Pogardzana budżetówka

Pogardzana budżetówka

Kończy się cierpliwość bardzo nisko opłacanych pracowników

Polskie państwo nie dba o swoich pracowników. Pensje w wielu urzędach centralnych i samorządowych stoją w miejscu, natomiast w mediach dominują stereotypy, zgodnie z którymi typowy pracownik tych instytucji leni się, pije kawę i pogardza klientami, a mimo to zarabia kokosy. Stąd rozpowszechniona krytyka pracowników Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, urzędów pracy, ośrodków pomocy społecznej czy urzędów skarbowych. Co kilka tygodni pojawiają się pomysły likwidacji urzędów pracy albo radykalnych cięć wydatków na ZUS. Urzędnicy są przeciwstawiani osobom kreatywnym i traktowani jako zbędny balast, który hamuje pracowitość reszty społeczeństwa.

Tymczasem rzeczywistość radykalnie odbiega od dominujących wyobrażeń. Urzędnicy są obciążani coraz większą liczbą obowiązków, ich praca wymaga wysokich kwalifikacji, a wynagrodzenia wielu z nich należą do najniższych na rynku. Polacy co miesiąc odbierają różnego rodzaju świadczenia społeczne, oczekują sprawniejszej służby zdrowia, lepszej edukacji, większego bezpieczeństwa na ulicach, szybszej pomocy w trakcie pożaru lub powodzi, bezstronnego i transparentnego wymiaru sprawiedliwości. Jednocześnie duża część społeczeństwa zapomina, że wszystkie te wymiary funkcjonowania państwa wymagają dobrze wykształconej i godnie opłacanej kadry pracowników. Po prostu nie można oszczędzać na zdrowiu czy edukacji, bo są to te wymiary funkcjonowania państwa, które bezpośrednio przekładają się na jakość życia obywateli. Radykalne cięcia wydatków na urzędy publiczne to groźba dłuższych kolejek, gorszych usług i większej liczby pomyłek.

Samorząd – ucieczka od odpowiedzialności

Niestety, w Polsce od lat pracownicy sektora budżetowego są lekceważeni przez władze, co obciąża zarówno koalicję PO-PSL, jak i PiS. Zarazem władze centralne przenoszą na samorządy coraz więcej kompetencji, nie przekazując im dodatkowych środków. Przenoszenie na samorządy funkcji, za które przez wiele lat odpowiadało państwo, to sprytna ucieczka władzy centralnej od odpowiedzialności. Świetnym przykładem jest tu niedopracowana i pośpiesznie wdrażana reforma oświaty. Minister Anna Zalewska ogłosiła, że reforma jest bezkosztowa, po czym okazało się, że wielomilionowe koszty zmian będą musiały ponieść samorządy.

Zgodnie z danymi GUS w 2017 r. w sferze budżetowej pracowało ok. 1,6 mln pracowników, ale z tej liczby tylko 322 tys. pracowało w sferze państwowej, a aż 1,27 mln w sferze samorządowej. Jednocześnie uderza dysproporcja w wynagrodzeniach na korzyść pracowników jednostek państwowych. Przeciętne wynagrodzenie brutto w sferze budżetowej wynosiło w ubiegłym roku 4501 zł, przy czym w sferze państwowej 5758 zł, a w sferze samorządowej tylko 4182 zł. Okazuje się, że te obowiązki państwa, które zostały przeniesione na samorządy, są gorzej opłacane niż w jednostkach zarządzanych centralnie. Dotyczy to przede wszystkim dwóch rodzajów usług, do których dostęp jest gwarantowany konstytucyjnie – opieki zdrowotnej i edukacji. W tych dwóch branżach zatrudnionych jest prawie milion pracowników, z których ponad 90% opłacają samorządy, a ich pensje odbiegają od średniego wynagrodzenia w całej gospodarce, tym bardziej od przeciętnych wynagrodzeń w sferze budżetowej. Średnie wynagrodzenie w szkolnictwie wynosi niecałe 4100 zł, a w opiece zdrowotnej i pomocy społecznej tylko 3756 zł. Warto tu pamiętać, że zdecydowana większość pracowników zarabia poniżej średniej, a pensje najniżej opłacanych nauczycieli i pracowników medycznych niewiele przekraczają płacę minimalną.

Arbitralność i zaciskanie pasa

Chociaż z roku na rok rosną ceny, dziesiątki tysięcy pracowników sfery budżetowej od 2010 r. nie otrzymało żadnych podwyżek, co w praktyce oznacza obniżkę pensji o ponad 12%. Właśnie dlatego dziś OPZZ domaga się wzrostu płac w budżetówce o co najmniej 12,1%. W 2010 r. zamrożenie pensji tłumaczono kryzysem i poświęceniem dla dobra całego społeczeństwa. Kryzys jednak minął, obecny rząd mówi wręcz o kwitnącej gospodarce i świetnej koniunkturze, mimo to płace pozostają zamrożone. Choć w kampanii wyborczej PiS obiecywało „dobrą zmianę” dla pracowników sfery budżetowej, w praktyce nic się nie zmieniło. Wskaźnik waloryzacji w latach 2017 i 2018 wyniósł 0,0% i taki sam ma być w przyszłym roku. Państwo wciąż nie dba o swoich pracowników – obiecuje poprawę jakości usług publicznych, ale nie płaci godnie pracownikom, którzy te usługi mają świadczyć.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 33/2018, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Wydanie: 33/2018

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. Anonim
    Anonim 13 sierpnia, 2018, 18:22

    to niech się zaminią z ludźmi wykształconymi pracującymi poniżej swoich kwalifikacji za 960 zł brutto miesięcznie

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy