Polska nie wyda Polańskiego?

Polska nie wyda Polańskiego?

Obywatelstwo francuskie daje reżyserowi poczucie bezpieczeństwa, a polskie nie, bo Polaka można wydać Amerykanom, gdy jest to „właściwe i możliwe”

Ostatni raz Roman Polański był w Krakowie pod koniec sierpnia tego roku. Każdy pobyt taki sam – niezapowiedziany, nocleg w wynajętym mieszkaniu, kilku ochroniarzy, bez kontaktu z dziennikarzami – pełna konspiracja. Podobno kupił mieszkanie w pobliżu Wawelu, lecz nikt nie chce tego oficjalnie potwierdzić. Wiadomo tylko, że po wielu latach, gdy przekroczył osiemdziesiątkę, poczuł tęsknotę za Krakowem, miastem swojej młodości. Pod Wawelem chciałby zrealizować film o Dreyfusie, francuskim oficerze żydowskiego pochodzenia, który został skazany na długoletnie więzienie za szpiegostwo na podstawie sfabrykowanych oskarżeń.
O filmie tym Polański myśli już od ośmiu lat. Ma teraz gotowy scenariusz Roberta Harrisa. Nie chce pokazywać biografii Dreyfusa; zamierza przedstawić świat, w którym poluje się na czarownice, działają tajne trybunały, niekontrolowane agencje wywiadowcze, rządy tuszujące kłamstwa i manipulowani dziennikarze. To ma być thriller szpiegowski o niesprawiedliwościach naszych czasów.
Polański ma też producenta Roberta Benmussę, z którym pracuje od „Pianisty”, czyli od 2002 r. Operatorem będzie Paweł Edelman, muzykę skomponuje Alexandre Desplat. Tę wielką produkcję, która ma kosztować 35 mln euro, wspiera Polski Instytut Sztuki Filmowej. Poza tym pod Krakowem znajduje się wytwórnia Alvernia Studios, która wyposażeniem dorównuje studiom amerykańskim. Jest tylko jeden problem – Polański nie dowierza polskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Również Benmussa nie chce rozpocząć zdjęć, dopóki nie będzie miał całkowitej pewności, że Polańskiego w Polsce nie aresztują. Nawet krótkie zatrzymanie reżysera w areszcie ekstradycyjnym to milionowe straty dla producenta.
Teoretycznie wszystko jest w porządku. Polański nie jest jednak całkowicie pewien swojego bezpieczeństwa, bo zna uległość polskich władz wobec USA i ma świadomość niejasności w polsko-amerykańskiej umowie ekstradycyjnej. Dlatego zaangażował dwóch krakowskich adwokatów, którzy mają mu pomóc w momencie ewentualnego zatrzymania.
– Nie znam scenariusza tego filmu, ale wiem, że dla Romka będzie to film bardzo osobisty – mówi mi Leopold René Nowak, krakowski reżyser, scenarzysta i aktor, właściciel Oficyny Filmowej Galicja, jeden z najbliższych kolegów Polańskiego z czasów młodości. – Od dłuższego czasu mówi, że czuje się człowiekiem zaszczutym, jak Dreyfus czy Snowden. Przypuszczam też, że choć będzie to film o francuskim wymiarze sprawiedliwości, w podtekstach znajdzie się dużo o Ameryce. Polański nie byłby sobą, gdyby nie przyłożył Stanom Zjednoczonym, co widać we wszystkich ostatnio zrealizowanych filmach. A tęskni do Krakowa, bo to miasto ukształtowało jego wrażliwość twórczą. Pod Wawelem poznał wielu ciekawych ludzi ze świata sztuki i kultury. Im jest starszy, tym częściej pragnie odwiedzać miasto dzieciństwa i wspominać tamte czasy.

Luki w pamięci

Leopold René Nowak i Polański często kontaktują się telefonicznie, sam byłem świadkiem ich rozmowy. Renek, bo tak nazywa go Polański, jest współautorem dwóch książek o twórcy „Pianisty” i „Chinatown”, napisał o nim również wiele artykułów. Choć są przyjaciółmi, Nowak nie ukrywa, że w tym, co Polański opowiada o dzieciństwie, nie wszystko jest prawdą.
– Romek to mistrz autopromocji – mówi. – Coś wymyśli i potem w to wierzy. Niedawno przesłano mi do zaopiniowania powstały w Polsce scenariusz filmu o Polańskim oparty na wspomnieniach reżysera. Napisałem, że połowa tego to nieprawda. Fikcyjne rzeczy są we wszystkich książkach o Polańskim i w filmach biograficznych, w których zresztą często on sam o sobie opowiada.
– Czy widział pan dwuodcinkowy dokument polsko-niemiecki „Druga wojna światowa”, pokazany w TVP na początku września, w którym Polański mówi o pobycie w getcie? – pytam.
– Znam ten film. Co taki dziewięcioletni chłopak mógł zapamiętać? Powtarza to, o czym inni opowiadali. Kto uwierzy, że pilnujący getta strażnik zlitował się nad Romkiem i go wypuścił? Z getta wychodziło się tylko za pieniądze. Ojciec Romka przekazał mi jeden z dwóch egzemplarzy swoich wspomnień i tam jest o pieniądzach, jakie musiał zapłacić za wyprowadzenie syna poza getto. Choć to mało ważne szczegóły, niemające większego znaczenia, nie można przemilczać, że za ratowanie Żydów pieniądze brali Niemcy, Żydzi i Polacy. Kto nie miał pieniędzy czy złota, miał małe szanse przeżycia.
Leopold René Nowak przyznaje, że choć Ryszard Polański, ojciec Romana, powiedział mu, komu musiał zapłacić, nie chce o tym mówić, bo najważniejsze, że polskie rodziny z narażeniem życia opiekowały się przez całą okupację wyprowadzonym z getta chłopcem, Raymondem Lieblingiem. Jego matka Bula zginęła w komorach gazowych Majdanka, Treblinki, a może w Birkenau? Ojciec przeżył okupację i po pobycie w obozie w Płaszowie i w Gross-Rosen wrócił do Krakowa z młodą katoliczką, przyjął jej wyznanie i zmienił nazwisko Liebling na Polański, a imię Mojżesz na Ryszard. Uratowała się też Anette, przyrodnia siostra Romana, która po wojnie wyjechała do Paryża i tam zmarła.
Sam Roman Polański ujawnił swoje okupacyjne losy w książce „Roman by Polanski”, wydanej w Nowym Jorku. Tam też przyznał, że okupację przeżył dzięki ukrywającym go polskim rodzinom. Choć sam mówi o ucieczce z getta, najprawdopodobniej po wyprowadzeniu go stamtąd najpierw trafił na krótko do rodziny przy ul. Krowoderskiej. U pierwszych opiekunów, którzy nazwali go Roman Wilk, mieszkał bardzo krótko. Dla bezpieczeństwa chłopca przeniesiono do jednopokojowego mieszkania Jadwigi i Bolesława Putków, dozorców w zajmowanej przez Niemców kamienicy przy ul. Kremerowskiej. Putkowie mieli syna Mieczysława w tym samym wieku. Roman Wilk, przedstawiany jako daleki krewny Putków, bardzo zaprzyjaźnił się z Mietkiem. Niemcy nie zwracali uwagi na nowego lokatora, bo Roman Wilk nie miał semickich rysów. Obaj chłopcy chodzili swobodnie po mieście. Jednak po pewnym czasie Putkowie zauważyli, że zbyt wiele osób zaczyna się interesować, kim jest ten Roman Wilk. Podjęli więc decyzję o wywiezieniu chłopca do ich krewnych, rodziny Buchałów, mieszkających we wsi Wysoka koło Wadowic. Już pierwszego dnia po wyzwoleniu Krakowa Roman odwiedził Putków i u nich spędził noc. Potem zamieszkał u Ligockich i Horowitzów. Po powrocie z Niemiec ojciec wynajął Romkowi pokój na Kazimierzu.
Żaden ze świadków okupacyjnych losów Romana Polańskiego już nie żyje. Ze swymi wybawcami Polański praktycznie nie utrzymywał kontaktu poza sporadyczną wymianą listów. Żadna z tych rodzin nigdy też niczego od niego nie chciała ani nie chwaliła się zasługami. W 1965 r. Polański napisał z Londynu do Putków i zapytał, czy czegoś im nie potrzeba, bo jemu powodzi się całkiem nieźle. Bolesław Putek podziękował za list i odpowiedział, że gdyby była taka możliwość, cieszyłby się z krawatu. Nigdy go nie dostał. Żadna z rodzin opiekujących się chłopcem z getta nie otrzymała też medalu Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Nie uważali, że coś im się należy. Poza tym inicjatywa przyznania takiego odznaczenia powinna wyjść od Polańskiego, a on nigdy o to nie wystąpił.
Pięć lat temu Leopold René Nowak wysłał do wojewody krakowskiego list, w którym opisał, jak rodziny Putków i Buchałów ratowały w czasie okupacji Romana Polańskiego, i prosił o ich odznaczenie lub uhonorowanie w jakiś sposób. Napisał m.in.:
„Rodzina Putków, dozorców kamienicy zamieszkanej przez Niemców przy ul. Kremerowskiej w Krakowie, z pełną świadomością przyjęła do swojego mieszkania, pokoju z kuchnią, potrzebującego pomocy Romana Wilka, o którym wiedziała, że jest Żydem i uciekinierem z krakowskiego getta w Podgórzu. Ukrywającym się pod nazwiskiem Roman Wilk był dzisiejszy Roman Polański. Wilk uchodził za członka rodziny Putków i bynajmniej nie ukrywał się gdzieś »w piwnicy czy za szafą«, ale korzystał z pełnej swobody chodzenia po Krakowie i normalnej egzystencji pod opieką swego rówieśnika, »kuzyna« Mieczysława Putka”.
Wojewoda przesłał pismo do Kancelarii Prezydenta RP. W międzyczasie, 30 sierpnia 2012 r., w wieku 78 lat zmarł Mieczysław Putek, ostatni świadek okupacyjnych losów Romana Wilka. Odeszli też z tego świata wszyscy członkowie rodziny Buchałów ze wsi Wysoka. Nie było więc kogo odznaczać. Pozostał tylko Polański i dobrze, że coraz bardziej przypomina sobie o tamtych czasach.

Może będą z ciebie ludzie

Leopold René Nowak poznał Romana Polańskiego w 1947 r. w Rozgłośni Polskiego Radia w Krakowie, gdzie razem występowali w programie „Wesoła gromadka”. Razem zapisali się również do sekcji kolarskiej klubu Włókniarz, dzisiaj Korona. Polański miał świetny rower z wyścigową kierownicą, trenował solidnie, ale kolarzem nie był najlepszym. W wyścigu dookoła Wawelu przyjechał ostatni. W tym samym klubie dużo lepiej jeździł Mieczysław Putek, mimo że miał stary, ciężki rower.
– Choć wspólnie jeździliśmy na rowerach, nic nie wskazywało, że Romek i Mietek znają się z czasów okupacji i że przez ponad dwa lata mieszkali razem w dozorcówce na Kremerowskiej – wspomina Nowak. – Ani jeden, ani drugi nic nie mówili o czasach wojny i nawet wydawało się, że jest między nimi jakiś dystans. Dopiero ze wspomnień napisanych przez Ryszarda Polańskiego dowiedziałem się, że znają się z czasów okupacji i że Romek był żydowskim dzieckiem uratowanym z krakowskiego getta. Tam też znalazłem wytłumaczenie, dlaczego niektórzy rówieśnicy nazywali Polańskiego Wilkiem. Ani Mieczysław, ani Roman o tym nigdy nie mówili. Pamiętam, jak w 1961 r. pojechałem z Romkiem do myjni przy Kremerowskiej, aby odebrać samochód jego ojca. Szliśmy i on nawet nie wspomniał, że w czasie wojny przy tej ulicy ukrywano go w mieszkaniu dozorcy.
Młody Polański mieszkał sam na krakowskim Kazimierzu, bo miał żal do ojca, że tak szybko zapomniał o matce zamordowanej przez hitlerowców i zawarł powtórne małżeństwo. Ojciec, któremu dobrze się powodziło, wspierał go cały czas finansowo, opłacał czynsz i śledził jego poczynania.
A Roman chciał być nie tylko kolarzem, ale i szermierzem. W sekcji szermierczej też mu nie szło i szybko zrezygnował. W podstawówce nie miał dobrych wyników, ale jak sam potem przyzna, nauczyciele przepychali go z klasy do klasy, bo uznawali, że jest inteligentny i bystry.
Po podstawówce postanowił zostać górnikiem i rozpoczął naukę w Technikum Górniczym przy ul. Brzozowej. Nie przeszedł jednak do drugiej klasy i zamiast repetować, postanowił zmienić szkołę. Ponieważ dobrze rysował, namówiono go na liceum plastyczne przy ul. Juliusza Lea. Dostał się bez problemu, ale był tam tylko pół roku, od września 1951 r. do lutego 1952. Ze szkoły został wyrzucony, nie wiadomo dzisiaj, z jakich powodów.
Polański przestaje chodzić do szkoły, ma pieniądze od ojca, modne wąskie spodnie i dobre buty. Obraca się w towarzystwie ładnych dziewcząt. Alkoholu pije niewiele, bo ma słabą głowę. Jest takim ówczesnym „dżolerem”. Bez jakiegoś specjalnego celu włóczy się z podejrzanymi typami po dzielnicach Kazimierz i Grzegórzki, czasem wszczyna awantury.
Maturę podobno zdał eksternistycznie w Katowicach. Na krótko rzeczywiście przeniósł się na Śląsk i wrócił jako absolwent szkoły średniej. Mało kto wie, jak tego dokonał. Świadectwa dojrzałości kolegom nie pokazał, trudno więc ustalić, gdzie i jak zdawał egzamin.
Przymierzał się do różnych zawodów, ale najbardziej chciał zostać aktorem. Już w wieku 13 lat został z Renkiem zaangażowany do „Wesołej gromadki” reżyserowanej w Polskim Radiu przez Marię Biliżankę. Jego umiejętności sceniczne zostały zauważone. Romka i Renka obsadzono w wystawionej w Teatrze Młodego Widza sztuce na podstawie powieści Walentina Katajewa „Syn pułku”. Polański zagrał główną rolę 12-letniego Wani Sołncewa, a Renkowi przypadła rola Woskresienskiego. Premiera odbyła się 30 listopada 1948 r. Na widowni siedział dumny z syna Ryszard Polański.
– Po spektaklu ojciec podszedł do niego i powiedział: „Wiesz, Romku, może jeszcze będą z ciebie ludzie” – cytuje Nowak.
Potem Renek i Romek zostali zaangażowani do spektaklu Gwidona Miklaszewskiego „Cyrk Tarabumba” w Teatrze Groteska. Renek dostał rolę Gagatka, a Romek był jego dublerem, na scenie wystąpił więc tylko kilka razy. Mając w kieszeni świadectwo maturalne, Roman Polański złożył z kilkoma kolegami papiery do krakowskiej państwowej szkoły teatralnej. Dostali się wszyscy – z wyjątkiem Polańskiego. Teraz groziła mu służba wojskowa i musiał koniecznie gdzieś na studia się zapisać. Wybrał Państwową Szkołę Cyrkową w Julinku. Nie wiadomo, kim chciał być – klaunem, akrobatą, treserem lwów czy żonglerem. Na szczęście po trzech miesiącach został wyrzucony. Wtedy przeniósł dokumenty do łódzkiej Filmówki. Tym sposobem został reżyserem.
– Mówię o tamtych latach, aby przypomnieć, że życie Romana Polańskiego nie jest wypełnione samymi sukcesami – tłumaczy Renek. – Jest pełne tragedii, upokorzeń, porażek i poszukiwania. Wyrzucano go ze szkół średnich, nie chciano go w szkole aktorskiej i w cyrkowej. Teraz też ma problemy, ściga go Ameryka.

Obama dzwoni

Wkrótce po zwolnieniu ze szwajcarskiego aresztu domowego, 12 września 2011 r. Polański pojawił się w Warszawie na pogrzebie Janusza Morgensterna.
– Janusz był naszym wspólnym kolegą i ja też pojechałem go pożegnać – wspomina Leopold René Nowak. – Romek mi nie powiedział, że też tam będzie. Idziemy w kondukcie i nagle go widzę. Podszedłem i mówię: „Romek, co ty tu robisz? Skąd wiesz, że cię nie aresztują? Masz list żelazny? Natychmiast wyjeżdżaj!”. Po pogrzebie wyjechał i zatelefonował do mnie, abym mu wysłał kopię polsko-amerykańskiej umowy o ekstradycji podpisanej w Waszyngtonie 10 lipca 1996 r. wraz ze zmianami wynikającymi z porozumienia między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi z 25 czerwca 2003 r. Wysłałem mu też konstytucję Stanów Zjednoczonych, którą moja oficyna Galicja wydała w 1990 r.
Polański przyjechał na pogrzeb Morgensterna, licząc na rzetelność intencji Prokuratury Generalnej, która w lipcu 2010 r. stwierdziła, że wydanie reżysera przez władze polskie innemu państwu nie jest możliwe. Polański nadal jest oskarżony w USA o zgwałcenie w 1977 r. 13-letniej Samanthy Gailey, obecnie Geimer, ale w polskim prawie nastąpiło przedawnienie popełnionego przez niego przestępstwa. Jest poszukiwany przez Interpol w celu aresztowania i ekstradycji.
Najprawdopodobniej polska prokuratura ma rację, choć nie wszyscy prawnicy są tak pewni losów reżysera. We Francji Polański czuje się całkowicie bezpieczny jako jej obywatel, bo francusko-amerykańska umowa stanowczo zakazuje ekstradycji. Ma też obywatelstwo polskie, które nie gwarantuje mu pełnego bezpieczeństwa, bo w art. 4 ust. 1 umowy polsko-amerykańskiej o ekstradycji jest stwierdzenie, że można polskiego obywatela wydać USA, jeżeli jest to „właściwe i możliwe”. Wielu polskich prawników podkreślało już, że to bardzo dziwne stwierdzenie. Sprawę rozpatrywał też Trybunał Konstytucyjny, który wyrokiem z 21 września 2011 r. (sygn. SK 6/10) uznał, że taki przepis jest zgodny z polską konstytucją. Tym samym przesądzono prawną możliwość ekstradycji polskich obywateli do USA. Nie ma wprawdzie obowiązku wydawania własnych obywateli, ale jeżeli organ wykonujący tę ustawę, czyli nasz minister sprawiedliwości, uzna, że jest to „właściwe i możliwe”, można taką osobę wyekspediować za ocean. Sędziowie Trybunału Konstytucyjnego wydali ten wyrok po ośmiu godzinach obrad, przy czym trzech zgłosiło zdanie odrębne.
W przypadku Polańskiego spór między prawnikami dotyczy szczególnie art. 8 umowy ekstradycyjnej mówiącego, że „wydanie nie nastąpi, jeżeli ściganie lub wykonanie kary za przestępstwo, z powodu którego wnosi się o wydanie, uległo przedawnieniu według prawa państwa wzywającego”.
Roman Polański woli jednak dmuchać na zimne i zaangażował w Krakowie dwóch adwokatów, Jerzego Stachowicza i Jana Olszewskiego, którzy są przygotowani na wypadek jego aresztowania.
Obaj prawnicy są niemal pewni, że Polska nie wyda USA Polańskiego. Prokuratura Generalna musi wniosek przekazać do prokuratury okręgowej. Co z tego jednak, że sprawa skończy się po kilku miesiącach oddaleniem wniosku o ekstradycję. Producent Robert Benmussa nie wyobraża sobie takiej sytuacji. Chce gwarancji bezpieczeństwa dla Polańskiego. W czerwcu Benmussa był w Krakowie. W trakcie konferencji prasowej poświęconej filmowi o Dreyfusie w kieszeni zadzwonił mu telefon. „O, Obama dzwoni”, zażartował Benmussa. Potem powiedział: „Potrzebujemy oficjalnego potwierdzenia na piśmie, że status Romana Polańskiego w Polsce jest niezagrożony”. Nie sprecyzował jednak, czy mają to stwierdzić władze amerykańskie, czy polskie. Ale obecna na tej konferencji Agnieszka Odorowicz, dyrektor Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, dodała: „Dopiero znając definitywne stanowisko Polski w tym zakresie, będziemy mogli zapewnić Polańskiemu pełne bezpieczeństwo”.
Przyjazd Romana Polańskiego we wtorek 28 października do Warszawy na otwarcie Muzeum Historii Żydów Polskich był utrzymywany w wielkiej tajemnicy, wiedzieli o tym tylko organizatorzy tej uroczystości. Polański też tego nie ujawniał, o wizycie w Warszawie nie poinformował nawet polskich kolegów.
Na otwarciu muzeum nie unikał kamer ani fotoreporterów. Filmy i zdjęcia z tej imprezy obiegły świat. Widocznie poczuł, że w obecności prezydentów Polski oraz Izraela i najbogatszych ludzi tego świata może się czuć bezpiecznie. Nie udało mu się jednak uśpić czujności Amerykanów i następnego dnia polska Prokuratura Generalna otrzymała wniosek o zatrzymanie go na potrzeby wszczęcia procedury ekstradycyjnej.
W czwartek 30 października rano Roman Polański zgłosił się do Prokuratury Okręgowej w Krakowie, gdzie został przesłuchany. Podał swój adres, telefon i kontakt do obrońców. Prokurator nie podjął decyzji o jego aresztowaniu.


Nadzieja w sądzie i ministrze

Ariel Falkiewicz, doktorant w Katedrze Postępowania Karnego Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego, zajmujący się naukowo zagadnieniami związanymi z ekstradycją
Ekstradycja Romana Polańskiego z Polski do USA jest w dalszym ciągu – teoretycznie – możliwa. W zakresie ekstradycji Polska jest zobowiązana do stosowania umowy z USA z 1996 r. Umowa ta wymienia przesłanki odmowy wykonania wniosku ekstradycyjnego i nie ma wśród nich przesłanki opartej na przedawnieniu czynu w państwie wezwanym, czyli w tym przypadku w Polsce. Zgodnie z art. 8 wskazanej umowy, odmowa wykonania wniosku ekstradycyjnego jest możliwa, gdy doszło do przedawnienia czynu w państwie wzywającym, w tym przypadku w USA. Czyn zgwałcenia, który miał popełnić Roman Polański, nie ulega jednak przedawnieniu w myśl prawa USA. Powoływanie się zaś na przesłankę przedawnienia karalności czynu w Polsce – jako podstawę odmowy wykonania wniosku ekstradycyjnego – określoną w polskim Kodeksie postępowania karnego (art. 604 par. 1 pkt 3) jest nieuprawnione z uwagi na treść art. 91 ust. 2 Konstytucji RP. Przepis ten stanowi, że umowa międzynarodowa, ratyfikowana za uprzednią zgodą wyrażoną w ustawie, ma pierwszeństwo przed ustawą, jeżeli ustawy tej nie da się pogodzić z umową. Istnieją umowy ekstradycyjne, które – jeżeli chodzi o przesłanki odmowy ekstradycji – odsyłają do prawa wewnętrznego państw stron umowy, jednak brakuje takiego odesłania w umowie polsko-amerykańskiej.
Możliwość ekstradycji obywateli polskich jest skutkiem nowelizacji art. 55 Konstytucji RP w 2006 r. W pierwotnym brzmieniu przepis konstytucyjny bezwzględnie zakazywał ekstradycji obywateli polskich. W celu dostosowania przepisów polskich do przepisów unijnych i umożliwienia przekazania obywatela polskiego innemu państwu członkowskiemu UE na podstawie europejskiego nakazu aresztowania ustawodawca konstytucyjny dopuścił także możliwość ekstradycji obywatela polskiego do innego kraju poza Unią. Możliwość taka musi być jednak przewidziana w ratyfikowanej umowie międzynarodowej. W przypadku umowy ekstradycyjnej z USA – co jasno wynika z art. 4 ust. 1 umowy – możliwość taka istnieje.
W praktyce wszystko będzie zależeć od sądu i ministra sprawiedliwości. Gdy sąd zgodzi się na ekstradycję, minister i tak może odmówić wydania Romana Polańskiego. Umowa ze Stanami Zjednoczonymi w art. 4 ust. 1 stanowi, że wydanie obywatela może nastąpić, jeżeli jest to „właściwe i możliwe”. I właśnie w nieostrej przesłance opartej na „właściwości” wydania należy widzieć szansę na odmowę ekstradycji Polańskiego do USA.


Afera Dreyfusa
W 1894 r. Alfred Dreyfus, młody kapitan artylerii francuskiej pochodzenia żydowskiego, na podstawie spreparowanych dowodów został skazany za zdradę na rzecz Niemiec i zesłany na Wyspę Diabelską w Gujanie Francuskiej. Dowodem w sprawie miał być przekazany przez niego do ambasady niemieckiej w Paryżu list, którego autentyczność potwierdził pod przysięgą jeden ze świadków. W trakcie wznowionego procesu Dreyfus znowu został uznany za winnego. Dopiero w 1899 r. uniewinniono go, a w 1906 r. oczyszczono z wszelkich zarzutów, bo wyszło na jaw, że za przeciekiem tajnych informacji stał Ferdinand Esterhazy. Dreyfus powrócił do wojska, walczył w I wojnie światowej i awansował do stopnia pułkownika.
Afera Dreyfusa miała olbrzymie konsekwencje dla Francji na przełomie XIX i XX w., rozbudziła spory między francuską prawicą o poglądach monarchistycznych i klerykalnych a postępowymi środowiskami republikańskimi. Z pewnością przyczyniła się do klęski prawicy i wprowadzenia w 1905 r. we Francji rozdziału Kościoła od państwa oraz do podporządkowania armii kontroli cywilnej.


Zamieszki po filmie
Gdy w 1899 r. przed sądem wojennym w Rennes toczył się proces rewizyjny Alfreda Dreyfusa, francuski reżyser Georges Mélies nakręcił kilkunastominutowy niemy film „Sprawa Dreyfusa”. Składający się z 11 scen obraz przedstawia jej przebieg od aresztowania Dreyfusa aż do ułaskawienia. Wyświetlany w salach kinowych i na jarmarkach film, w którym reżyser opowiada się jednoznacznie za skazanym i ułaskawionym kapitanem, pierwszym i jedynym wtedy Żydem w sztabie generalnym francuskiej armii, doprowadzał do bijatyk między zwolennikami i przeciwnikami Dreyfusa oraz zamieszek na ulicach. Z tego powodu na pewien czas, by uspokoić nastroje, władze francuskie zakazały jego pokazywania.

Wydanie: 45/2014

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy