Powrót analfabetyzmu

Powrót analfabetyzmu

Kto nauczy pisać i czytać Zuzie i Antosiów? Zdalna nauka w obecnej formie oznacza cofnięcie się w edukacji

Zuzia i Antoś rano logują się na lekcje. Ich inicjały świecą na ekranie komputera. Nauczyciel wmawia sobie, że jest OK. Samotny pijący ojciec czy matka zdążyli przez rok się nauczyć, że jak dzieci się nie zalogują, znowu zainteresuje się nimi opieka społeczna i trafią do rodziny zastępczej lub do domu dziecka. Nie będzie 500+. Już tak się zdarzało w przeszłości, ale dostali od systemu kolejną szansę. Do takiej tragedii dopuścić nie można, żeby przelewu zabrakło. Tak więc Zuzia i Antoś są głodni, robią, co chcą. Ale… świecą się. A to, że nigdy nie zgłaszają się do odpowiedzi, to nic, w szkole też się nie zgłaszali. Nauczyciel widzi inicjały i zagłusza ewentualne wyrzuty sumienia. Tłumaczy sobie: nic więcej przecież zrobić nie mogę.

Niewielkie miasto w województwie pomorskim okolone wsiami. Szkoła podstawowa ma 700 uczniów, z czego ok. 10% zniknęłoby z systemu, gdyby nie starania kadry pedagogicznej. To ogrom dzieci. Dyrekcja korzysta z możliwości, jakie daje rozporządzenie o nauce zdalnej (z powodu braku warunków do nauki w domu należy zorganizować miejsce w szkole). Jak w niektórych szkołach prywatnych prowadzonych przez organizacje nadużywające tej furtki 100% dzieci uczy się stacjonarnie, tak w tym sennym miasteczku 50-60 dzieci uczy się na terenie szkoły. Bo? Nie mają w domu choćby minimum bezpieczeństwa. Nie mogą nawet wysłuchać zdalnej lekcji. 15-20% tych chodzących do szkoły mieszka w okolicznych wsiach. Miejskie dzieci w większości zaś wywodzą się z rodzin żyjących ze świadczenia 500+, które bynajmniej nie jest przeznaczane na edukację. Inna grupa pochodzi z rodzin wielodzietnych. Pięcioro, sześcioro, dwa pokoje – nie ma szans na naukę online, choć rodzice bardzo się starają. Do tego dzieci z rodzin wędrujących: jak szkoła zaczyna za bardzo się interesować ich sytuacją, cyk, zmiana placówki. I tak to się toczy.

Tymczasem z danych UNESCO wynika, że młodzi Polacy uczą się zdalnie już ponad 35 tygodni. Jesteśmy w europejskiej czołówce. Dłużej poza szkołą przebywali tylko uczniowie z Macedonii (43 tygodnie), Bośni i Hercegowiny (38 tygodni), Słowacji (37 tygodni) i Łotwy (36 tygodni).

Zepsute jak szkolne laptopy

Z początku dyrektor myślał, że jak rozda komputery szkolne, problem z logowaniem się na zajęcia zniknie. Był w błędzie. Sprzęt służył do gier, polegiwał w kącie, a wracał uszkodzony. Teraz więc dyrektor ściąga Zuzie i Antosiów do szkoły. To duży budynek, dzieci mogą być bezpiecznie rozlokowane. Przynajmniej zjadają obiad. A i matce to dobrze robi, bo musi jakoś z rana ogarnąć dzieciaki, ubrać je, dać coś zjeść. W twardym lockdownie niestety obiadu nie zjedzą. Wrócą do beznadziejnej codzienności.

– Dotarliśmy do tych uczniów przez pedagogów, którzy albo sami są kuratorami, albo ściśle z kuratorami współpracują. Tylko że rodziny nie boją się ani psychologa, ani pedagoga. Dopiero jak uruchomimy opiekę społeczną lub ruszymy sprawę przez sąd rodzinny, coś drgnie – opowiada dyrektor.

W pandemii szkoły do takich środków uciekają się rzadziej. Tyle że jeśli same z siebie nie zaczną szukać dróg do tych uczniów, oni znikną kompletnie. Na lekcji online panuje spokój, depresji przez internet nie widać. Głodu też nie. Zuzia i Antoś już zapomnieli, jak się czyta i pisze, nawet jeśli w trzeciej klasie umieli jako tako dukać. W ich wieku najważniejsze jest ćwiczenie danej umiejętności. Nie ćwiczą, więc zapomnieli także, jak się liczy do 20. Rodzic im nie pomoże, bo sam ledwo co czytać, pisać i liczyć potrafi. Chyba że chodzi o wyciąganie zasiłków, to wtedy intelekt skacze na najwyższe rejestry.

– A na drugim biegunie są rodzice słuchający z dzieckiem lekcji, robiący z nim zadania i pompujący pieniądze w korepetycje od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Z perspektywy mojego miasta wyraźnie widzę tę linię podziału społecznego. Bo nawet jeśli Zuzi i Antosiowi oferujemy dobre warunki do nauki, oni oraz ich rodzice nie patrzą na nas przychylnie. Musimy się uciekać do straszenia opieką społeczną. Dzwonimy, mówimy, na którą konkretnie godzinę dziecko ma przyjść do szkoły. Starsi uczniowie łączą się z klasą, z młodszymi pracujemy indywidualnie. Panie ze świetlicy w większości ukończyły nauczanie początkowe, więc dowiadują się od wychowawcy, co robić z dziećmi, i realizują materiał – mówi dyrektor.

W małej szkole, która liczy 200 uczniów, w wiosce popegeerowskiej w Zachodniopomorskiem, dzieci  znikające z systemu uczą się w bibliotece szkolnej, średnio 15-16 osób. Nie wszystkie jednak udało się wyłapać. Poza tym nie ma warunków, by większej grupie zapewnić bezpieczeństwo epidemiczne. – Nie do wszystkich udało się dotrzeć, nie wszystkie chcą tu być – tłumaczy ze smutkiem dyrektorka. – Tak zupełnie szczerze? – zawiesza się. – W tej chwili ok. 40% uczniów powinno być tu z nami. Te 40% to już analfabeci! Nie robią nic. Albo robią tyle co nic. A to trwa już rok. Kiedy ósme klasy zaczęły się pojawiać na konsultacjach, nauczyciele zaczynali od… pisania i czytania, od elementarnych rzeczy!

Dlaczego dzieci nie chcą być w szkole? Bo, po pierwsze, matka musi znaleźć książki i zeszyty leżące w nieładzie nie wiadomo gdzie, po drugie, trzeba ogarnąć dziecko przed posłaniem do szkoły. Samą siebie ogarnąć i zmobilizować też. A po co? Czwarte klasy z tej popegeerowskiej wioski, mimo że zajęcia online są regularnie i ciekawie prowadzone, nic nie umieją.

– Naprawdę nie jest dobrze – wzdycha dyrektorka. W tej szkole podobnie jak na Pomorzu to pedagodzy i nauczyciele wyłapują znikające dzieci. Diagnozują problem i kierują na naukę online w szkole. Dzwonią albo jeżdżą do rodzin własnymi samochodami. Mimo pandemii. O dzieci walczy też gminny zespół interdyscyplinarny. Wszyscy szybko się zorientowali, że nie ma sensu dawanie sprzętu szkolnego. Znów podobieństwo do sytuacji z Pomorza.

Z kolei Warszawa, praska strona Wisły, gdzie mieszka sporo rodzin dysfunkcyjnych. Telefony do kilku podstawówek.

– Nie, no, u nas wszystko OK, problemu nie ma. Dopiero co robiliśmy ankietę dla Biura Edukacji. Nikt nie znika. Pani zadzwoni do szkoły większej, tam może być problem.

Dzwonię. Ależ skąd. Też nie ma problemu i wszystko pod kontrolą. Wszystko? Skąd wiecie, że za świecącą ikonką odbywa się jakakolwiek praca? Milczenie. Tego nikt nie bada. Po co? Dalej utrzymujmy tę e-fikcję.

W szkołach prowadzonych przez miasto badanie odbyło się w listopadzie 2020 r. Wtedy mimo podjętych działań szkoły utraciły kontakt z 209 uczniami. Z kolei w lutym 2021 r. – ze 167. Te liczby z Excela pokazują jedynie dzieci nielogujące się zupełnie. W tabelkach nie widać dramatów Zuź i Antosiów.

Przynajmniej czytać umieli

„My w tej chwili produkujemy biedę i niedouczone pokolenie. Wiadomo, że u nas po podstawówce połowa tych dzieciaków nigdzie dalej nie poszła. Ale przynajmniej umiała czytać i pisać. Naprawdę nie wiem, co się dzieje z moimi uczniami. To przerażające. Brałam samochód i z mężem i synem jeździłam i szukałam dzieci. Do części tych domów bez kija bejsbolowego nawet wejść się nie da! Poza tym nie mam żadnych uprawnień, żeby to sprawdzać. Informowaliśmy policję, a oni rozkładają ręce. Nie ma komputera, nie ma netu, światło wyłączyli, to co mają zrobić? Matka z trudem zdanie po polsku składa, a ja jej dzieciakowi mam tłumaczyć przydawki… Przez internet, którego nie ma”, żali się jednej z aktywnych facebookowiczek nauczycielka z małej szkoły na ścianie wschodniej, bliżej Rzeszowa. Chodzą tam dzieci biedne. Rodziny są wielodzietne, dzieją się różne historie: bicie, znęcanie się. Część rodzin żyje z niewielkich, kilkuhektarowych gospodarstw. Mają po dwie świnie, kury, krowę, sadzą ziemniaki, babcia ma rentę. Gospodarstwa są przeważnie zadłużone, matki co roku rodzą kolejne dziecko.

„Dopóki ta dzieciarnia chodziła do szkoły, a rodzice mieli nad głową bat w postaci nierealizowania obowiązku szkolnego, dopóty była nad nimi jakaś kontrola. Teraz dzieci zaczynają znikać, nikt nie wie, co się z nimi dzieje. Jak przyszedł czas sadzenia ziemniaków, połowy klasy nie było, ale była nad tym jakaś kontrola. Obietnice rządu – darmowy internet, darmowe tablety – oczywiście diabli wzięli. Na jedną rodzinę jest jeden telefon z minimalnym abonamentem. Korzystając z niego, mamusia żali się na cenę abonamentu na forum dla matek. Z jednej z klas wyparowała trójka, z innej… szóstka. To są ogromne liczby! Nauczyciele nie odpuścili i zaczęli jeździć po tych przysiółkach rozsianych gdzieś po polach i lasach, ale nie mają żadnej siły sprawczej. Mogą najwyżej matce pogrozić paluszkiem, a ona ma ich generalnie gdzieś. Mówi, że nie ma tabletu/kompa/telefonu, a na net jej nie stać”.

To z relacji facebookowiczki. Pod jej postem komentarze: „Mój syn ma 16 lat i chodzi do technikum leśnego. Od ponad roku nie był w szkole. Dzień takiego zwykłego dzieciaka – oczywiście skomputeryzowanego – wygląda tak: gdzieś do godz. 15 udaje, że się uczy. Najczęściej gra w jakieś gry – a jest uczniem najlepszego tego typu technikum w Polsce – i ryje ze śmiechu z kolegami. Kiedy wrzeszczę do niego przez drzwi, słysząc przekleństwa rzucane przez net, z pytaniem, czy ma lekcje, nieodmiennie słyszę: oczywiście tak, właśnie się uczę. Ci smarkacze przestawili się na zupełnie inny tryb. Robią nas, jak chcą. Siedzą we własnej chacie, niczego im nie brakuje. Obiad podany, chodzimy wokół nich na paluszkach, bo mają te cholerne e-lekcje. Ja synowi nawet kawę robiłam, dopóki nie połapałam się, o co w tej imprezie chodzi. Pod moim blokiem widzę stada dzieciaków latających z kolegami. Nie wyglądają na załamane psychicznie. Za to mają mamusie za plecami, które odwalają za nie lekcje. Mój syn też próbował mnie wstawić w jakieś dzikie imprezy, ale albo pracuje sam, albo będzie kopał rowy melioracyjne. Po 15 obiad i napierdzielanie w gry już bez żenady do 1-2 w nocy”.

Inna matka pisze: „Maluchy mają problem z czytaniem i pisaniem, owszem. A starsi? Przecież oni od dawna nic nie robią”.

Zsuwamy się w pustkę

Sławomir Wittkowicz, przewodniczący Wolnego Związku Zawodowego „Forum-Oświata”, członek prezydium Forum Związków Zawodowych: – Katastrofa edukacyjna wisi w powietrzu. I nie chodzi tu tylko o nieodpowiedzialność rodziców, że dzieci są niedopilnowane, pozostawione bez opieki z wyłączoną kamerą i mikrofonem. Do tego dochodzą rodzice albo skrajnie roszczeniowi, albo niewymagający nic od dzieci, hodujący, a nie wychowujący, albo patologiczni. Ministerstwo obchodzi problem, cedując go na dyrekcje. Te zaś problem ukrywają. Dyrektorom niekoniecznie zgłoszą go nauczyciele, bo to zostanie odebrane jako komunikat: ten sobie nie radzi z klasą. Taki obrót spraw jest ze stratą dla wszystkich dzieci, które nie były nauczone samodzielnej pracy. Siedzą w piżamie, czasem wywołane coś bąkną, by dać świadectwo, że są aktywne. Bezrefleksyjnie zsuwamy się w pustkę. Ministerstwo nie ma pomysłu, co dalej z edukacją w pandemii. Odpowiedzialność zrzuciło na dyrektorów. Najlepiej dziś być wizytatorem z kuratorium, który wytknie błędy. Najłatwiej powiedzieć, że nie radzą sobie dyrektorzy i nauczyciele. Nikt nie szuka rozwiązań, nie ma konsultacji ze środowiskiem edukacyjnym. Te wszystkie zjawiska były w szkołach od lat. Ale nauka zdalna je obnażyła. Przy kontakcie bezpośrednim można było wiele spraw niwelować.

Przemysław Sadura, doktor habilitowany nauk społecznych z Wydziału Socjologii UW, zajmujący się m.in. nierównościami w systemie edukacji, podkreśla, że podstawą działań resortu edukacji powinno być budowanie dobrego programu psychologicznego dla uczniów powracających do szkół po nauce zdalnej.

– Gdy w Wielkiej Brytanii trwa dyskusja, jak unikać słów: opóźnienia edukacyjne, luki w wiedzy, u nas wrzuca się trudniejszą, nową formułę matury od roku 2023 oraz czwartą część egzaminu ósmoklasisty – zwraca uwagę Sadura. – To świadczy o kompletnym braku empatii rządzących, odklejeniu się od rzeczywistości. Bo tu chodzi nie tylko o nierówności w poziomie wiedzy uczniów, ale i o zajęcia dodatkowe, sport, to wszystko, do czego w tej chwili mają dostęp jedynie dzieci z bogatych domów. Tak samo jak mają dostęp do dobrej opieki psychologicznej. Na naszych oczach tworzą się niesamowite podziały klasowe. Są rodzice zamożni, którym jednak brakuje kapitału emocjonalnego, żeby zrozumieć, że bycie z rówieśnikami, aktywność fizyczna są w wieku dorastania najważniejsze. Czasami rodziców fizycznie nie ma w domu. Tymczasem emocje nastolatków są mocno rozhuśtane. Widzą brak pieniędzy, boją się egzaminów, doskwiera im brak kontaktu z rówieśnikami. Na razie wszyscy koncentrują się na upadającym systemie ochrony zdrowia, na wysokiej śmiertelności. Gdy jednak ten problem nieco zostanie opanowany, dopiero szeroko otworzą się oczy społeczeństwu na problemy edukacyjne. W znanych mi szkołach podstawowych wielu drugoklasistów po półrocznej przerwie w nauczaniu stacjonarnym wróciło do szkół, nie umiejąc pisać i czytać. Jakby ten semestr nauki zdalnej nie istniał. Nauczyciele muszą pracować online z tymi, którzy dzięki wsparciu rodziców poszli do przodu, i z tymi, którzy nie nauczyli się niczego. Współczuję.

Przemysław Sadura za ministra Dariusza Piontkowskiego proponował resortowi edukacji współpracę. Wiosną ub.r. stworzył na UW zespół, by zbierać i analizować dane o nierównościach w edukacji zdalnej, m.in. analizować dane z e-podręczników. Ponad dwa miesiące bezskutecznie prosił MEN o dostęp do danych. Całą sytuację nazwał komedią. Zespół nie pracuje.

Sprawy nie tknął również minister Przemysław Czarnek. Poproszony o statystykę znikania resort edukacji nie przysłał jej. Znaczy, że nadal nie jest zainteresowany gromadzeniem kłopotliwych danych. I to tyle, jeśli chodzi o problem znikania dzieci z systemu. Lepiej nadal grzebać w podręcznikach i szukać światła Ewangelii oraz twierdzić, że zwierzęta praw nie mają, bo istnieje prawo boskie.

b.igielska@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Tadeusz Koniarz/Reporter

Wydanie: 16/2021

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. Patka
    Patka 17 kwietnia, 2021, 14:44

    Śmiechu warty ten artykuł jestem po uczelni wyższej i nie mam pracy muszę żyć z zasiłku. Osoby które ledwo ukończyły szkole podstawowa zarabiają za granicą i żyją na poziomie

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy