy 1:0 i dominowaliśmy na boisku. W przerwie nasi gracze skorzystali z napojów i herbaty przygotowanych przez gospodarzy. – Słuchaj, pamiętam jak dzisiaj – opowiadał „Ćmik” – wstajemy z ławek w szatni, żeby wyjść na boisko, a większości z nas latają płatki przed oczami. A Niemcy grają i walczą jak odmienieni. Biegają jak wściekli, w kącikach ust mają pianę. No, horror, jakimś cudem przegraliśmy tylko 1:2.

Kiedy więc 10 października 1981 r. przyszło nam rozegrać (oczywiście w Lipsku) decydujące spotkanie o awans do finałów mistrzostw świata, Antoni Piechniczek zadbał o wszystko. Na bój o Hiszpanię pojechaliśmy z własnym jedzeniem i napojami oraz – rzecz jasna – kucharzem. Z tego, co wiem, nie obyło się później bez noty dyplomatycznej, że do Lipska przyjechaliśmy z własnym zaopatrzeniem, „podważając tym samym internacjonalistyczne zaufanie do wypróbowanych niemieckich towarzyszy”.

Szukaj wiatru w polu?

Każdy normalnie myślący człowiek uważa za oczywiste, że doping w spor­cie jest niedopuszczalny. Powadzi przecież nie tylko do zafałszowania osiągnięć i wypaczenia wyników, ale także do życiowych tragedii. To rujnowanie organizmu. Doping trzeba kategorycznie tępić jako dżumę naszych czasów. Często pojawia się kwestia, że ktoś brał niedozwolony środek, ale nieświadomie. Słyszy się o surowych karach nakładanych na zawodników, ale znacznie rzadziej o sankcjach wobec lekarzy czy trenerów. Uważam, że można zawodnika wprowadzić w błąd i przyjmie on coś nieświadomie. Trzeba więc wreszcie zacząć karać także ręce, które te trucizny podają sportowcom! Z drugiej strony to, co wyprawiają ze swoimi młodymi organizmami zawodnicy, jest odpowiedzią na oczekiwania, a nawet żądania kibiców. Liczą oni przecież, że ich ulubieńcy będą coraz szybciej biegać, coraz wyżej i dalej skakać, podnosić coraz większe ciężary, rozgrywać coraz atrakcyjniejsze mecze.

Wypytywany o doping jeden z najsłynniejszych piłkarzy Cristiano Ronaldo powiedział: – W trakcie swojej kariery nigdy nie spotkałem się z dopingiem, jednak nie mogę zapewnić, że nikt go nie stosuje.

Żadnych wątpliwości nie ma hiszpański kolarz, zwycięzca Tour de France 2006, Óscar Pereiro: – Znam zawodnika, który korzysta z transfuzji krwi, by polepszyć swoją kondycję, i jest to piłkarz wielbiony na całym świecie. Kolarze są piętnowani, podczas gdy przymyka się oko na doping piłkarzy. Moim zdaniem, należy wszystkich traktować w ten sam sposób.

Piłkarze na dopingu? Żadną miarą nie da się tego wykluczyć. Poruszając się w tych sprawach nieco intuicyjnie, można dojść do wniosku, że obecnie jedną z najczęściej stosowanych niedozwolonych metod jest właśnie transfuzja krwi. Tam, gdzie w grę wchodzą olbrzymie, coraz większe pieniądze, znikają zahamowania, pojawia się pokusa sięgnięcia po doping. Powszechna kontrola piłkarzy, przynajmniej obecnie, jest nierealna. Wystarczy się zaznajomić z wypowiedziami dyrektora biura Komisji do Zwalczania Dopingu w Sporcie Michała Rynkowskiego. Jego zdaniem, żeby realizować skuteczny i efektywny program badań krwi u jakiegokolwiek zawodnika, konieczne jest włączenie go do zarejestrowanej grupy. Wpisanie na tę listę nakłada na sportowca obowiązek podawania danych pobytowych, umożliwiających przeprowadzanie niezapowiedzianych kontroli antydopingowych. Piłkarz musiałby informować, gdzie i w jakich godzinach przebywa danego dnia, podać godzinowe okienko do testowania. Trzeba by objąć programem mnóstwo ludzi. Wszystkich piłkarzy Ekstraklasy czy tylko pewną grupę? Poza tym w piłce pojawia się kolejny problem, bo zawodnicy często zmieniają kluby. I jeśli ktoś przejdzie z zespołu z czołówki do słabszego, już nieobjętego monitorowaniem, to faktycznie znika z radaru. Czyli – szukaj wiatru w polu?

Foto: EAST NEWS/IML 

Strony: 1 2 3

Wydanie: 48/2015

Kategorie: Sport

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy