Polityka bonmociarstwowa

Polityka bonmociarstwowa

Czasy zawsze są zarazem nowe i stare. Problemy wydają się znane albo odgrzewane, nawet wcześniej niewyobrażalne. Epizod polityczny, jak nam się wydawało, jakiego doświadczamy w ostatnich latach, w nadchodzących stanie się regułą, rutyną, codziennością, znużeniem. Nowe rządy krzepną, osadzają się na skałach władzy, nie widać, żeby im coś groziło. To o polskiej sytuacji politycznej. PiS rządzi; kuglarskie sztuczki rekonstrukcyjne nie mają żadnego większego znaczenia oprócz mydlenia oczu, które i tak albo są zamknięte, senne, albo odwrócone w inną stronę, niewymagającą jakiejkolwiek reakcji. Opozycji nie ma. To pojęcie utraciło swój sens. Podobnie jak w głębszym sensie parlamentaryzm rozumiany jako forma ścierania się poglądów w wydaniu jakichś demokratycznie wyłonionych reprezentantów/ek. Głosowanie nad pochyleniem się nad ustawą „Ratujmy kobiety”, która trafiła do kosza dzięki bezgłosom opozycji platformersko-nowoczesnej, oddanie całej władzy nad jedną trzecią Polski myśliwym, bo posłowie opozycji nie doczytali, co przegłosowują, upamiętnienie faszyzującej „bohaterszczyzny” NSZ przez cały Sejm pokazują dobitnie, że mamy do czynienia z jakimś permanentnym, totalnym humbugiem parapolitycznym. Takiego parlamentu do niczego nie potrzebujemy. Jego czas, a być może i model, się skończył, wyczerpał, skompromitował, wygasł, na zmartwychwstanie nie ma co liczyć.

Jak to się stało? Ano demokratycznie, nowocześnie, po europejsku.

Głównym (a może po prostu jedynym) polem starcia politycznego jest w nowoczesnym świecie kształt i projekt państwa jako systemu organizacji życia społeczeństw. W Polsce ta przygoda polegała od 1989 r. na likwidacji państwa. Miało go być we wszystkich sferach mniej: w gospodarce (sprywatyzować wszystko, co się rusza i produkuje), w sferze społecznej (pozbyć się zobowiązań opiekuńczych, leczniczych, edukacyjnych, ograniczyć rolę państwa w dbaniu o warunki i stabilność pracy), w mediach (pozbawić nas prawa do wiedzy o państwie, ubezwłasnowolniając media publiczne i pompując prywatne). Państwa miało być jak najmniej, a jeśli już miało być, to jak najtańsze, jak najbardziej niewidoczne. Naprzeciw marzeniu o państwie praktycznie nieistniejącym, bo nieingerującym, nieprzeszkadzającym w biznesach i interesikach, wyzysku, krzywdach, bylejakości stanęły jednak mocno przekonania społeczeństwa. Ludzie i ich poglądy niewyrażane przez partie.

I w takim momencie zwyczajowo, zabiegając o większą rolę, a co za tym idzie sensowność samego projektu państwowego, stają w szranki dwie formacje umysłowo-polityczne, które z różnych powodów się nie godzą na takie unicestwianie i przezroczystość państwa. Z jednej strony, to konserwatywna prawica (często z mocnym doprawieniem nacjonalistycznym i de facto prowolnorynkowym), z drugiej – lewica, najszerzej rozumiana, wielobarwna, o różnych temperamentach. Ale jej w polskim parlamencie dzisiaj nie ma. Całą pulę zgarnęły PiS i inne pisopodobne prawice – obywatelskie czy „nowoczesne”. PiS od zawsze miało energetyczną determinację do zdobycia, przejęcia i sprawowania władzy. Taka determinacja jest warunkiem koniecznym do zagarnięcia i posiadania władzy. Naprzeciw takiej napakowanej endorfinami rządzenia struktury władzy (dziesiątki tysięcy oddanych bezdyskusyjnie działaczy, polityków, beneficjentów) stoją amorficzne, co chwila deklarujące swoją apolityczność, dumne z nologowej atożsamości grupki inaczej myślących i odurzonych nową „małą autorytarką” obywateli (czy to KOD, czy inne paraformacje i NGO). I patrzą zdumieni, jak krzepnie aparat, jak dogmatyzuje się państwo, którego wszak miało nie być albo przynajmniej miało ono się nie wtrącać. Patrzą zniesmaczeni, szarpani, bezradni i zapewniają o swojej apolityczności.

I jeszcze pojawia się kwestia przemocy. Przemocy, której państwo zawsze używa i często nadużywa. Przemocy, która nie pojawiła się wraz z przejęciem władzy przez PiS. Przemocy wobec słabszych, źle opłacanych, zadłużonych, przemocy ślepej i biurokratycznej, kapitalistycznej, wobec której pracownik jest niczym, zerem, trybikiem do wymiany. Ale jakiekolwiek przeciwstawienie się tej realnej, potężnej i wszechogarniającej przemocy może się odbywać tylko na warunkach grzecznościowych, łagodnych, przepraszających. I dlatego to nie działa. Przemocowe łamanie naszych praw: konstytucyjnych, prawa kobiet do wyboru, prawa drzew w Puszczy Białowieskiej do życia na swoich warunkach, równego prawa do przebywania na Krakowskim Przedmieściu każdego 10. dnia miesiąca wymaga zdeterminowanego oporu. A nie chrząkania o nieepatowaniu flagami partyjnymi (jakby one jeszcze coś realnego znaczyły), nie rzucania jajkami w limuzyny ministrów. Przemoc prawicy zawsze robiła wrażenie na pozostałych. I pozostawiała ich zastygłych w niemocy. Tak wyglądamy dzisiaj, nieobecna lewico, jak skamieniała żona Lota, jak lewica po śmierci Narutowicza, godząca się na dyktat polityczny „polskiej większości”, a tym samym na powszechny antysemityzm endecji.

Jak tu wyszeptać swoje apolityczne „stop”, „dość”, „nie”? Jeszcze cichszym szeptem?

Wydanie: 3/2018

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy