Pingpongista” Hena i nie tylko…

Pingpongista” Hena i nie tylko…

Taką mądrą powieść opartą na doświadczeniu Jedwabnego, okupacji, powojnia itp. mógł napisać pisarz niezwykle mądry, ale i niemłody

Swego czasu napisałam do „Przeglądu” o tzw. literaturze geriatrycznej, pisanej przez ludzi starszych, którzy niezależnie od opcji politycznej mają inne spojrzenie na czasy, które im były współczesne, niż ludzie młodzi prezentujący – niekiedy nawet podświadomie – uproszczone spojrzenie na nieodległą historię.
Ostatnio znakomicie było to widać w ocenach wypadków marcowych 1968 r. gdzie także z Gomułki próbowano zrobić antysemitę. Dziwi mnie, że ma on teraz bardzo złą prasę, mimo że był jednym z inteligentniejszych ideowych przywódców po wojnie i walnie przyczynił się do tego, że Polska różniła się od sztampy obowiązującej w demoludach.
Miałam ostatnio kontakt z pewnym autorem wydawnictwa IPN, który opisywał wypadki 1968 r. na Wybrzeżu, cytując moją wspomnieniową książkę, na zmianę z protokołami bezpieki (notabene wydał mi opinię pozytywną. Co miłe, także mojemu profesorowi, który miał piękną kartę przedwojenną, potem wojenną w warszawskim getcie, a wreszcie po wojnie przez dziewięć lat był niezwykle do dzisiaj szanowanym rektorem Akademii Medycznej w Gdańsku. W tym kontekście IPN-owski autor niepotrzebnie starał się usprawiedliwiać go za przynależność partyjną).
Młody profesor oceniający Wybrzeże, w 1968 r. był chłopcem. Jak mówił, najbardziej przeraził go atak milicji na studentów. Uświadomiłam sobie, że ja wtedy byłam już dorosłym lekarzem po studiach, powstaniu warszawskim, obozie hitlerowskim itp. Na wiecu uczelnianym mówiłam studentom, że wszystkie rozmowy musimy załatwiać na miejscu, gdyż jeżeli wyjdą na ulicę, będą niestety rozwiązania siłowe. Szczęśliwie studenci posłuchali nas.
Według mojej oceny, w 1968 r. dokonywał się ruch pokoleniowy, który zaczął się w USA, przeleciał do Francji, gdzie studenci przewracali tramwaje i tam siłą rzeczy kontakty z policją były równie czy bardziej brutalne niż w Polsce. U nas mimo wszystkich przegięć nacjonalistycznych, które niestety miały miejsce, zdarzenia te wyzwoliły także zmiany pokoleniowe w strukturach uczelni. Przyspieszyły one postęp w technice czy medycynie. Widać to było bardziej w terenie niż w Warszawie, gdzie w wydarzeniach dominowała głównie uniwersytecka humanistyka.
Przykładowo dzięki podziałowi dużych tradycyjnych klinik na drobne specjalistyczne i powołaniu kierowników z młodszej grupy wiekowej przyspieszono postęp i rozwój medycyny specjalistycznej. Tzw. docenci marcowi, mimo że na medycynie ich nie powoływano, byli prekursorami obecnych dyskusji o zniesieniu habilitacji, która na Zachodzie przeważnie nie obowiązuje. Tam jednak konsekwentnie rozlicza się wydajność kierujących grupami badawczymi profesorów, doktorat ma wyższą rangę, są o wiele większe nakłady na naukę i to wyzwala widome osiągnięcia. O tym moje pokolenie, podobnie jak obecni młodzi, mówiło w latach 60. chociażby na łamach „Polityki” w dyskusji „Feudałowie i wasale”.

•
Dzięki enuncjacji w „Przeglądzie” przeczytałam interesującą i mądrą książkę Józefa Hena „Pingpongista”. Taką mądrą powieść opartą na doświadczeniu Jedwabnego, okupacji, powojnia itp. mógł napisać pisarz niezwykle mądry, ale niemłody, którego własne długie życiowe doświadczenie nauczyło dystansu.
Wszyscy znamy wcześniejszą twórczość autora, która przez wiele lat była recenzowana i słusznie propagowana. Ostatnie książki – „Bruliony Profesora T.” czy „Pingpongista” – ukazują się prawie bez recenzji. Nie ma teraz mody na starców i recenzowanie ich prac. A przecież jest to twórczość aktualna i interesująca.
„Pingpongistę” podziwiam z dwóch względów. Po pierwsze, warsztatowych, czyta się go bardzo dobrze. Po drugie, nikt, moim zdaniem, w sposób tak zdystansowany nie pisze o problemach nacjonalizmu, antysemityzmu i zwykłej ludzkiej przyzwoitości w warunkach ekstremalnych.
Mógł to napisać pisarz bardzo sprawny i intelektualnie dojrzały, który sam wiele przeżył. Dlatego namawiam do czytania tej książki także młodych czytelników, którym szczęśliwie nie grożą obecnie warunki ekstremalne. Winni bowiem wiedzieć, że w warunkach trudnych tzw. ludzie porządni zachowują się różnie.
Przypadkowo jakby na fali rocznicy 1968 r. ukazały się wspomnienia ambasadora Mellera, które notował w sposób niezwykle interesujący, a nawet wzruszający, gdyż była to rozmowa w stanie śmiertelnej choroby autora, Michał Komar, syn doświadczonego także niesłusznie przez historię gen. Komara.
Obaj autorzy są uczestnikami marca 1968. Młodsi od Hena o około 25 lat. Sami przeżyli wiele kłopotów na miarę swoich czasów kiedy ludzie tracili pracę, wpływy, część z nich odniosła sukcesy na Zachodzie, doprowadzili do rewolty, wreszcie znaleźli się w obozie zwycięzców.
Nasi rodzice czy dziadkowie tracili dla tzw. idei życie, siedzieli w więzieniach, przeżywali wojny. Młodzi mają ich teraz za nieco ograniczonych. Sądzę jednak, że kiedy moje pokolenie wymrze, a niektórzy obecnie młodzi pisarze dożyją obecnego wieku i sprawności Józefa Hena, będą pisać książki z podobnym dystansem o okresie powojennym jak on o okupacji. Wykreślanie bowiem okresu powojennego, entuzjazmu odbudowy, rewolucji socjalnej, która się dokonała, świadczy o tym, że oni sami w nowej fazie kapitalizmu czują się jeszcze niepewnie i dlatego nie mogą mieć jeszcze odpowiedniego dystansu do przemian.

 

Wydanie: 30/2008

Kategorie: Książki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy