Pół litra czystej czarnej na łeb

Pół litra czystej czarnej na łeb

Książkę „Strach. Trump w Białym Domu” legendy amerykańskiego dziennikarstwa Boba Woodwarda, jednego z tych dwóch od Watergate, czyli końca Nixona, można czytać i analizować na wiele sposobów. Pewnie inaczej będą ją czytać wojskowi, inaczej historycy, co innego będzie ważne dla pracowników służb specjalnych, ekonomistów, politologów. Cokolwiek by powiedzieć, i sama prezydentura, i jej główny bohater są zjawiskowi i odmienni od niemal wszystkiego, co można było w tym budynku zobaczyć (kto mógł, ten mógł…). Nie chcę analizować tej opowieści Woodwarda, któremu udało się skłonić do wyznań najbliższych współpracowników Trumpa (niemal wszyscy to już oczywiście byli współpracownicy), ludzi, którzy przebywali obok niego na okrągło, mieli do niego nieograniczony dostęp w Gabinecie Owalnym, organizowali jego prezydenturę, bo trudno to nazwać pracą, choć skończyło się rządzeniem najpotężniejszym imperium globu.

O tzw. antyintelektualizmie Trumpa powiedziano już wiele, ale to jakby nic nie powiedzieć. Donald Trump jest postacią jak z kreskówki, nie czyta i nie rozumie, nie rozumie, bo nie czyta, nie pamięta, wierzy temu, kto ostatni do niego mówił, ale i tak po chwili podzieli zdanie przeciwne, bo wygłosili je córka lub zięć. Jak z komiksowego horroru jest jednak osobą, która niezależnie od braku jakiejkolwiek ugruntowanej wiedzy o świecie podejmuje decyzje z natychmiastowym skutkiem (albo raczej bardzo usiłuje podjąć), nie bacząc na konsekwencje. Kieruje się tzw. intuicją, czyli kompletnie chaotycznym, całkowicie przypadkowym ciągiem luźnych wrażeń splecionych w emanacje jego wielkiego ego, poza którym istnieje może jeszcze tylko najprostsza wizja polityczności świata, z dwiema jedynie rubrykami: winien i ma. USA traktuje jak swoje kolejne wystrzeliwujące w niebo gmaszysko hotelowo-deweloperskie.

Ale nie w tym rzecz. Trump był mi potrzebny do skreślenia kilku słów nawet nie o szczycie klimatycznym w Katowicach, lecz szerzej – o reakcji politycznej na kompleks problemów cywilizacyjno-przetrwaniowych związanych z konsekwencjami globalnego ocieplenia. Może więc już nawet nie dziwi, że Trump w to całe globalne ocieplenie nie wierzy. Cóż, zrozumieć nie potrafi, może zatem wierzyć lub nie, 50% na 50%, padło na nie wierzy. Ta jego niewiara to absolutnie autonomiczna decyzja. Mamy też innych, policzalnych na palcach jednej ręki, „teoretycznych” przywódców państw, którzy choć cały czas się uczą, uczą bez przerwy, w aucie, kiedy jadą, i w samolocie, kiedy lecą, w swoim nierozumieniu niczym od Trumpa – który przynajmniej żadnego uczenia nie symuluje – się nie różnią. Nie wierzą. Albo łżą. Do nich należy niestety polski prezydent, który żenującą niekompetencją pochwalił się podczas szczytu klimatycznego w Katowicach (oddaję mu sprawiedliwość – cała formacja polityczna, pod którą jest podłączony Duda, werbalnie deklaruje ten sam rodzaj skrajnej ignorancji). Trudno coś poradzić, kiedy patrzymy na to tak, jak gdyby na światowy zjazd abstynentów wpadł rodak z pół litrem wódki i pokrzykiwał: „To po maluchu! I na drugą nóżkę! Jeszcze nigdy kieliszeczek nikomu nie zaszkodził, a to taka nasza najtradycyjniejsza tradycja. A co tam, z prezydentem się nie napijesz?!”. Brakowało tylko, żeby Polska zrobiła maskotką szczytu butelkę wódki o nazwie Czysta Czarna, pierwsza wódka z węgla.

Trudno nawet ironizować, operować szyderstwem, kiedy człowiek zdaje sobie sprawę, przed jakim realnym zagrożeniem stoi nasza planeta, i kiedy obserwujemy przedszkolną naiwność osób, które podejmują strategiczne decyzje polityczne. Albo nie podejmują żadnych, albo kuriozalne. A zegar tyka, katastrofa jest na wyciągnięcie ręki.

Mam dwa konstruktywne pomysły. Pierwszy taki, żeby przekonać nieprzekonywalnych bez potrzeby używania argumentów ze świata nauki, bo to okazuje się niewykonalne, a jak widać po Trumpie, nie przeszkadza rządzić mocarstwem z bronią jądrową. Trzeba sięgnąć po argument z historii filozofii chrześcijańskiej. Czyli blisko wiary. Jeden z najsłynniejszych matematyków i fizyków w historii, XVII-wieczny naukowiec, kładący podwaliny m.in. pod rachunek prawdopodobieństwa, zapisał się też w historii jako myśliciel religijny, mistyk chrześcijański. Zostawił po sobie tzw. zakład, zwany jego nazwiskiem. W skrócie: mając dwa warianty – istnieje Bóg i życie wieczne w nagrodę za dobre życie oraz nie istnieje Bóg ani żadne życie wieczne – Pascal przekonywał, że bardziej opłaca się człowiekowi założyć prawdziwość pierwszego wariantu, bo nawet jeśli nie okaże się on trafiony, straty będą mniejsze, niż kiedy prawdą będzie wariant z Bogiem i życiem wiecznym.

Proponuję więc zaadaptowanie zakładu Pascala do problemu zmian klimatycznych: lepiej uwierzyć, że te zmiany są i są równocześnie śmiertelnym zagrożeniem dla całej planety, i że jeszcze mamy chwilę, żeby wspólnym, globalnym wysiłkiem je ograniczyć (koniec z gospodarką węglową), bo tak możemy przeżyć.

A drugi, praktyczny pomysł jest taki, żeby zamiast lekcji religii natychmiast wprowadzić lekcje o klimacie, tak żeby kolejne pokolenia po prostu rozumiały, co wokół nas się dzieje, dlaczego i co możemy z tym zrobić. Najprawdopodobniej.

Wydanie: 50/2018

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy