Po trzech tygodniach

Załamanie reżimu irackiego okazało się dość niespodziewane. Tamtejszy minister informacji, który jeszcze w przeddzień klęski buńczucznie zapewniał na konferencji prasowej, że Irak zdławi i zadusi amerykańskiego węża, zaraz potem zniknął, czyli ukrył się wraz ze wszystkimi pozostałymi przedstawicielami rządu Saddama Husajna. Sam iracki tyran, namierzony dzięki podsłuchaniu telefonicznej rozmowy i zbombardowany w domu, w którym miał się znajdować z synami, jakoby umknął dosłownie kilka minut przed nalotem amerykańskim. Cały Bagdad ucichł, ponieważ ustały wszelkie bombardowania, a i strzelaniny jest tam niewiele, natomiast ludność, podobnie jak w Basrze, rzuciła się na wszystkie możliwe składy i magazyny. Telewizja iracka wprawdzie nie działa, ale pracują kamery zagranicznych dziennikarzy i ukazują miasto, w którym wielkie gromady ludzi wynoszą z najrozmaitszych pomieszczeń wszystko, co tylko może być wyniesione. Plądrowaniu temu ani Amerykanie, ani Anglicy nie przeszkadzają, niechybnie bowiem zamierzają w ten sposób udowodnić mieszkańcom, że nadszedł już ostateczny koniec rządów Saddama. Ponadto wielu mieszkańców stolicy irackiej wyroiło się na ulice i pozdrawia wkraczające oddziały marines. Trudno orzec, czy wynika to z ich ukrywanego dotąd sprzeciwu wobec rządów dyktatora, czy też raczej jest objawem zwykłego oportunizmu.
Fidel Castro, korzystając z tego, że Kuba znajduje się w cieniu amerykańskich działań wojennych w Iraku, postanowił rozprawić się w sposób błyskawiczny i gwałtowny ze znaczną ilością przeciwników swojego reżimu i w trybie przyśpieszonym zostali oni tłumnie skazani na kary powyżej dwudziestu lat więzienia. Niewątpliwie ten krok Fidela ma charakter zapobiegawczy, albowiem chodzi mu o to, ażeby iracka lekcja, pokazująca, jak łatwo można obalić dyktaturę, nie zażegła na Kubie ochoty na podobne działania.
Co się tyczy Iraku, ponoć mamy skorzystać z amerykańskiej przychylności, wywołanej naszym udziałem w akcji. Na razie są to, oby nie czcze, obietnice. Pojawiła się ponadto perspektywa polskiego udziału w odbudowie zrujnowanego kraju, która byłaby opłacana dostawami tamtejszej ropy naftowej. Prezydent Bush zgodził się teraz, jak powiadają, na wkroczenie ONZ do Iraku, ale nie można być pewnym, czy dopuści on również francuskie i niemieckie firmy. Podejrzewam, iż Bush życzy sobie raczej tego, aby Narody Zjednoczone łożyły na humanitarną pomoc niesioną poszkodowanym.
Zapewne będą się jeszcze odbywały polowania z nagonką na Saddama Husajna, lecz doświadczenie poucza nas, że Amerykanie potrafią raczej działać niczym młot parowy, aniżeli wytrawny tropiciel pojedynczych śladów. Osama bin Laden, którego nie zdołano pochwycić, dał znać ponownie o swoim istnieniu, ponieważ ogłosił wezwanie do Arabów, ażeby obalili wszystkie swe rządy, które choć trochę sprzyjają Ameryce.
9 kwietnia 2003 r.

Wydanie: 16/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy