Polityk nie bocian

Polityk nie bocian

Przylatują i odlatują. Nie bociany, które już chyba docierają do Afryki, ale politycy. Mniej przywiązani do gniazd niż te ptaki. Wędrują po partiach i listach wyborczych. Idealistów te wędrówki oburzają. Ale większość obserwatorów tylko śmieszą. Powstają przecież takie dziwolągi kadrowe, że branie ich na poważnie nie ma najmniejszego sensu. A w ogóle to skoro sami politycy się nie szanują, to na co liczą u wyborców? Za miesiąc nie będzie śladu po tych listach. A wstyd i sromota zostaną na długo!
Myślę tu też o politykach lewicy, którzy pokazują, jak kończyć nie należy. Od wielu lat hołduję zasadzie, że przeciwnika nie należy szukać po lewej stronie. Ta formacja, jeśli ma mieć historyczny sens i dobre perspektywy, musi być wielobarwna i przyciągać indywidualności. A spór trzeba wieść o pryncypia, bo to chleb powszedni każdej żywej i ambitnej struktury. A co z ambicjami ludzi? Przecież w polityce tych ambicji jest więcej niż gdziekolwiek. Zgoda. Toż to istny ocean namiętności, skrywanych pragnień, egoizmu i narcyzmu. Jak z tych chodzących bomb zrobić drużynę? Jak zbudować prawdziwy zespół? Skuteczny politycznie i silnie zintegrowany wokół liderów. To tak trudne zadanie, że mało komu się udaje. Zwłaszcza wtedy, gdy trzeba działać w atmosferze klęski, braku wyników i narastających pretensji. A w takiej sytuacji SLD był dwa lata temu. Zmiana kierownictwa w tej partii nie była przecież wynikiem zamachu stanu młodych gniewnych. To raczej ich trzeba było namawiać, by wzięli ster okrętu, który wielu uznało za stracony. Wzięli na siebie tę ogromną odpowiedzialność i okręt płynie. Nie zatonął, mimo że nie brakuje pretensji. A to, że płynie za wolno. A to, że nie trzyma się konsekwentnie kursu. A że kapitan coś zrobił nie tak. Można tak bez końca. Ale można by też przytomnie zauważyć, że gdyby nie Olejniczak, Szmajdziński i Napieralski, w ogóle by nie było problemu z listami LiD. Byty nieistniejące nie mają przecież takich kłopotów. A jeśli dwa lata temu postawiło się na Olejniczaka, to dziś próba pozbawiania go naturalnego prawa do decyzji w sprawie list wyborczych jest niczym innym jak próbą powrotu Leszka Millera do steru. Były premier uznał, że czas karencji mu minął. Nie chciał dłużej czekać w drugim szeregu. Postawił sprawę na ostrzu noża. A Olejniczak pokazał, że nie jest malowanym liderem, i zrobił to, co powinien. Dla większości ludzi sympatyzujących z lewicą było jasne, że Miller na liście wyborczej to nie jest dobry pomysł. Jeśli już, to nie teraz. Za szybko.
Decyzja Millera o pójściu z Samoobroną jest dodatkowym problemem dla elektoratu lewicowego, zwłaszcza w Łodzi. Były szef SLD może w kampanii liczyć na sympatię springerowskiego „Dziennika”. Piszę o tym, bo ten ciągle tracący czytelników twór po raz kolejny ogłosił pogrzeb „Przeglądu”. Doczepili się do nas, jakby mało mieli własnych problemów. Mimo wydania setek milionów ponieśli klęskę w walce z „Gazetą Wyborczą”. To wielce frustrujące, bo trzeba będzie za tę nieudolność odpowiedzieć i zapłacić. Głowy polecą.
A ja serdecznie dziękuję wszystkim Czytelnikom za wyrazy poparcia. Będziemy tak długo na rynku, jak długo będziecie chcieli nas czytać. I KUPOWAĆ!

Wydanie: 39/2007

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy