Poetka gitary – rozmowa z Krzysią Górniak

Poetka gitary – rozmowa z Krzysią Górniak

Nie każdy musi być jak Jimi Hendrix, niektórzy są stworzeni tylko do kopiowania tego, co jest dziełem innych

– Niedawno na koncercie promującym najnowszą autorską płytę „Emotions” zabrzmiało aż siedem pani kompozycji. Czy łatwiej i lepiej improwizuje się na temat własny, czy też gdy się wykorzystuje jakiś popularny standard jazzowy?
– Rzeczywiście na nowej płycie jest siedem moich kompozycji, natomiast dwie należą do naszego basisty Michała Grotta. Właściwie dla muzyka nie ma większego znaczenia, na jaki temat improwizuje, bo podstawową sprawą jest, by muzyka miała głębię, by docierała do publiczności, a zarazem jakoś odzwierciedlała osobowość wykonawcy. Ale oczywiście łatwiej mi się improwizuje na własne tematy, ponieważ są mi bliskie, wypływają z serca. Sądzę jednak, że autorzy najpopularniejszych standardów też mogliby to powiedzieć o swoich tematach, tam też zawarli najlepiej cechy swojej osobowości muzycznej, temperament, wrażliwość, wyobraźnię muzyczną. Na koncertach grałam zatem zwykle jedno i drugie. Opracowujemy tematy własne i cudze, ale wtedy także staramy się zawrzeć w nich coś swojego, tak że stają się one naszymi tematami, oddają to, co w danej chwili czujemy. Gram jazz od jakichś 18 lat i oczywiście na samym początku improwizowałam w większości na tematy obce, wykorzystywałam różne standardy, a dopiero z czasem zaczęłam tworzyć, a w końcu i nagrywać własną muzykę.

– Na pani koncertach publiczność jest najczęściej jakoś przygotowana do odbioru muzyki, zna pani dokonania, doskonale ją rozumie, reaguje we właściwych momentach oklaskami. Jak pani by określiła swoją publiczność?
– Czy mam własną publiczność? Chyba tak. To są, najogólniej biorąc, miłośnicy jazzu, osoby wyrobione muzycznie, osłuchane z tym, co się proponuje na koncertach, ale zarazem poszukujące nowych, interesujących brzmień. Jest to oczywiście publiczność, której odpowiada moja wrażliwość, mój sposób muzycznego odczuwania i nastrój, który staram się stworzyć w utworach wyłącznie instrumentalnych. Gdzieś posłyszałam takie określenie, że gram „muzykę na świeże poranki”. Może coś w tym jest, że taka łagodna, w miarę optymistyczna, pozbawiona mocniejszych dramatycznych spięć muzyka znajduje swoich słuchaczy, a nawet miłośników.

– Czy zawsze gra pani muzykę wyłącznie instrumentalną? Czy nie ciągnie pani do włączenia głosu ludzkiego do tych koncertów?
– W 2008 r. występowałam z wokalistą i uważam te koncerty za bardzo udane. W jazzie wszystko może się zdarzyć i takie dopowiedzenie w formie wokalizy jest jak najbardziej możliwe, jednak jako autorka Krzysia Górniak skłaniam się ku muzyce instrumentalnej, bo właśnie możliwości mojego instrumentu – gitary interesują mnie najbardziej.

– Tematy instrumentalne, które pani tworzy, są dosyć wyraziste i niekiedy bardzo wyrafinowane akustycznie. Niektóre doskonale nadawałyby się jako sygnały muzyczne do telewizji, muzyka do filmu czy choćby przerywniki dźwiękowe, dżingle do radia, nie mówiąc już o dzwonkach do telefonów komórkowych. Czy ktoś już znalazł dla pani muzyki takie zastosowanie, czy zamawiano u pani dżingle albo dzwonki?
– Nikt się do mnie w tej sprawie nie zwracał. Myślę, że byłoby wspaniale zrobić muzykę do jakiegoś filmu i chętnie podjęłabym się takiego zadania. Przecież takie formy jazzu, które uprawiam, mogłyby się dobrze przyjąć w funkcji ilustracyjnej. Podejrzewam jednak, że trzeba by się jakoś przebojem wedrzeć do świata filmu czy telewizji, a ja tego nie umiem. Gdyby nawet drobne fragmenty moich utworów pojawiły się np. w radiu, to mogłyby być zauważone w dużo większej przestrzeni kulturalnej i geograficznej. Jednak te wszystkie „miejsca na antenie” są bardzo oblegane i nikt nie chce wypuścić ich z ręki, a tym bardziej oddać komuś innemu. Bez walki? To chyba niemożliwe.

– A może jednak warto spróbować?
– Nie wiem nawet, do kogo trzeba by się zwrócić w tej sprawie i czy rzeczywiście ktoś będzie chciał mieć inny dżingiel od tego, którego słucha już od 20 lat. Jeśli nawet są nowe zamówienia, to zwykle powierza się je wciąż tej samej osobie, bo to dużo łatwiejsze. Myślę, że nie decyduje tutaj jakość proponowanej muzyki ani umiejętności konkretnego wykonawcy, ale głównie sam fakt znalezienia się w odpowiednim środowisku, a także determinacja, aby w tym środowisku nieustannie być.

– Krytycy zwracają zwykle uwagę na szczególną miękkość brzmienia pani gitary. Choć dźwięki wydobywa się przez szarpanie strun, w pani wykonaniu to nigdy nie brzmi ostro. Jaka jest tajemnica w uzyskaniu takiego specyficznego brzmienia?
– Miękkość brzmienia to efekt wielu lat ciężkich ćwiczeń. Bywało, że praca trwała i sześć-osiem godzin dziennie bez przerwy, aby ćwiczenia przyniosły jakiś efekt. Być może wytłumaczenie tkwi w tym, co się określa mianem „kobiecej ręki”. Ale zwrócę uwagę, że np. gitara w ręku Pata Metheny’ego też nie brzmi ostro, choć przecież tutaj dźwięki wydobywane są męską ręką. Tajemnica zatem tkwi pewnie w osobowości, w długotrwałej pracy nad sobą, ale także w zdolności do słyszenia niuansów zawartych w dźwięku, jego jakości. Te cechy też zresztą doskonali się drogą ćwiczenia. Interesują mnie przestrzenie dźwiękowe „wypieszczone”, liryczne, operujące delikatną ekspresją, która jest oczywiście możliwa nie tylko na gitarze, lecz także na innych instrumentach, np. na trąbce Wyntona Marsalisa. To również pewnie kwestia ilości zagranych dźwięków. Kiedy jest ich niewiele, można popracować na próbach nad każdym z osobna, nad ich jakością brzmienia, miękkością, wykończeniem i klasycznym zaokrągleniem. I okazuje się, że płyty z taką muzyką jazzową też się dobrze sprzedają.

– Czy byłaby pani w stanie wyobrazić sobie wspólny koncert Krzysi Górniak z Edytą Górniak?
– Teoretycznie wszystko jest możliwe, choć Edyty Górniak nie znam osobiście, nigdy nie miałam z nią żadnych kontaktów. Uważam ją jednak za świetną wokalistkę jazzową, za jedną z najlepszych w Polsce pod względem umiejętności wokalnych, uzyskiwania odpowiedniej barwy i jakości brzmienia. Abstrahuję tutaj od repertuaru, jaki najczęściej wykonuje Edyta, ale nie wątpię, że potrafiłaby zaśpiewać świetnie wszystko i gdyby z takiego kontaktu mogły wypłynąć jakieś korzyści muzyczne, byłabym bardzo zadowolona.

– Jakim terminem określiłaby pani swoją muzykę?
– Określa się ją zwykle jako fusion, zlepek, mieszanka jazzu z elementami funky, soulu, popu, swinga, a nawet muzyki latynoskiej. Jest to muzyka lekka, rytmiczna, swobodnie mieszająca różne style i gatunki. Myślę jednak, że fusion jest określeniem na większość współczesnej muzyki jazzowej, w której różne gatunki ulegają ciągłemu mieszaniu.

– Czy często zmienia pani muzyków, z którymi współpracuje?
– Raczej nie. Z tymi muzykami gram już od dwóch lat. Tylko basista się zmienił, jest pół roku, ale z nim też bardzo dobrze się nam współpracuje. Myślę, że w tej chwili nie chciałabym zmieniać składu zespołu.

– Jest optymalny?
– W tym momencie jest optymalny, a jak będzie w przyszłości? Chyba że nas życie zmusi do szukania jakichś innych rozwiązań.

– Czy można się nauczyć profesjonalnie grać na gitarze w systemie samokształcenia, np. z podręcznika?
– Niestety, to raczej niemożliwe. Kiedy chodziło tylko o proste układy, chwyty gitarowe, to gitarzystów samouków było sporo. Oczywiście zdarzają się samorodne talenty, które radzą sobie świetnie bez pomocy szkoły i nauczyciela, ale w większości przypadków branie lekcji jest nieodzowne, aby czegoś w tej dziedzinie dokonać. Nauczyciel może pomóc rozwiązać wiele problemów technicznych, pokaże, jak ćwiczyć, sprawdzi, czy robimy jakieś postępy, a także może pokierować samodzielnym rozwojem artystycznym. Kto wie, czy to ostatnie nie jest najważniejsze – jeśli ktoś przychylny, bardziej doświadczony doradzi i podpowie, czy droga rozwoju, którą się wybrało, jest właściwa, czy nie prowadzi na manowce.

– Pani trafiła na dobrych nauczycieli, i to raczej za granicą.
– Tak, w Austrii miałam szczęście pracować pod kierunkiem Karla Ratzera, Cygana z pochodzenia. Taki nauczyciel jest bardzo potrzebny, pomaga wyklarować własną osobowość artystyczną. Jeśli nie dzieje się nic nadzwyczajnego, naprowadza na oryginalne brzmienie, ale czasem pomaga pozostać sobą. Oczywiście nie każdy musi być jak Jimi Hendrix, niektórzy są stworzeni tylko do kopiowania tego, co jest dziełem innych. Takich dobrych rzemieślników jest najwięcej. Jednak kiedy się chce stworzyć własny styl, pogłębić osobowość, zadanie staje się o wiele trudniejsze.

– Czy ktoś już korzysta z pani utworów?
– Na razie jeszcze nie, ale w przyszłości – kto wie, może do tego dojdzie. To, co na razie tworzę, jest tylko moje, to moja muzyka, choć wykonuje ją zespół czterech muzyków – gitara elektryczna i akustyczna oraz typowy zespół jazzowy – instrumenty klawiszowe, gitara basowa, perkusja.

– I wszyscy grają tak, by brzmiało jak „muzyka o świeżym poranku”?
– Słyszałam też inne określenia w jakiejś recenzji – muzyka na romantyczny wieczór we dwoje.

– Czyli ostre, agresywne, metaliczne brzmienia nie wchodzą w ogóle w grę?
– Ważne, by muzyka była autentyczna, a nie grana na siłę, zakłamana. Nie wszyscy na szczęście muszą tworzyć tak samo. Jeśli ktoś jest szczerze, autentycznie agresywny w graniu, to na pewno może się podobać i będzie słuchany. Ale również ci, którzy są autentyczni w swojej delikatności, będą docenieni przez słuchaczy. Ważne, by starali się o swoich uczuciach opowiedzieć własnym językiem. I ja taki cel stawiam przed sobą.

Krzysia Górniak jest najwybitniejszą polską gitarzystką jazzową. Grała w wielu klubach jazzowych w Polsce i Europie (m.in. Porgy & Bess w Wiedniu, M59, Miles, House Of Jazz i Stockwerk w Grazu), uczestniczyła w kilku trasach koncertowych po Europie, m.in. w Grecji. Grała na wielu renomowanych festiwalach jazzowych, m.in. Sopot Jazz Festival, Ladies’ Jazz Festival w Gdyni, Warsaw Summer Jazz Days, IV Olsztyński Festiwal Jazzowy, 3rd Jazz Festival Santorini, 13 Hildener Jazztage w Niemczech. Uczestniczyła w lekcjach i warsztatach z takimi muzykami jak Wayne Brasel, Wynton Marsalis, Mike Stern, Karl Ratzer, Susanne Weinert, John Abercrombie, Christian Rover, Garrison Fewell, Bob Mintzer, Ron McClure, Billy Hart, Adam Nussbaum, Alan Jones, Sid Jacobs.
Krzysia Górniak nagrała trzy płyty. Dała o sobie znać już w 2002 r. albumem „Tales”. Dwa lata później wyszła płyta „Ultra”. Jej najnowszy krążek solowy nosi tytuł „Emotions”.

Wydanie: 14/2009

Kategorie: Kultura, Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy