Ponieśliśmy zwycięstwo, odnieśliśmy fiasko

Nasi politycy są napompowani manią wielkości, nabuzowani mocarstwowością z powodu nowego wielkiego brata sojusznika, z którym ramię w ramię prowadzimy okupację Iraku. Odrodziły się „Sny o potędze”. Ta dewiacja spowodowała zawrót głowy naszej politycznej klasy. „Umarła klasa” Tadeusza Kantora osiągnęłaby w Brukseli lepsze efekty niż ten męski chórek. Na własne życzenie zostaliśmy wydymani jak pewien chór męski.
Nawet mądrzy i szanowani ludzie ulegli presji patriotycznej: „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz ni dzieci nam germanił”, nie pozwolimy, by Francuz wciskał naszej dziatwie żaby i ślimaki do głodnych dziobów, a Czesi nie będą wlewali do naszych gardeł swojego piwa.
Żal mi negocjatorów, Danuty Hübner i Jana Truszczyńskiego, którzy dobrze przygotowali grunt do rozmów. Żal mi premiera w ciasnym gorsecie, na wózku, zapędzonego w kozi róg. Znosić pochwały Jana Marii Rokity to doprawdy zbyt surowa kara za grzechy. Pisałam i mówiłam, gdzie się dało, że „Nicea albo śmierć” to najgłupsze hasło, jakie ostatnio wymyślono. Tadeusz Mazowiecki i prezydent, choć delikatniej, powiedzieli to samo. Nikt by nie chciał, by autor hasła Jan popełnił seppuku, a Maria – harakiri, bo byłaby to wielka strata multimedialna. To nam nie grozi, porażka została przez oderwanych od rzeczywistości polityków przekuta w sukces. Werbalny.
Gdyby do Brukseli pojechał prezydent Kwaśniewski z profesorem Rosatim, który w mądrym artykule w „Rzeczpospolitej” pokazał, o co naprawdę chodzi naszym partnerom z Brukseli, i z Andrzejem Olechowskim, prawdopodobnie mielibyśmy w tej chwili lepszą sytuację. A tak zwyciężyliśmy inaczej. Dyplomacja nasza, nowy amalgamat patriotyczno-narodowy, śpiewała unisono, jednym głosem, w sprawie konstytucji europejskiej. Naród natomiast, przetestowany na tę okoliczność przez stosowne instytuty badawcze, okazał się znów mądrzejszy niż jego przedstawiciele. Otóż 61% społeczeństwa opowiedziało się za twardymi negocjacjami, zakończonymi jednakowoż kompromisem. To bardzo dużo, zważywszy na przekarmienie medialne jedynie słuszną opcją negocjacji „łopatą bez łeb”.
W wyniku kontrolowanego fiaska, jak elegancko nazwano porażkę, może dojść do powstania „twardego jądra”, a w tym jądrze znajdą się kraje założycielskie, którym traktat będzie zwisał jak, nie przymierzając, ten no… wiecie, co mam na myśli. Angielski ekspert twierdzi, że to fiasko, ale nie katastrofa, i że „taktyka Warszawy została bardzo źle przyjęta”. Anglicy uważają, że konstytucja jest zbędna, na wyspie obywają się bez niej, a rządzą się lepiej niż my.
Upojeni poniesionym sukcesem są nasi politycy: Rokita – autor nieszczęsnego hasła, Kaczyńscy jak jeden mąż, Giertych dziękuje Opatrzności za taki piękny gwiazdkowy prezent.
Ponieśliśmy zwycięstwo oraz odnieśliśmy fiasko. Czas zmienić sens znanych zwrotów. Prasa zachodnia nie obcyndala się, nazywa po imieniu „bezwzględny, choć skrywany nacjonalizm”, „nacjonalizm i egoizm”, który „może Polskę – dosłownie – drogo kosztować”. My, Dobrzyński zaścianek, pojechaliśmy bić się, walczyć, prowadzić wojnę i umierać za Niceę. Wzorem Breżniewa, co to walczył o pokój, póki kamień na kamieniu nie zostanie.
Tak nam dopomóż Bush.
W Iraku razem z Bushem odnieśliśmy kolejne zwycięstwo. Jest nim schwytanie Saddama Husajna. Cynk dał ktoś z rodziny, za marne 25 tys. dol. Gazety doniosły, że Saddam został wyciągnięty z dziury w ziemi, brudny, zarośnięty i zmęczony. Porównanie z Bushem ogolonym i zawsze wypoczętym, bo głównie gra w golfa w swojej posiadłości, wypadło na niekorzyść brudasa. Zaraz też służby specjalne ogoliły go i ostrzygły mu brodę. Wydaje się, że oprócz fryzjerskiego jest to także wielki sukces stomatologiczny, gdyż telewizyjna teledelirka oraz liczne gazety „lub czasopisma” pokazały nam pokonanego tyrana na fotelu dentystycznym. Obok ziemianki stoi domek, w którym przebywał Husajn. Na podłodze leżały dwa batoniki Mars. Darmowa reklama! Jeśli satrapa odżywiał się mordoklejkami, to nic dziwnego, że bolały go zęby, stąd pewnie musiał oddać się w ręce dentysty. Bez znieczulenia.
Zawsze należy cieszyć się z obalenia tyrana, dlaczego jednak najpierw się go hodowało, pasło bronią jak brojlera przed świętami, a po 15 latach od dokonania ludobójstwa interweniuje się ze świętym oburzeniem? I jeszcze jedno, czy radość z powodu pojmania Husajna zwiększy sympatię dla Amerykanów i do nas? Czy teraz skończą się zamachy? Wybitny znawca tematu, arabista profesor Marek Dziekan, uważa pojmanie dyktatora za sukces radiowo-telewizyjny, zaś wprowadzenie irackiej demokracji rozśmiesza go do łez. Prawa koranicznego nie można zmieniać, więc obcięcie ręki zgodne jest w Iraku z boskimi prawami człowieka. Generał Koziej uważa, że teraz do głosu dojdą terroryści, spodziewa się wzmożenia ataków. Potem może będzie lepiej. Trudno przewidzieć.
Miejmy nadzieję – nadzieja to towar, który nic nie kosztuje – że nadejdzie niebawem czas wycofania naszych wojsk z Iraku i że na ich miejsce wejdą firmy, by odbudować zniszczony kraj.
Czy nie powinniśmy być bardziej z Europą? Czy rządu nie zaniepokoiły wybory w Rosji i zwycięstwo nacjonalistów? Czy naprawdę trzeba walczyć o prawo weta, by rozpirzyć Unię? To tylko kilka pytań pod choinkę. Zamiast krzyczeć: „Weto!”, lepiej zawołać: „Hajże na Soplicę!”, odbić butelkę transparentnej cieczy i wznieść toast za nasze zdrowie psychofizyczne, za pomyślność Polski w Zjednoczonej Europie!

 

Wydanie: 52/2003-1/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy