Pod Trumpem świat zaczyna formalnie kończyć epokę zwaną powojniem. Prawo międzynarodowe jest już omijane, lekceważone – staje się jako pył marny. Próba oparcia konstrukcji porządku i pokoju globalnego na Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka pachnie agonią. To nie stało się w ostatnim czasie i nie jest dziełem jednego Trumpa. Jak każdy rozkład jest procesem trwającym dekady, choć tempo rozpadu się zmienia. Teraz nastąpiło przyśpieszenie, wielkimi krokami nadchodzi nieuchronna śmierć porządku wyłonionego po hekatombach XX w. Zostają słowa i pojęcia pozbawione rzeczywistego sensu i sprawczości. Pozostają instytucje coraz słabsze i anemiczne. „Sprawiedliwość” pozbawiona jest mocy i kategoryczności. Ludobójstwo w Gazie przypomina nam o tym każdego dnia. Ale wcześniej zawsze już coś było: Wietnam, Chile, Argentyna, później Afganistan i Irak. Ryba „narodów zjednoczonych” psuła się rzecz jasna od głowy, czyli USA. USA, które dzisiaj na rozkaz Trumpa wycofują się z uczestnictwa i członkostwa w 66 organizacjach międzynarodowych – w tym 31 wchodzących w skład ONZ. Zapewne najistotniejsze jest wycofanie się Amerykanów z Ramowej konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (UNFCCC).
Za te decyzje narcystycznego pomarańczowego ignoranta świat zapłaci ogromną cenę. Jak to „tłumaczą”? Biały Dom stwierdził, że organizacje te działają „wbrew narodowym interesom USA”, promując „radykalną politykę klimatyczną, globalne zarządzanie i programy ideologiczne, które są sprzeczne z suwerennością i siłą gospodarczą USA lub zajmują się ważnymi kwestiami w sposób nieefektywny lub nieskuteczny”. Pustosłowie godne zawartości czaszki półanalfabety,







