Pożegnanie z Donaldem

Pożegnanie z Donaldem

PO-lityka po polsku, czyli wojna pod dywanem

Miało być płynne przekazanie władzy, a mamy wojnę partyzancką. W Platformie Obywatelskiej. Oto więc ostatnie meldunki.
Po pierwsze, Donald Tusk zmienia emploi. Przez kilka ostatnich tygodni przewidywano, że będzie rządził z tylnego siedzenia, a Ewa Kopacz będzie figurantką. Dziś wiadomo, że Tuskowi przypadła inna rola niż bycie pasażerem luksusowego auta, staje się szanowanym emigrantem, oczywiście oklaskiwanym, ale mającym ograniczony wpływ na wydarzenia krajowe.
Co ciekawe, Tusk wydaje się takim obrotem spraw absolutnie zaskoczony.
Były premier jeszcze tydzień przed zaprzysiężeniem rządu Ewy Kopacz mówił swoim współpracownikom, że plan jest prosty – Schetyna zostaje wypchnięty na margines, a jego grupa ostatecznie rozbita. Z jednej strony, zamierzano więc wycinać jego ludzi z list wyborczych, jak miało to miejsce chociażby na Dolnym Śląsku. Z drugiej, wyciągać co bardziej znanych współpracowników – m.in. Rafałowi Grupińskiemu proponowano stanowisko ministra kultury.
Tymczasem w ciągu paru dni sytuacja diametralnie się zmieniła. Grzegorz Schetyna został szefem MSZ, a jego bliski współpracownik Andrzej Halicki – ministrem administracji i cyfryzacji, czyli ma pod sobą i wojewodów, i pieniądze.

Wnioski z „Makbeta”

Co więcej, jak twierdzą posłowie PO, Ewa Kopacz nie powiedziała Tuskowi o tym, że bierze Schetynę do rządu. Były premier, gdy o tym się dowiedział, wpadł w szał. Co myśli o Ewie Kopacz, mogliśmy się przekonać podczas uroczystego otwarcia Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego, w którym Donald Tusk uczestniczył. Przyszły przewodniczący Rady Europejskiej co najmniej dwukrotnie wbijał następczyni złośliwe szpile.
Po pierwsze, dał się nagrać, pozornie niechcący, telewizji TVN, gdy mówił, że Ewa Kopacz była załamana swoją prezentacją nowego rządu, bo pomyliła funkcję jednej z pań. Przekaz tej informacji był prosty – nowa premier nie panuje nad nerwami, nie radzi sobie, Tusk traktuje ją protekcjonalnie.
Druga szpila była równie bolesna. Tusk w krótkim wystąpieniu mówił, że bohaterem wieczoru jest Szekspir. I że wszystko, co napisano w „Hamlecie” i „Makbecie”, co dotyczy władzy, polityki, namiętności, „jest najszczerszą z prawd”. Po czym dołożył, że „dzisiaj szczególnie ma potrzebę postudiowania głębiej »Makbeta«, ze szczególnym uwzględnieniem roli Lady Makbet”. Czyżby poczuł się zdradzonym królem Dunkanem?
Kropką nad i była krótka informacja, że Platforma odwołała planowaną na czwartek wielką konwencję wyborczą, w której mieli uczestniczyć i Ewa Kopacz, i Donald Tusk. Oficjalnie z powodu napiętego terminarza pani premier.

Tusk daleko, Komorowski blisko

Cóż takiego się stało, że Ewa Kopacz dokonała nagłej wolty? Wiele się zmieniło po spotkaniach pani premier z prezydentem Komorowskim. Jak tłumaczył jeden z polityków PO, pomogły jej one w uświadomieniu sobie nowej sytuacji – że Donald Tusk będzie w Brukseli, za to Bronisław Komorowski i Grzegorz Schetyna w Warszawie.
Efekt tych rozmów to zaskakujący (także dla Donalda Tuska) skład rządu. Ważne też były słowa, które przy tej okazji padły. Otóż Ewa Kopacz otwarcie stwierdziła, że jednym z głównych celów rządu jest „spajanie Platformy Obywatelskiej”. Czyli wszystkie ręce na pokład.
Wiele mówiące było również przemówienie, które pani premier wygłosiła po zaprzysiężeniu. „Panie prezydencie, gwarantuję panu ciężką i solidną pracę”, zapowiedziała, w sposób oczywisty poddając się autorytetowi prezydenta.
Bronisław Komorowski odwdzięczył się jej w inny sposób, słowami szefowej swojego biura prasowego: „Pan prezydent jest zaniepokojony tym, że zanim przedstawiono skład nowego rządu, już pojawiły się słowa krytyki. Prezydent apeluje do wszystkich sił politycznych, aby dały rządowi 100 dni spokoju”.
Dziennikarze jeszcze nie skończyli komentować tych słów, gdy Grzegorz Schetyna udzielił wywiadu „Gazecie Wrocławskiej”. Postulował w tej rozmowie „restart” dolnośląskiej Platformy. Czyli korektę lokalnych list wyborczych, a dokładniej wyrzucenie z nich tuskowców i wpisanie schetynowców. Zasugerował też, że jeśli poprawki nie nastąpią w regionie, dokonać ich może zarząd krajowy partii.
To istotne słowa – termin zgłaszania list wyborczych upływa bowiem 7 października, a Donald Tusk przewodniczącym PO będzie do konwencji Platformy, która odbędzie się 8 lub 9 listopada. Czyżby Schetyna przewidywał, że zarząd PO przegłosuje swojego przewodniczącego?

Schetynowcy górą

Podobne pomruki zaczęły dobiegać ze strony ministra administracji i cyfryzacji. Andrzej Halicki w rozmowie z radiową Trójką zapowiedział przegląd wojewodów. I dodał, że za półtora miesiąca podejmie odpowiednie decyzje. Ten przegląd to realna groźba, w PO już dziś wymienia się nazwiska wojewodów, którzy mogą się pakować. Schetynowcy mają też kolejny sukces – wicemarszałkiem Sejmu została Elżbieta Radziszewska, osoba o poglądach przykościelnych, a przy okazji otwarty przeciwnik Cezarego Grabarczyka, szefa protuskowej „spółdzielni”.
Donald Tusk nie zdążył jeszcze wyjechać, a już Platforma pogrążyła się w boju o schedę po nim. Ewa Kopacz szuka równowagi między frakcjami, przy czym na razie wygląda to na wypychanie i dyscyplinowanie ludzi Tuska. Bronisław Komorowski próbuje rozdawać karty i przedstawiać się jako patron rządu. Grzegorz Schetyna odbudowuje swoją frakcję, zapowiadając srogi rewanż. Cezary Grabarczyk konsoliduje „spółdzielnię”. Jest jeszcze Radosław Sikorski, outsider, który marzy o odbudowaniu się na pozycji marszałka Sejmu.
Jest więc co najmniej pięciu kandydatów do tronu, a wygrany może być tylko jeden.

Wydanie: 40/2014

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy