Polski wstyd

Polski wstyd

Wieczory stały się dłuższe i w kuchniach ludzie wcześniej zapalają światła. Przy sztucznym świetle spędzają co najmniej kilka godzin: jedzą, oglądają telewizję, kłócą się i sprzątają. I coraz częściej nie zasłaniają okien.

Pamiętam swój szok, kiedy kilkanaście lat temu pojechałam odwiedzić mojego szwedzkiego tłumacza, Davida Szybka. Kuchenne okno jego mieszkania w Lund wychodziło na wspólny balkon. Okno zaczynało się pół metra od podłogi i nie miało nawet głupiej zazdrostki. Było po prostu bezczelnie nagie. David nie miał serca do doniczkowych kwiatów ani żadnych durnostojek – parapet był pusty, przez kuchenne okno widziałam kolejnych ludzi, którzy wchodzili ze wspólnego balkonu do swoich mieszkań.

Sama od razu poczułam polski wstyd. Skontrolowałam koszulę, czy nie ma na niej tłustych plam ani słodkich nacieków po jogurcie. Zawstydziłam się swoich skarpet i spodni, które trzymały się tyłka na ostatniej prostej sparciałej gumy, którą tak lubimy w dresach. Co chwilę nerwowo zerkałam na Szwedów za oknem – nigdy nie wymieniłam z nikim spojrzenia. Nikogo nie interesowaliśmy, nikt nie chciał wiedzieć, co mamy na talerzu, czy boleśnie się krzywimy, kiedy ziemniaki są za gorące. Jak wygląda upadek fryzury po nocy na materacu i czy jesteśmy śmieszni, kiedy mamy zaspane oczy.

Spędzamy teraz więcej czasu w domach. Niektórzy przeszli na zdalną albo hybrydową pracę. Inni przebywają na kwarantannie, w izolacji, albo unikają chodzenia po mieście, albo chorują. W bloku naprzeciwko widzę ich codziennie. Oni widzą mnie. Niektórzy pozdrawiają mnie na ulicy. Inni odwracają oczy, jakby wstydzili się naszych wzajemnych obserwacji. A mnie przypomina się „Lokator” Polańskiego, „Okno na podwórze” Hitchcocka, „Krótki film o miłości” Krzysztofa Kieślowskiego, a nawet kultowy „Peeping Tom” („Podglądacz”). W końcu kino jest podglądaniem – w pewnym stopniu. Udaje podglądanie, prawda?

Na podglądaniu zawsze robiło się pieniądze: od starego dobrego peep-show, w którym patrzący pozostawał niewidzialny/anonimowy, po „Big Brothera”, telewizyjny show z końca lat 90., który na początku następnej dekady zelektryzował publiczność całego naszego kraju. Jego bohaterowie stali się celebrytami, a zwierzenia w specjalnym pokoju i akcję w sypialniach obserwowały miliony Polaków. Wkrótce do programu, do którego licencje kupiły kraje na całym świecie, dołączyły programy siostry, czyli wszelkiego rodzaju „domy”, „raje” czy „wyspy”, w których widzowie nie czekają już na seksualny finał, który wydarzy się być może w końcowym odcinku, kiedy bohaterowie przyzwyczają się do kamer – na seks często można liczyć już na początku.

Francuski flaneur, który włóczy się po ulicach, żeby snuć rozważania o współczesnym mieście, też jest podglądaczem. Bohater „Pasaży” Waltera Benjamina bez przerwy podgląda, zapuszcza żurawia między stoiska z tkaninami, na tyły sklepików, gdzie panie przykładają jedwabie do twarzy, zerkają w lusterka, poprawiają szminkę. Jeden z najsłynniejszych tekstów współczesnej kultury jest zatem zbiorem zapisków podglądacza.

Pisarze sci-fi projektowali opresyjne światy i ponure dystopie, w których członkowie społeczeństwa byli inwigilowani i obserwowani (wszyscy znają choćby „Rok 1984” Orwella). W „Procesie” Kafki oskarżony Józef K. także jest obserwowany, nawet podczas egzekucji. Zapośredniczone przez cudzy wzrok doświadczenia stają się jakby mniej nasze. Z drugiej strony – przez ową podwójność zwiększa się ich intensywność.

Jeszcze kilka lat temu Polacy zasłaniali się już o zmierzchu. Zapalenie światła w kuchni oznaczało opuszczenie rolet, zasłonięcie żaluzji albo zasłon. Ale teraz zapanowała jakaś dziwna solidarność patrzących z obserwowanymi. Jakbyśmy chcieli wspólnie spostponować Dulską. Albo móc do siebie w razie czego pomachać.

Wydanie: 44/2020

Kategorie: Agnieszka Wolny-Hamkało

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy