Potrzebna nowa opowieść

Potrzebna nowa opowieść

Ostatnio w ramach Fringe Theatre Festival w Toronto obejrzałem kilka przedstawień. Jak to na festiwalach teatralnych, były inscenizacje lepsze i gorsze. I choć na scenie nie brakowało ironii wobec religii ani odniesień seksualnych, a „fucki” latały na lewo i prawo, nikomu nie przyszło do głowy zrywać przedstawień, żądać zakazu wystawiania sztuki czy pikietować teatrów. Nie widziałem pod teatrami fanatyków religijnych, którzy chcieliby wprowadzenia cenzury. W programie festiwalu można było jedynie znaleźć informacje o tym, że dane przedstawienie zawiera mature language (słownictwo dla dorosłych), grafikę przedstawiającą przemoc albo seksualną treść. Tak jak w „Konkretnym dzieciaku” („Concrete Kid”) – opowieści o lesbijskim dojrzewaniu napuszczonym przeciwko nocnemu życiu Toronto… Jeśli ktoś uważa to za nudę i wyrzucanie pieniędzy, po prostu tego nie ogląda. Ale z pewnością nie zabrania oglądać innym.

Nawiasem mówiąc, polski teatr nie powinien mieć żadnych kompleksów wobec tego, co zobaczyłem na festiwalu w Toronto. Mamy w Polsce naprawdę sztukę teatralną na światowym poziomie. I kiedy przypomniałem sobie o wycofywaniu w Poznaniu „Golgoty Picnic” pod wpływem gróźb prawicowych fanatyków, fundamentalistów religijnych i straszenia przez biskupów zamieszkami ulicznymi, pomyślałem, że ambitna kultura być może rozwija się tylko w warunkach opresji i zagrożeń cenzury. Tak jak w okresie PRL, kiedy kultura kwitła, a Polska uznawana była za najweselszy barak w bloku wschodnim, być może teraz, w czasach „realnego kapitalizmu” i w cieniu panującej konserwy, tym, co mamy najlepsze, jest właśnie ambitna i krytyczna kultura pochowana w niszach i zakamarkach życia publicznego. I im bardziej w języku władzy słychać oburzenie i zakazy świętoszkowatych hipokrytów, tym bujniej będzie kwitła niezależna kultura, którą należy chronić jak jeden z największych skarbów.

Im częściej jesteśmy świadkami rozlewającego się żenującego spektaklu, fundowanego opinii publicznej w Polsce przez elity władzy wraz z dużą częścią komercyjnych mediów, tym bardziej środowiska postępowe powinny zwracać się do sfery kultury jako obszaru, na którym można bronić nie tylko prawa do życia według własnych zasad, ale również sfery, gdzie można głosić prawdziwie polityczne postulaty. Im bardziej „oni” taplają się w szambie, tym bardziej „my” powinniśmy stwarzać enklawę do życia, w którym nie ma represji, szantażów czy „zadaniowych kontroli” mających znaleźć haka na osoby i środowiska niewygodne, bo niezależne.

Wydaje się, że stara, sprawdzona strategia opozycji demokratycznej z Europy Wschodniej lat 70. i 80. minionego wieku, określana mianem antypolitycznej polityki, znowu jest potrzebna. Zamiast grać na „ich” boisku i według „ich” reguł, warto zacząć tworzyć zarysy własnej gry. Zamiast żyć w świecie banałów, kłamstw, neoliberalnej propagandy i nacjonalistycznych mitów, lepiej tworzyć własny język i opowieść o innej, możliwej Polsce. Ta strategia jest dzisiaj potrzebna jak tlen polskiej lewicy. To nie robota na jedno rozdanie wyborcze. To zadanie rozpisane co najmniej na dekadę. Ale bez tej nieodrobionej lekcji nie da się obalić prawicowej i konserwatywnej hegemonii w polskiej polityce, mediach, języku. A bez tego modernizacja Polski będzie niemożliwa.

Punktem wyjścia zarysowującym tę opowieść mogą być trzy proste hasła: prawa obywatelskie, szeroko rozumiana równość oraz świeckość społeczeństwa. Prawa obywatelskie to zarówno prawo głoszenia własnych przekonań i poglądów bez groźby narażenia się szefowi w miejscu pracy, jak i prawo do życia według własnych upodobań i wybranego stylu bez ryzyka ośmieszania, szantażu czy gróźb dyżurnych moralistów. Prawa obywatelskie to w końcu, a może przede wszystkim, prawa socjalne dające każdemu gwarancje godnego życia bez względu na zajmowaną pozycję bądź miejsce urodzenia.

Równość to hasło na całą książkę. Na początek warto przypominać, że bez równości trudno tworzyć wspólnotę i odpowiedzialność za wspólną przestrzeń. Myślenie egoistyczne za bardzo zdominowało polską politykę i działania w sferze ekonomii. Budowanie kraju tylko dla 20% zasobnej części społeczeństwa to zbyt mało. Stać nas na więcej. Prywatny zysk i wzrost PKB nie mają żadnej wartości, jeśli nie mogą z tego korzystać wszyscy.

A świeckość? No cóż. Wchodzące w dorosłe życie pokolenie wychowane w Polsce na obowiązkowej lekcji religii w szkole państwowej wie najlepiej, co oznacza 100 lat zaległości w rozdzielaniu Kościoła od państwa i spraw publicznych.

Czy to zbyt wiele? Na początek wystarczy. Będzie własny język, to i rozmówcy się pojawią. A wraz z nimi ruch społeczny, który ma szansę przewietrzyć duszną polską atmosferę. Bez własnych fundamentów nie da się wygrywać wyborów.

Wydanie: 30/2014

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy