Poetka z trzeźwym rozumem

Poetka z trzeźwym rozumem

Natalia Gorbaniewska interesowała mnie jako poetka – dysydentka, poszedłem na imprezę dyskusyjną z jej udziałem, żeby ją zobaczyć. I posłuchać oczywiście. Nie bez pewnej ostrożności w myślach, bo dawni dysydenci i dzisiejsi demokraci moskiewscy mówią mniej więcej to samo co Radio Maryja, że mianowicie w Rosji nic się w istocie nie zmieniło, pod władzą Putina panują stalinowskie stosunki, takie jak w Rosji panowały zawsze, i pod Iwanem Groźnym, i pod Katarzyną II, a Zachód jest naiwny, bo nie zwalcza Rosji.
Moja ostrożność była niepotrzebna, Natalia Gorbaniewska okazała się osobą rozumną, wypowiadała sądy własne i chyba nie zawsze po myśli animatorów dyskusji. Prowadzący bez zwłoki wprowadził temat rosyjskiego imperializmu i chociaż czuło się w jego słowach lekkie wahanie, czy taka rzecz jak imperializm jest zawsze zła, nie pozostawił wątpliwości co do wiszącej nad Polską groźby w postaci imperialnej Rosji. Kiedy on to mówił, w mojej głowie natrętnie przypominały się wiadomości o depopulacji Rosji, wyludnianiu się jej wschodnich obszarów, niemożności zaprowadzenia porządku w rejonach kaukaskich, braku gospodarczej, przemysłowej dynamiki, a więc też bardzo ograniczonych możliwościach zbrojenia się i innych plagach spychających Rosję do roli mocarstwa regionalnego, niepewnego swego jutra, bo od wewnątrz zagrożonego konfliktami narodowościowymi i społecznymi i skutkami absurdalnej prywatyzacji. Przemknęła mi też przez myśl książkowa wiedza o tym, że państwo mające na granicach wrogie narody – a Rosja jest w takim położeniu – nie może być tak demokratyczne, jak by ci wrogowie sobie życzyli.
Natalia Gorbaniewska odpowiedziała, że Rosja może jest imperialna, a Polska z całą pewnością nie jest imperialna, ale nie wiadomo, co lepsze.
Co sprawiło, że w Polsce pojęcie imperium nabrało negatywnego sensu? Przecież jeszcze przed wojną, a także podczas wojny hiperpatrioci głosili ideę Polski imperialnej, „od morza do morza”, czasami pisząc o „Polsce mocarstwowej”, a czasami synonimicznie wprost o imperialnej. Dopiero leninowski słownik wszczepił w polski język słówko „imperializm” w sensie pejoratywnym, służące do potępiania. W tamtym słowniku imperializm oznaczał ostatnie stadium kapitalizmu, w dzisiejszym polskim oznacza ostatnie stadium komunizmu, bo że Rosja nie została jeszcze porządnie zdekomunizowana, to pogląd panujący w Polsce prawie powszechnie.
Polskie „społeczeństwo obywatelskie” jednomyślnie domaga się od Rosji destalinizacji i ja, chociaż nie widzę się w tym społeczeństwie, dołączam swój głos: niechże wreszcie Rosjanie nazywają rzeczy po imieniu i po nazwisku i niech zdestalinizują Stalina. Przecież żadnego Stalina nie było, ta ksywa to tylko przykrywka, pod którą działał Dżugaszwili. Myślę, że destalinizacja Stalina odsłoniłaby znacznie więcej niż tylko samego Dżugaszwilego. Rosjanie mają szczęście, że Związek Radziecki rozpadł się, zanim Saakaszwili nie przybrał sobie ruskobrzmiącego pseudonimu i nie zajął poczesnego miejsca na Kremlu lub obok.
„W Rosji nie ma demokracji – powiedziała Gorbaniewska – ale jest dużo wolności”. W tych słowach dotknęła jednego z najważniejszych zagadnień filozofii politycznej. Najgłębsze umysły Rosji i Europy zastanawiały się: gdy demokracja grozi rozpadem państwa lub z powodu braku dostatecznej ilości demokratów jest niemożliwa – czy istnieją inne ustrojowe gwarancje wolności? W końcu i na początku ludziom chodzi o wolność i bezpieczeństwo, a nie o taką czy inną formę władzy. Demokrację i oligarchię, monarchię i republikę rozpatrujemy, badając, który z tych ustrojów daje najlepsze gwarancje dla wolności i bezpieczeństwa mieszkańców danego kraju. Do tej pory demokracja, wszędzie, gdzie była możliwa, najlepiej ze wszystkich ustrojów wywiązywała się z obowiązku zapewnienia wolności, ale jeśli chodzi o bezpieczeństwo, to dawała je jednostkom w ich stosunkach z państwem i osłabiała w stosunkach ludzi między sobą. Jeżeli np. kobiety w jakimś kraju demokratycznym do poczucia bezpieczeństwa zaliczają niedotykalność swojego ciała, to państwo może im tę niedotykalność zapewnić tylko środkami najbrutalniejszej legalnej przemocy; za objęcie w talii hotelowej pokojówki największy dygnitarz międzynarodowy i prawie prezydent ważnego państwa może być schwytany jak zwykły przestępca, zakuty w kajdanki i wtrącony do ciężkiego więzienia. Przykład ten pokazuje, jaką trudność ma czasem demokracja, gdy trzeba zapewnić bezpieczeństwo jednostek zagrożonych od strony innych jednostek. W ustroju autorytarnym wystarczy, gdy takie swawolne zachowanie zostanie wyśmiane, w demokracji trzeba uruchomić najcięższe narzędzia państwowej przemocy. (W demokracji znajdującej się w takim stadium swojego rozwoju jak obecnie niczego nie można wyśmiać, ponieważ wszystko z góry i hurtem jest wyśmiane).
Tematem dyskusji, w której wystąpiła Natalia Gorbaniewska, był stosunek Czesława Miłosza do Rosji. Miłosz o wszystkim miał do powiedzenia rzeczy ciekawe, bystro zauważone i nieraz głębokie. Nie napisał jednak o Rosji niczego porównywalnego z „Widzeniami nad Zatoką San Francisco”, książką penetrującą świadomość i podświadomość Ameryki. Rozdział „Rosja” w „Rodzinnej Europie” jest dziś rozczarowujący, za mocny tam akcent położony został na różnice między Polską i Rosją, tymczasem najciekawsze, przynajmniej dla mnie, są te jego wypowiedzi, które jeden i drugi naród rozpatrują pod względem cech słowiańskich, a więc podobieństw i pokrewieństw, od których nie można się uwolnić środkami politycznymi ani ich retorycznie zagadać. Nie sięgano jednak do głębszych treści rusoznawczych, że tak powiem, lecz ustawiano Miłosza wobec tematów będących aktualnie na tapecie mediów, a więc Miłosz a Białoruś, Miłosz a problem Ukrainy, Miłosz antykomunista (bez pytania, od kiedy do kiedy), Miłosz a Katyń (był przeciw – a mógł być za?); sala przy tych tematach się ożywiała i czuło się, że zmierzamy do zagadnienia Miłosz a katastrofa smoleńska. Miłosz a raport MAK. Prowadzącemu udało się jednak w porę przesterować dyskusję, z czego osobiście nie byłem rad, bo chciałem usłyszeć przez głośniki to, co ludziom (nie wszystkim, byli cudzoziemcy) w duszy grało. Obok mnie siedziały ładne dziewuszki, może maturzystki, może studentki, i ich reakcje na słowa „Rosja” lub „rosyjski” wyraźnie świadczyły, że one są niezmiernie szczęśliwe z tego, że urodziły się Polkami i że ominęło je nieszczęście bycia Rosjankami. Zastanowiło mnie nie to, co czują młodzi – młodzi bardziej niż starzy myślą stereotypami, jakimi szkoły i media je nafaszerowały – lecz to, że na temat Rosji nie potrafią stawiać rzeczowych pytań.
Ktoś na koniec zaproponował nieśmiało: a może byśmy się zastanowili nie nad Rosją (w domyśle: o której niewiele wiemy), lecz nad naszym myśleniem o Rosji. Myśl sprecyzował i udobitnił Adam Pomorski: potrzebna jest nam – powiedział – „epistemologia polskiego myślenia o Rosji”. To znaczy: Polacy, którzy mają tak stanowcze poglądy na Rosję, powinni się zastanowić, skąd je mają, na jakich przesłankach i jakim zakresie informacji je opierają?
Według mojego rozeznania dla współczesnych Polaków „Rosja” jest pojęciem światopoglądowym, a nie bytem empirycznym. O sobie mógłbym powiedzieć, że nie interesuje mnie za bardzo ani Rosja empiryczna, realna, ani metafizyczna. Obchodzi mnie polskie mistyfikowanie sąsiedniego kraju, ponieważ taki stan umysłów, niezależnie od realnych skutków, jakie spowoduje, sam przez się jako fałsz jest nieszczęściem.

Wydanie: 21/2011

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy