Prawda nas wyzwala

Prawda nas wyzwala

Wkrótce po zawieszeniu stanu wojennego, a może to było w roku 1983, jeden z partyjnych prominentów na Uniwersytecie Jagiellońskim zaproponował mi, abym został pierwszym sekretarzem partii na uniwersytecie. Jest to stanowisko nomenklaturowe – dodał – ale załatwimy rzecz w wyższych instancjach. Wiesz, jaka jest sytuacja, trzeba wybrać kogoś, kto będzie osłaniał „Solidarność”. Na zewnątrz zdziwiłem się, a w środku chciało mi się śmiać. Ja bardzo nie lubię urzędować i „działać”, a gdy już muszę kierować czymkolwiek, popadam w skrajne znudzenie. Bardzo sobie chwaliłem karę wymierzoną mi kiedyś przez Centralną Komisję Kontroli Partii zakazującą pełnienia funkcji kierowniczych. Jednak nie kontrast między moją naturą a proponowaną rolą mnie rozśmieszał. Rozweselające było, że sekretarz partii miał osłaniać „Solidarność”, na co też nie miałem zbyt wielkiej ochoty. Nawiasem, zabijcie mnie, nie pamiętam, czy byłem członkiem „Solidarności”. Między osłanianym a osłaniającym zachodzi taki stosunek, że ten drugi jest jeśli nie silniejszy, to w lepszym położeniu. Tymczasem dla mnie było oczywiste, że na UJ w lepszym położeniu i silniejsza jest „Solidarność”. I to pod wieloma względami. Miała więcej zwolenników, więcej środków oddziaływania, więcej pieniędzy i więcej możliwości nagradzania. Wbrew woli „Solidarności” nie można było wybrać rektora, dziekana, delegata do senatu i miała tu i ówdzie wpływ na wybór partyjnych sekretarzy. Weto partii było znacznie słabsze niż weto „Solidarności”. Przynależność do PZPR już od końca lat 70. nie ułatwiała awansów, a poparcie „Solidarności” w latach 80. ułatwiało. Gdy „Solidarność” chciała obwieścić krajowi, że ktoś został zatrzymany, zrewidowany czy uderzony pałką milicyjną, Leszek Maleszka dzwonił natychmiast do Kuronia, Kuroń do Wolnej Europy i następnego dnia mieliśmy o jednego bohatera więcej. Partia miała do dyspozycji tylko media ocenzurowane i niewiarygodne, w których być pochwalonym przynosiło większą szkodę niż dawniej zostać ukaranym przez centralną komisję. „Solidarność” była postrzegana jako siła przyszłościowa, partia jako byt wycieńczony, którego dni są policzone. Zasadę rotacji pracowników naukowych (usuwanie tych, co nie spełniali warunków merytorycznych) na niektórych wydziałach de facto zawieszono, na innych zliberalizowano, żeby przypadkiem nie musieć zwolnić kogoś z „Solidarności”. Partyjni chodzili smutni i zawstydzeni, solidarnościowi gniewni, zadowoleni z siebie i pełni najlepszych nadziei. W kraju stosunek sił był inny, ale na Uniwersytecie Jagiellońskim właśnie taki. I jak tu było nie śmiać się w duchu, gdy do roli sekretarza partii dodano osłanianie „Solidarności”.
Przypomniało mi się to wszystko i wiele innych szczegółów w związku z głośną na całą Polskę aferą lustracyjną na Uniwersytecie Jagiellońskim. Donos opublikowany w gazecie specjalizującej się w takich doniesieniach pobudził do energicznego działania rektora, kolegia rektorskie i dziennikarskie, niektóre rady wydziału, a wkrótce ma nad tym obradować senat uniwersytetu. Co zrobić z profesorami, których niedoszła posłanka LPR pomówiła o to, że byli współpracownikami nieistniejącej od 15 lat służby bezpieczeństwa? Że coś koniecznie trzeba zrobić, co do tego rektor UJ nie ma żadnej wątpliwości. („Zareagowanie na publikację w „Gazecie Polskiej” uważam za rektorski obowiązek” – oświadcza). Awanse, wszelkie zaszczytne nagrody zależą od osiągnięć naukowych. Niech się jednak taki wysoko nagradzany uczony znajdzie na liście agentów, okaże się, że cały jego dorobek nic nie znaczy. Oto akademicka hierarchia wartości dzisiaj, widziana od podszewki, potwierdzana przez rektorów, dziekanów, ich doradców. Jeżeli któryś z polskich uczonych otrzyma Nagrodę Nobla (a o paru się mówi), to jeszcze nie da mu pewnej pozycji na polskim uniwersytecie: archiwista w IPN może upublicznić papier, który zepchnie noblistę na margines społeczeństwa. Postawi go w stan wiecznego podejrzenia, jak zrobiono z Wałęsą, laureatem Nobla, nawiasem mówiąc.
Nieodczuwający żadnego oporu, nienapotykający na żadną opozycję ludzie „Solidarności”, mający w swoich rękach najważniejsze instrumenty władzy i wpływu, nasilają kampanie zemsty nie wiadomo za co. Oficjalnie to się nazywa szukaniem prawdy, która nas wyzwoli, czy jakoś podobnie. Wykrywanie agentów czy rzekomych agentów ma teoretycznie tę samą rangę co odkrycia naukowe, a faktycznie wyższą. Oświadcza rektor w związku z donosem działaczki LPR: „Mówimy, iż pracownicy uniwersytetu winni poszukiwać prawdy i ją odkrywać. Moim zdaniem również taką, która jest bolesna i nieprzyjemna”. Trudno dyskutować z uczonymi, którzy nie mają własnego zdania. Politycy i księża narzucili im swoją hierarchię problemów i swoje pojęcia. Zadziwiające, jak głęboko w umysły akademickie wniknął wpływ politycznej propagandy. Takiego zniewolenia umysłów (umysłów, mówię, a nie czynów) w PRL w środowisku akademickim za mojej pamięci jednak nie było. Profesorowie powinni zadać sobie pytanie: co robimy z autonomią uniwersytetu, którą poprzednie pokolenie wywalczyło? A raczej wypracowało, bo walka przychodzi przeważnie na gotowe.

 

 

Wydanie: 50/2005

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy