Polskie Eldorado

Polskie Eldorado

W Polsce 200 tysięcy cudzoziemców pracowało w ubiegłym roku na czarno. Tych legalnych było około 20 tysięcy

Zalety “ruskiego”, który pracuje na czarno w Polsce: pracowity, zdyscyplinowany, tani. Za wybudowanie domu w stanie surowym ekipa czterech Ukraińców dostaje 20 tys. złotych. Górale spod Nowego Sącza żądają dwa razy tyle, firma z Warszawy – 60 tys. złotych. Inne zalety: zrobi wszystko, co mu się każe, je niewiele i szybko, pije zawsze, ale nigdy nie zawala roboty.
Zalety “ruskiej”: cicha, szybka, nie skarży się, pracuje na akord znacznie lepiej od bezrobotnej Polki spod Siedlec. Szuka się ich przede wszystkim do sprzątania mieszkań i szycia. Ogłoszenia są w prasie lub informacje roznoszą się pocztą pantoflową. Dobrzy robotnicy też są polecani lub sami pakują się do łady i jeżdżą po placach budów, szukając pracy.
Kilka lat temu przyjeżdżali na chwilę. Wracali do siebie i żyli jak panowie. Teraz rzadziej wracają. Siedzą w Polsce po parę lat i przeważnie przejadają pieniądze. Decyzja o powrocie jest dramatyczna. Przyjedzie inny i zabierze miejsce.
Iwan, pracownik na budowie, jest przekonany, że przed nim lepsza przyszłość. – Lepiej więc pilnować tych “swoich” Polaków. Bo co ja na tej Ukrainie będę robił? Jakiś biznes? E tam, zaraz rozkradną, ludzie nie mają pieniędzy, lepiej jest u was. Bogacicie się i my wam pomagamy.
Jan W. jest właścicielem niewielkiej fabryczki produkującej meble biurowe. – “Ruskich” w mojej okolicy jest bardzo dużo – mówi. – Od czterech lat w mojej firmie pracuje rotacyjnie (“Lubią skurw… do domu jeździć!”) 20 “ruskich”. To są właściwie Ukraińcy, ale tak już się przyjęło ich nazywać. Znalazłem ich przez znajomego, który pracuje we Lwowie. Ściągnąłem do siebie i dałem pracę, wyżywienie i kwaterunek. Płacę im o dwadzieścia procent mniej niż Polakom. Są wydajniejsi, dokładniejsi i nawet po pijackim wieczorze się nie skarżą, gdy muszą zasuwać przez 10 godzin. Dzięki nim jestem konkurencyjny i wygrywam przetargi. Gdy trzeba, wożę ich do lekarza, w zimie mają ciepło, czasami funduję im “bibkę”.
Firma pana W. to dwie hale produkcyjne, domek zamieniony na biuro i dwa baraki z desek ocieplone watą szklaną. – W tych barakach mieszka “moja przyczyna sukcesu”, czyli 20 “ruskich”.
Piotr D. ma 2 warsztaty samochodowe pod Warszawą. Wybudował je, gdy wrócił z pracy w Niemczech. Przez swoich Ukraińców jest nazywany “bauerem”. – Przeważnie pracuje u mnie 5, czasami 8 “ruskich”. Musiałem ich sobie najpierw wychować. Niepunktualni, brudni, lubili mieć swoje zdanie. Zwłaszcza Wowa, który u siebie był inżynierem. Ten to się lubi mądrzyć. Parę razy huknąłem na niego i teraz wie, gdzie jego miejsce. W lecie zabieram swoich pracowników na działkę. Ostatnio zbudowali mi domek na narzędzia, szopę i wykopali niewielki port.
Piotr, podobnie jak pan W., też dba o swoich pracowników. – Trzeba ich trzymać mocną ręką, ale w miarę delikatnie. Tak, żeby nie poszli ode mnie.
“Nowych” nie brakuje. Wystarczy przejechać się rano ulicą Grochowską w Warszawie. Przed Powiatowym Urzędem Pracy, obok salonu Mercedesa, stoją Ukraińcy i Białorusini i czekają na takich jak producent mebli, Jan W. lub Piotr D. Tylko że tacy tam praktycznie nie przyjeżdżają. Boją się nie sprawdzonych. Wolą tych, których im polecił znajomy lub których sami wychowali.

Raj za czystymi szybami

Jura jest Ukraińcem z Łucka. Ma 41 lat, z zawodu jest muzykiem. Na Ukrainie zostawił kochankę, ale jak mówi, “teraz to już nie jest taka pewna informacja”. Kilka lat temu handlował sznurkami i workami w Chełmnie. Teraz handel już się nie opłaca, więc Jura od trzech tygodni stoi przy pośredniaku na Grochowskiej. Przez ten czas ani razu nie trafiła mu się robota. Przyjechał do Warszawy, gdy skończyła się praca u rolnika przy suszeniu cebuli. Dostawał 2,5 złotego za godzinę. Na skwerku przy pośredniaku Jura stoi do dwunastej. Najwięcej samochodów podjeżdża w poniedziałki i wtorki. Do delikatnej roboty np. murarki bierze się Polaków z drugiej grupki. Gdy trzeba wykopać rów, posprzątać albo wynosić gruz, najlepszy jest Ukrainiec. – A tobie nie trzeba pracownika? Pójdę nawet na trzy godziny za 4 złote.
Jura twierdzi, że Polacy stojący obok jego ziomków są niebezpieczni. – Twierdzą, że odbieramy im pracę. Jeden z nich chciał mnie uderzyć, gdy chciałem podejść do wozu.
Śpi razem z 5 kolegami w drewnianym domku na przedmieściach Warszawy. W kościele jada bezpłatne obiady. – U was jest Europa. Nikt nam z władz nie przeszkadza.
– Nie zakłócają spokoju, to mogą sobie stać, ile dusza zapragnie – mówi Paweł Mondygraf, zastępca kierownika w PUP na Grochowskiej. – Problem jest raczej po stronie pracodawców, którzy pracownikowi “na czarno” nie opłacają ubezpieczenia i wolą wziąć tańszego z byłego WNP. Bezrobotny z Warki opowiadał, że tamtejsi chłopi też biorą “ruskiego”. Mówił, że i tak rolnictwo jest nieopłacalne, więc nie będą płacić drożej Polakowi.

Gdzie te kontrole…?

– I kto teraz będzie łapał cudzoziemców i wymierzał kary Polakom, którzy ich zatrudniają? Państwo ma obowiązek chronić swój rynek pracy. A wszędzie słyszy się język rosyjski. Budowy, pola uprawne, sady – wszędzie pracują nielegalni pracownicy – mówi z nutą goryczy w głosie Stefan Trzaskowski, główny specjalista od kontroli legalności zatrudnienia cudzoziemców w Krajowym Urzędzie Pracy. – Przecież Polska traci na tym pieniądze i w biały dzień łamie się prawo!
Polakowi, który bierze do pracy cudzoziemca, grozi kara do 5 tysięcy złotych. Ale i tak średnie kolegium wymierzane przez kolegium wynosi 200 złotych. Pracodawcy to się opłaca: zezwolenie dla jednego kosztuje około 700 złotych i trzeba wywiesić informacje w powiatowym urzędzie pracy, że szuka się pracownika. Być może znajdzie się polski bezrobotny. Jeszcze bardziej mu się to opłaca, gdy zatrudnia kilkudziesięciu. W razie wpadki zapłaci grzywnę bez względu na liczbę pracowników “na czarno”. Przyłapanemu cudzoziemcowi grozi wydalenie z Polski i zakaz przyjazdu.
Od 1 stycznia tego roku weszła w życie reforma organów zatrudnienia. Zadania związane z kontrolą legalności zatrudnienia przeszły do kompetencji starostw. Wcześniej przez 5 lat zajmował się tym Krajowy Urząd Pracy. Obecnie działalność KUP polega jedynie na opracowaniu raportu z danych spływających ze starostw z całej Polski. Do czasu reformy wyniki KUP jednak nie były chwalebne. Na nielegalnej pracy przyłapano w ubiegłym roku raptem 476 cudzoziemców.
Mimo tych mizernych wyników, zdaniem Stefana Trzaskowskiego, reforma jest poważnym błędem. – Kontrola w starostwach umrze śmiercią naturalną. Gmina, powiat ma swój specyficzny klimat. Tam rządzą radni, a ta władza w naturalny sposób jest powiązana z miejscowym biznesem. Radni, jeśli nawet sami nie prowadzą firm, to robią to ich żony albo znajomi, którzy sponsorują kampanie wyborcze. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś z gminy chciał się w takiej sytuacji narażać. Kontrolujący żyje w tym środowisku i na drugi dzień mógłby się znaleźć po drugiej stronie barierki, na pośredniaku.
Za dobrych lat kontrolami zajmowało się 900 inspektorów zwanych “policjantami pracy”. Teraz jest to ilość szczątkowa. Wielu odeszło, a ci, którzy zostali, zajmują się w ramach powiatowych urzędów pracy czymś innym: siedzą przy okienku i spisują bezrobotnych.
– Swojej pracy już nie wykonuję. Dostałem skierowanie do PUP w Pruszkowie i rejestruję bezrobotnych – mówi Andrzej Zarański, były kierownik departamentu kontroli legalności zatrudnienia w Wojewódzkim Urzędzie Pracy.
– Już nie będzie takich kontroli jak kiedyś – mówi Stanisław Trzaskowski. – Pamiętam taką sytuację, gdy pracodawca nie chciał wpuścić ani inspektorów pracy, ani policji. Cały sztab się utworzył: policja, wojewódzki urząd pracy i straż graniczna. W końcu weszliśmy na teren firmy po drabinach. Nakryliśmy 50 Ukrainek i Białorusinek przy szyciu kurtek i spodni. W Łodzi wyciągnęliśmy 15 półżywych cudzoziemców z małej piwnicy. Pracodawca ich tam ukrył.
Zdarzały się też nietypowe interwencje. W czasie przedostatniej wizyty papieża przy drodze, którą miał jechać, było mnóstwo panienek z Bułgarii i Ukrainy. Po negocjacjach wyniosły się na czas przejazdu papieża. – My wprawdzie jesteśmy prawosławne, ale zrobimy to w duchu ekumenicznym – tłumaczyły.
– W Niemczech nie patyczkują się z nielegalnymi. – uważa Stanisław Trzaskowski. – Jak złapią kogoś, to wsadzają w tzw. sukę i nim wapno obeschnie na spodniach, to już są na granicy. To jest dopiero prawdziwa Arbeit Polizei – ręce na ścianę, obszukanie i wywózka.

Polska w pięciu smakach

Oprócz Ukraińców i Białorusinów do Polski chętnie przyjeżdżają Wietnamczycy. Opanowali małą gastronomię. Polacy do tej pory przyzwyczajeni do hot dogów i hamburgerów przerzucili się na cielęcinę w pięciu smakach z grzybami mun. Ci, którym się powiodło, likwidują uliczne budki i otwierają osiedlowe restauracyjki. Na bazarach Wietnamczycy sprzedają tekstylia. Na warszawskim Stadionie X-lecia, zwanym kiedyś największym bazarem Europy, handlują na bardzo dużej powierzchni butami i bawełnianymi koszulkami. Pojedynczych par kupić nie można – wszystko hurtowo. Zaopatrują się u nich Polacy, którzy towar sprzedają w swoich sklepach dwukrotnie drożej.
Według oficjalnych szacunków, przez ostatnie 7 lat do Polski przyjechało pracować 10 tys. Wietnamczyków. To tylko ci, którzy pracują legalnie. Według danych Departamentu Ochrony Granic, Imigracji i Uchodźstwa MSWiA, jest ich ponad 40 tysięcy. – Z nimi to jest dopiero problem. Jeden otwiera bar legalnie, ale “na czarno” zatrudnia znajomych – mówi Stefan Trzaskowski z KUP.
Wietnamczycy mają własne pismo: “Que Viet” i organizacje zrzeszającą ziomków w Polsce: Solidarność i Przyjaźń.
Są zamknięci we własnych środowiskach. W blokowisku na osiedlu Za Żelazną Bramą wynajmują całe piętra, żeby nikt im nie przeszkadzał. Podobno administracja wywiesza nawet zawiadomienia pisane po wietnamsku.
Policja ma problemy z przeniknięciem tego środowiska. Wszelkie niesnaski załatwiają we własnym gronie.
Paweł, teraz szeregowy pracownik banku, przez rok pracował u Wietnamczyka. Był jego prawą ręką. Załatwiał kontrakty, umawiał spotkania z Polakami, chodził po urzędach.
– Zorganizowani są mafijnie. Zawsze ktoś ma nad sobą kogoś. Interesy finalizują w gotówce, najchętniej w dolarach. Uwielbiają hazard, spotykają się w zamkniętych gronach przyjaciół i grają na pieniądze. Porachunki załatwiają niekonwencjonalnie. Szef mi opowiadał, że dłużnika przez 2 dni trzymał w garażu. W końcu podpisał weksel na 100 tysięcy dolarów. Nie wiem, skąd był mój szef, po prostu świetnie mi płacił. Podobno uciekł z Australii przed policją skarbową. Żona została za granicą, ale nie wiem gdzie. Zarabiałem 4 tysiące złotych, co jak na tamte czasy (5 lat temu) było dużo. W Polsce szef sprzedawał hurtowo buty.
– Mieliśmy własną restaurację w Warszawie, do której przyjeżdżali zaprzyjaźnieni Wietnamczycy, nawet z odległych zakątków Polski. Cenili mojego szefa. Załatwiali między sobą interesy i kwitło życie towarzyskie. Ceny w restauracji były bardzo wysokie, więc rzadko zaglądali do niej Polacy. Szef miał kochankę, która wciąż dzwoniła do niego, a ja musiałem ją spławiać. Mój dzień pracy był wypełniony od rana do późnej nocy. Załatwiałem mu nawet narkotyki. Jednym słowem, byłem sumiennym pracownikiem i bardzo go lubiłem. Był wyluzowany, miał kasę i pozwalał mi jeździć supersamochodami. Po pewnym czasie coś zaczęło śmierdzieć. Podobno pojawił się nawet UOP. Chodziło o oszustwa na cle. W końcu doszedłem do wniosku, że nie tędy droga i odszedłem.
Wietnamczycy najczęściej decydują się zostać w Polsce na stałe. – Posyłają dzieci do szkół – mówi Ewa Domaradzka z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych. – Największą grupę cudzoziemców na uniwersytecie stanowią właśnie Wietnamczycy. Studiują prawo i nauki ekonomiczne. Chcą czuć się pewnie w nowej ojczyźnie.

Uczę ich wizji firmy

W Polsce znajduje się około 700 przedsiębiorstw powiązanych kapitałowo z Francją, a Francuzów zarejestrowanych w konsulacie jest powyżej pięciu tysięcy. Na początku lat 90. przyjeżdżali do nas przede wszystkim eksperci zajmujący się instalowaniem firm francuskich lub ich filii. Obecnie częstszymi gośćmi są młodzi Francuzi.
Fabien jest jednym z nich. Ukończył uczelnię ekonomiczną w Paryżu i przyjechał do pracy w sieci francuskich supermarketów w Warszawie. Nalega, żeby nie podawać jego nazwiska, ponieważ każdy Francuz w jego firmie, który pracuje na obczyźnie, ma zakaz wypowiadania się o swojej pracy.
– Jestem tutaj, żeby wyszkolić polskich pracowników. Pokazuję im, jaka jest wizja naszej firmy. Są pojętni i świetnie pracują, zwłaszcza ci młodsi – mówi Fabien.
Po pracy wraca do wynajmowanego przez firmę mieszkania. Wieczorami umawia się z francuskim przyjaciółmi. – Życie towarzyskie naszej kolonii kwitnie. Chodzimy do klubów, żony kolegów też nie narzekają. Wreszcie mają czas, żeby pójść do filharmonii, teatru lub zapisać się na lekcje śpiewu.
Początkowo planował po skończeniu się kontraktu wracać do Francji. – Doświadczenie, jakie tutaj zdobyłem, pozwoliłoby mi dostać świetną pracę – twierdzi. – Ale poznałem Polkę i zamierzam się ożenić. Być może będę starał się o polskie obywatelstwo.

Jak w Disneylandzie

W Polsce jest już znacznie mniej amerykańskich doradców niż w czasach rodzącej się gospodarki rynkowej. Przeważnie przyjeżdżają ludzie na wyspecjalizowane stanowiska. Robią swoje i jadą do innego kraju rozwijać firmę.
– Młodzi Amerykanie, którzy pracowali w Polsce przez rok i wrócili do Stanów, lubią przyjeżdżać na wakacje – opowiada Stanisław W. Urban, dyrektor finansowy Thomson-Polkolor w Piasecznie. – Mówią, że Polska to taki sprawdzian osobowości. Jeżeli jesteś kreatywny, to jesteś w stanie zrobić w Polsce wszystko. Swoje marzenia, których nie można już zrealizować w USA, tutaj łatwo zamienić w konkret.
Stanisław Urban przyjechał do Polski z Nowego Jorku w 1992 roku. Do dzisiaj z przejęciem o tym opowiada. W poniedziałek zwolniono go z pracy – jego firma został kupiona przez konkurencję. We wtorek Stanisław przeczytał w “Wall Street Journall” ogłoszenie, że firma Thomson szuka kandydata do pracy w Polsce. Preferowano tych, którzy mieli polskie korzenie. W weekend pojechał na rozmowę kwalifikacyjną do Paryża. – Zaproponowano mi pracę w Polsce. Wiedziałem, że wiele się tu zmieniło. Nie było już kolejek. Coś się działo w gospodarce.
– W Warszawie wsadzili nas do “Marriotta”, żebyśmy nie odczuli szoku po przyjeździe – opowiada dalej. – Poszedłem z żoną i synami na spacer. A w tramwaju było już bardziej prozaicznie – kieszonkowcy, tłok… Spytałem wtedy synów, jak im się tu podoba. “Tu jest jak w Disneylandzie” – stwierdzili.
Niedługo kończy mu się kontrakt i prawdopodobnie wróci do Stanów.

My tu, a Polacy tam

Zdaniem prof. Antoniego Rajkiewicza, nigdy nie da się wyeliminować w Polsce procederu nielegalnego zatrudniania się obcokrajowców. Przyniosłoby to bowiem więcej szkód niż korzyści. – Rocznie zbieramy dwa miliony ton jabłek. Kto, jak nie ci ze Wschodu, będzie to robił?
Jednak Iwan, pracownik na budowie w podwarszawskiej Falenicy, nie wierzy w takie zapewnienia. – Do Polski przyjeżdża połowa rodaków z Ukrainy. To my budujemy wam domy, drogie posesje, zakładamy ogrody i kopiemy szamba. W końcu zareagujecie. Jak przyjechałem, to byłem rzadkim okazem. Polacy odnosili się do mnie nieufnie. Wiadomo, “ruski”! Pije, gwałci i nic nie robi. Teraz wolą mnie niż bezrobotnego Polaka spod Grójca, który tylko myśli, jak wynieść wiertarkę lub worek cementu z placu.
– Intencją Ministerstwa Pracy jest nowelizacja przepisów o kontroli zatrudnienia – mówi Irena Wolińska, dyrektor departamentu pracy w MPiPS. – Kontrola musi odbywać się na szczeblu wojewódzkim. Pozwoli to uniknąć podejrzeń o korupcję wśród inspektorów. Aż żal bierze, że w kraju 3 milionów bezrobotnych jest tyle pracy, ale dla obcych. To zresztą kwadratura koła. Jakby nie było cudzoziemców chętnych do pracy, to Polacy zatrudnialiby swoich, ale też “na czarno”. A tak wolą Ukraińców.
W Polsce Iwan jest od 5 lat. W wynajmowanym pokoju (10 dolarów za tydzień) w drewnianym domku mieszka razem z Haliną. Za ścianą mieszkają młodzi Ukraińcy. Ci rwą się do każdej roboty. Iwan jest bardziej wybredny. Bierze tylko taką przynajmniej na miesiąc.
Iwan, z zawodu nauczyciel historii, ma prosty plan. – Za miesiąc chcę jechać w okolice Zielonej Góry. Będę pracować w gospodarstwie, bo właściciel wyjeżdża na saksy do Niemiec. Tak robi wielu Polaków. Da mi zaliczkę, a resztę zapłaci, jak przywiezie marki.
Przed nim jednak jeszcze długa droga do tego gospodarstwa. Musi przekonać Halinę, swoją partnerkę, żeby z nim pojechała. A ona się opiera. – Przyzwyczaiła się do dobrego. Przez 6 dni w tygodniu sprząta w mieszkaniach 6 profesorów. Średnio dostaje pięć złotych za godzinę, dodatkowo obiad – z dumą mówi Iwan. – Zebrała sobie uczoną gromadkę. Była u jednego profesora, spodobała mu się i polecił ją koledze. Jest solidna, cicha i szybka – zachwala dziewczynę.
Bywa, że Halina zarobi przez tydzień więcej od Iwana. Nawet do 1300 złotych, ale to zależy od tego, czy któryś profesor urządza przyjęcie dla znajomych. Halina jest wtedy u niego od rana. Sprząta, gotuje. Przeważnie nie wychodzi z kuchni. Nie mówi jeszcze po polsku bez ukraińskiego akcentu. No i te dwa złote zęby – znak rozpoznawczy przybysza ze Wschodu. Stara się więc nie uśmiechać, a jeśli to robi, to od razu, machinalnie zasłania usta dłonią. Do Warszawy jeździ na godzinę ósmą pociągiem. Tak, jakby była urzędniczką. Włosy upięte, spódnica, modne buty z ostatniej, stadionowej kolekcji. Tylko torba ze znaczkiem Adibas nie pasuje. W niej dresy, kapcie, dezodorant.
– Jeden z profesorów zaproponował mi pracę tylko u siebie – opowiada Halina. – Przeprowadza się pod Warszawę, do nowego domu zbudowanego m.in. przez rodaków.
Halina byłaby więc gospodynią na całego. Mogłaby wtedy poważniej myśleć o ściągnięciu rodziny. – Siostra zajęłaby moje miejsce przy sprzątaniu, a brat mógłby jechać z Iwanem – planuje.
Iwan ma bowiem ambitny plan. Poczeka na wejście Polski do Unii Europejskiej. – Może wtedy łatwiej będzie mi wyjechać do Niemiec? – zastanawia się. – To byłby prawdziwy raj.

Nie zabierają pracy Polakom
Prof. Antoni Rajkiewicz, polityk społeczny z Instytutu Polityki Społecznej:

Problem przyjazdów obcokrajowców trzeba traktować w ogólnym kontekście ruchów migracyjnych w Europie. Byłoby dziwne, gdyby nasz kraj nie był celem takiego napływu. W Polsce można wyróżnić trzy grupy pracowników. Do pierwszej należą ci, którzy przyjeżdżają tu w związku z ekspansją obcego kapitału. Oni po prostu pilnują swoich pieniędzy. Są dobrze sytuowani, świetnie zarabiają. Dochody zazwyczaj transferują za granicę. Pracują w przedsiębiorstwach ubezpieczeniowych, reklamowych, doradczych. Trudno ich dokładniej poznać, gdyż chroni ich tajemnica interesów. Ich ilość w miarę napływu kapitału obcego będzie się zwiększała. Polacy chwalą sobie pracę z cudzoziemcami. Uczą się od nich. Negatywna tendencja to tworzenie przez nich gett narodowych, specjalizacyjnych. Poza tym najczęściej popierają własne interesy.
Druga grupa to ci, którzy uzyskują zezwolenia na pracę w Polsce. Budują gazociągi, pracują w fabrykach. Większość to 600 Ukrainek, które pracują w Mysiadle, robotnicy w Daewoo oraz w Stoczni Szczecińskiej. Muszą zabiegać o zezwolenie na pracę, potem uzyskują zgodę dyrektora Powiatowego Urzędu Pracy. Procedura jest niebywale skomplikowana i długa. To odstręcza od legalizacji.
Do trzeciej grupy zaliczają się nielegalni pracownicy. Ci są niezwykle mobilni. Przyjeżdżają tam, gdzie jest praca. Pracują wydajniej od Polaków i są łatwiejsi do pozyskania. Dzięki temu możemy zebrać choćby truskawki, maliny, porzeczki. Nie zabierają pracy naszym rodakom, tylko wypełniają lukę, bo Polakom nie chce się ciężko pracować za tak niskie wynagrodzenie. Tworzą rynkową konkurencję.
Podobnie jest w Niemczech. Żyje tam 4 miliony bezrobotnych, dla których stworzono preferencje do pracy w rolnictwie. Jednak w ostatnim raporcie niemieckiego ministerstwa pracy jasno się stwierdza, że program poniósł klęskę. Na 60 skierowanych przy pracy średnio ostało się 2. Niemcy po prostu wolą Polaków.

Są potrzebni
Dariusz Stoli z Ośrodka Badań nad Emigracjami przy Instytucie Studiów Społecznych UW:

Obcokrajowcy w Polsce przeważnie pracują na dwóch biegunach wyznaczających ich pozycję społeczną. Po jednej stronie są robotnicy. Ci przeważnie pracują na czarno. Drugi biegun okupuje zachodnia kadra kierownicza. Taki układ oddaje ogólny trend na świecie. Naturalnie tych nielegalnych jest więcej. Menedżerowie to z kolei osoby, które dzisiaj są u nas, ale jutro mogą już być w Hondurasie. Wielu z nich traktuje Polskę jako kraj wielkich możliwości, w którym łatwo jest jeszcze zrobić karierę i wrócić na dobre stanowisko do siebie. W ostatnich kilku latach obserwuję jednak tendencję, żeby obcokrajowców zastępować polskimi specjalistami. Polacy są po prostu tańsi, nie trzeba im opłacać pobytu, znają lepiej realia.
W Polsce faktycznie toleruje się nielegalnych pracowników. Podobną politykę amerykańskie władze prowadziły wobec Meksykanów: główne drzwi zamknięte, ale otwarte drzwiczki boczne. Dzięki takiej polityce pracodawcy mieli tanią siłę roboczą. U nas Polacy czerpią korzyści ze wschodnich pracowników. Za dolara na godzinę żaden polski bezrobotny nie będzie kopał rowów. Fala obywateli z byłego WNP zostanie zatrzymana, gdy wprowadzimy wizy po przystąpieniu do Unii Europejskiej. Wtedy okaże się, jak bardzo byli potrzebni.

Dzięki nim się bogacimy
Krzysztof Dzierżawski z Instytutu im. Adama Smitha:

Praca jest źródłem bogactwa narodów. Praca cudzoziemców w Polsce, nawet nielegalna, przyczynia się do zamożności naszego kraju. Można tylko ubolewać, że oni nie mogą pracować u siebie. Pracy w Polsce jest w bród. Fałszywe jest twierdzenie, że “oni” zabierają pracę naszym. Owszem, można powiedzieć, że psują rynek, gdyż żądają za swoją pracę mniej. Ale dzięki temu polscy przedsiębiorcy starają się być konkurencyjni.

Wydanie: 23/2000

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy