Prawdziwy Europejczyk

Prawdziwy Europejczyk

Dobrego człowieka trzeba kształtować już w przedszkolu, nie mówiąc o tym, że w podstawówce

Józef Hen – Rocznik 1923 r., warszawianin. Pisarz, dramaturg, scenarzysta. Już jako dziecko pisał do „Małego Przeglądu” Janusza Korczaka. Zadebiutował w 1947 r. książką „Kijów, Taszkient, Berlin”. Autor powieści o tematyce wojennej (m.in. „Kwiecień”, „Nikt nie woła”,  historycznej (m.in. „Crimen”, „Królewskie sny”), współczesnej („Mgiełka”, „Milczące między nami”, „Odejście Afrodyty”, „Pingpongista”) i opowiadań (m.in. „Szóste, najmłodsze”). Jest też autorem bestsellerowych beletryzowanych biografii: „Mój przyjaciel król. Opowieść o Stanisławie Auguście”, „Ja, Michał z Montaigne” i „Błazen – wielki mąż” o Tadeuszu Boyu-Żeleńskim. Wydał wspomnienia „Nowolipie” i „Najpiękniejsze lata”, a także dzienniki „Nie boję się bezsennych nocy…”, „Dziennik na nowy wiek” i „Dziennika ciąg dalszy”. W dorobku ma również wiele scenariuszy filmowych, m.in. „Krzyż Walecznych”, „Nikt nie woła”, „Prawo i pięść”, „Don Gabriel”, oraz seriali: „Życie Kamila Kuranta” i „Królewskie sny”. Kilka jego tekstów zostało sfilmowanych, m.in. „Crimen”, „Nikt nie woła”, „Prawo i pięść”. Jego prozę tłumaczono na 21 języków. W 2009 r. otrzymał Nagrodę Literacką m.st. Warszawy, a ostatnio nagrodę miesięcznika „Odra”.

W kolejnym, niedawno wydanym tomie autobiograficznych zapisków „Dziennika ciąg dalszy” pisze pan: „Ja, człowiek ubiegłego stulecia, mam kłopoty z dzisiejszym życiem”. Kontekstem jest rozwój techniki, komputeryzacja. A co „człowiekowi ubiegłego stulecia” sprawia dzisiaj problem nietechniczny?
– Przeglądałem ostatnio swój „Dziennik na nowy wiek” i nie ma już ludzi, których opisywałem jako swoich kolegów: Kapuścińskiego, Konwickiego, Różewicza, Sity, przeróżnych… Nie ma ich. Odchodzi mój świat. Kilka tygodni temu przeczytałem, że zmarła o pół roku starsza ode mnie Emilia Witwicka, znakomita tłumaczka z czeskiego. Umiała mnie czytać. Mało który recenzent zdaje sobie sprawę, że trzeba umieć czytać danego autora. Bo nie każda książka jest dla każdego – nie dlatego, że jest np. trudna, ale że sposób myślenia autora może być czytelnikowi obcy. Nie mogę narzekać, mam wspaniałych czytelników, tylko jest ich za mało, żeby mnie utrzymać (śmiech).
W „Dzienniku…” opisuje pan swoją podróż pociągiem. W przedziale nikt z nikim nie rozmawia. Ludzie wyjmują laptopy, smartfony, komórki. „Polska staje się niesympatyczna”, podsumowuje pan. Na czym to jeszcze polega?
– Choćby pokazywane latem w telewizji parawany na plażach. To powinno być zabronione. Ludzie się tak szczelnie grodzą, że nie można dojść do morza. O czymś to świadczy: „Ja jestem lepszy, zdążyłem. Nie obchodzi mnie, co będzie z tobą!”. Tego nie ma w Europie. Tam zawsze jest społeczne działanie. Zwróciłem na to uwagę już dawniej, gdy nie było parawanów, ale robiono grajdołki. Pisałem o tym w „Nie boję się bezsennych nocy”. To objaw aspołeczności. Kiedy bywałem w domu ZAiKS-u w Konstancinie-Jeziornej, idąc na spacer, zawsze mijałem paru facetów, którzy nudzili się na ławce. Niekoniecznie byli pijani. Obok nich kawał ziemi, gdzie pomiędzy kępkami trawy były wielkie łysiny pozbawione zieleni. W Niemczech by powiedziano: „Przekopiemy teren i zasiejemy trawę”. Tu nic nie robili, państwo ma im zrobić. I to jest niesympatyczne. Można protestować, że przecież jest Owsiak, jakieś akcje… Tylko że to są wybuchy, a chodzi o to, żebyśmy tacy byli na co dzień.
Nie jesteśmy społeczeństwem obywatelskim.
– W jednym z felietonów w „Gazecie Wyborczej” prof. Magdalena Środa wspomina Barbarę Skargę, nieżyjącą już profesor filozofii, i jej relacje z sąsiadem, prostym człowiekiem, z którym przez lata wymieniali grzeczności, a pod koniec bardzo się zaprzyjaźnili. „Czy wiesz, kim jest twój sąsiad?”, pyta Środa. To ważne: interesować się człowiekiem, który żyje obok. Napisałem bodaj w „Pingpongiście”, jak mędrcy – nie kapłani, nie prorocy – rozmawiali o tym, co jest w życiu najważniejsze. Nie chodziło o Boga. Jeden mówi: dobre serce, drugi: dobra żona, trzeci: pieniądze, a wygrał ten, który powiedział: dobry sąsiad. Zdarzają się w Polsce wspaniali ludzie, nie można mówić, że ich nie ma. Jan Kulma podarował mi swoją książkę „Dykteryjki przedśmiertne”. Zapisał tam tę mądrość o dobrym sąsiedzie. Zapamiętał ją. I ja też pamiętam. Bardzo mnie martwi, że moja córka mieszka na 10. piętrze i nie ma sąsiada, bo to mieszkanie przerobione ze strychu.
Może to dobrze, że w pana przedziale kolejowym nie nawiązała się rozmowa, bo mogłaby przybrać nieprzyjemny obrót. Po Smoleńsku nie umiemy ze sobą rozmawiać, tak ostre są społeczne podziały.
– Czytałem listy czytelników „Gazety Wyborczej” do prezydenta. Listy bardzo ciekawe. Jakiś facet pisze: „Jestem gejem, jadę do Nowej Zelandii, gdzie nikt nie będzie mi zaglądał pod kołdrę”. Choć teoretycznie wszyscy mają jednakowe prawa w społeczeństwie, w praktyce ich nie mają. Jakaś pani, cytując Dudę: „Jestem człowiekiem dialogu”, pisze: „Nie wierzę ani jednemu pańskiemu słowu”. I racjonalnie wyjaśnia powody. Świetny wstępniak na ten temat napisał naczelny „Polityki” Jerzy Baczyński: „Wasz prezydent, nasz premier”. Nie zastanawia się nad tym, czy to możliwe, czy nie. Sytuacja jest inna niż przed laty, bo Jaruzelski na wszystko się zgadzał, Kiszczak też. Natomiast jeśli teraz wybory wygra PiS, prezydent, nawet jeżeli będzie miał dobrą wolę, będzie ubezwłasnowolniony. Tak więc dla niego jedynym ratunkiem jest porażka PiS, bo wtedy możliwa będzie kohabitacja. Będzie musiał się liczyć z rzeczywistością. Jeśli zaś PiS-owcy będą tworzyć rzeczywistość – już teraz widać to w artykułach Wildsteina i innych – zapowiada to zemstę.
Prof. Środa obawia się, że Pałac Prezydencki stanie się wręcz ośrodkiem nienawiści i niechęci do innych – niewierzących, wyznawców innej wiary czy w ogóle ludzi tolerancyjnych. Tymczasem Andrzej Duda zapowiada, że będzie prezydentem wszystkich Polaków, że będzie jednoczył naród. Czy to możliwe?
– Zdaje się, że duża część Polaków nie chce, żeby był prezydentem wszystkich Polaków.

Czarny PR króla Stasia

Książką „Mój przyjaciel król” przywrócił pan honor Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu, ostatniemu królowi Polski, którego szlachta obwołała zdrajcą, obwiniając o utratę Rzeczypospolitej. Dla społecznej aprobaty swoich działań zbudowała wokół niego czarną legendę. Dzisiaj mamy na to określenie „czarny PR”. Doświadczył go boleśnie prezydent Komorowski. To nasza niecna spuścizna po przodkach?
– W „Dzienniku na nowy wiek” jest moja rozmowa z Włodzimierzem Odojewskim – to są lata 2004-2005, a więc już po wydaniu książki o Stanisławie Auguście. Odojewski mieszka w Monachium i narzeka na to, co się dzieje w Polsce. „Najgorsze, że ja to wszystko opisałem”, mówię. On kiwa głową: „Tak. Dokładnie to samo, te same oszczerstwa, słownictwo, mówienie, że król jest tyranem, zakłada kajdany ludziom, że jest Neronem współczesnym”. Stanisław August – Neron, on, który nie potrafiłby zabić muchy! Opozycja to wszystko sobie wymyśla i głosi, że wolno go zabić, a młody Pułaski organizuje porwanie. Ale ponieważ w Polsce pewne rzeczy miękną, to i to porwanie zmiękło. W końcu wszyscy się rozbiegli, każdy coś ukradł – jeden złoty łańcuch, drugi coś innego. Został tylko jeden były Kozak, który mówi: „Przekonałeś mnie, jesteś moim królem”. I uratował Stanisława Augusta. Nazywał się Kuźmicz, miał też szlacheckie nazwisko. Później był sąd nad nimi, a król, który był przeciwnikiem kary śmierci, chciał, żeby darowano im życie. Sąd magnacki uznał, że nie wolno: państwo się rozpadnie. Zamach na króla – kara śmierci. Kuźmiczowi pozwolili wyjechać za granicę. Pojechał z rodziną do Włoch, a Stanisław August do końca życia wypłacał mu pensję. Takich ludzi było więcej. Potem mówiono, że król jest zadłużony. Nie było tak dlatego, że – jak mówili oszczercy – kradł czy wydawał na kobiety. Za swoje pieniądze utrzymywał dyplomację, Szkołę Rycerską, założył też fabrykę karabinów w Kozienicach. Dziś to jedyne miasto w Polsce, gdzie jest pomnik Stanisława Augusta, a właściwie jego popiersie.
Król nie ma nawet należytego grobu, bo w warszawskiej katedrze pochowano jedynie jego szczątki…
– Tak, za to wszyscy wiedzą, że Łazienki to Stanisław August Poniatowski. Marek Kwiatkowski, były dyrektor Łazienek, jest tego samego zdania o królu, co ja. Gdzieś na tyłach pałacu umieścił jego popiersie. Moją książką, kiedy się ukazała, zachwycili się dwaj niezwykli ludzie: Tadeusz Mazowiecki, który wprost mi o tym powiedział, i Jan Nowak-Jeziorański – co powtórzył mi Michnik, a później Aleksander Hall. Nowak-Jeziorański miał mu wyznać, że jest szczęśliwy, iż doczekał się takiej książki. Uważał, że Stanisław August i Piłsudski to dwie największe postacie w historii Polski, dwaj mężowie stanu. A potem Jana Nowaka-Jeziorańskiego pochowano w trumnie przeznaczonej dla Stanisława Augusta, która nie zmieściła się w katedrze. Na pogrzebie przemawiał ówczesny prymas Polski, Józef Glemp, który ten fakt podkreślił. Powołał się na króla „masona”! Różewicz do mnie zadzwonił i powiedział: „To twoja zasługa” (śmiech). A teraz „Mój przyjaciel król” ukazał się w wydawnictwie Tempora po ukraińsku…
Wcześniej był po litewsku.
– Litwini nawet do mnie napisali: „Ta książka zapełni białe plamy w naszej historii”. Nakład 1000 egzemplarzy. Jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę ludzi czytających po litewsku, to tak, jakby u nas wyszło 20 tys. Na Ukrainie, która liczy ponad 40 mln ludzi – ale duża część jest rosyjskojęzyczna – ukazało się tyle samo, też 1000 egzemplarzy. Ale książkę pięknie wydano! I przekład świetny. (Jakości przekładu litewskiego nie potrafię ocenić). Ważne też, że uszanowano posłowie, łącznie z podziękowaniami dla mojej żony i Biblioteki Narodowej.

Sarmacka spuścizna

Po wygranej PO w poprzednich wyborach parlamentarnych pisał pan, że ma nadzieję, że prezes Kaczyński nie wygra już żadnych wyborów…
– Capo di tutti capi…
Nie przewidział pan jednak tego, że PO zawiedzie swoich wyborców. Ludzi bulwersuje kolesiostwo, nepotyzm, szastanie państwowymi pieniędzmi (budowa niepotrzebnych lotnisk czy aquaparków), wreszcie brak poszanowania prawa – tu choćby skandaliczne działania komorników, opieszałość sądów, obojętność na sprawy kultury. A wszystko przy jednoczesnym braku odpowiedzialności za owe działania lub brak działań. To również sarmacka spuścizna?
– Do pani listy dodałbym jeszcze idiotyczną z punktu widzenia Platformy likwidację PIW. Nie wiem, w czyim to leży interesie… Ktoś rozbudza te cechy. Nie jest tak, że człowiek budzi się Sarmatą. Ale wyraźnie widać, że ktoś na to liczy. Ten naród wciąż jest poddawany ciśnieniu tych, którzy w sarmatyzmie widzą dla siebie quasi-ideologię. Dochodzi jeszcze nacjonalizm i faszyzm, czego dawniej nie było. Oczywiście byli w Polsce faszyści, ale nie mieli szans dorwać się do władzy. W latach 80., jeszcze przed Okrągłym Stołem, tu, w Czytelniku, mówiłem przy stoliku, że Polskę czeka anarchofaszyzm. Irena Szymańska na to: „Józiu, nie kracz”, ale Rysiek Matuszewski, jej mąż, który przed wojną studiował na uniwersytecie, przyznawał, że są podstawy. Faszyzm to niby jest ordnung: ma być porządek, ale w polskim wydaniu jest to anarchiczny faszyzm. Nie wiem tylko, czy ta pani, która krzyczała do premier Kopacz: „Ty kłamczucho!”, jest faszystką czy po prostu idiotką – bo teoretycznie nawet faszysta może być racjonalny. Co to jest?! To najgorsze warcholstwo. Jak można tak do innej kobiety i do premiera! Na „ty” do premiera i z obelgą?!
Kompletny brak poszanowania władzy. Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie.
– Tak, co było zresztą złudzeniem, dlatego że ten sam szlachcic wieszał się u pańskiej klamki i wojewoda robił, co chciał, a jemu się wydawało, że to od niego wszystko zależy, bo w wyborach da wojewodzie „kreskę”. Zagłoba mówi: „Dam kreskę”, a pan Michał opornych wysiecze. Sienkiewicz doskonale to rozumiał, dał temu wyraz w „Ogniem i mieczem”, kiedy jeszcze nie pisał „ku pokrzepieniu serc”. Pokazał w Zagłobie wszystkie sarmackie cechy: pił z Bohunem – bo wszystko mu było jedno, z kim pije, nie miał honoru – wiadomo przecież, jak zdobył sztandar, i że okutany tym sztandarem krzyczał: „Puszczaj, chamie! Daruję cię zdrowiem”…
Aby czerpać z doświadczeń pokoleń, trzeba jednak znać historię, i to tę prawdziwą. Tymczasem z sondażu przeprowadzonego przez Instytut Homo Homini wynika, że prawie 40% licealistów jest przekonanych, że powstanie warszawskie zakończyło się zwycięstwem Polaków, a 23% uważa, że zwycięstwem Żydów zakończyło się również powstanie w getcie… To od edukacji zależy, jaka będzie Polska w przyszłości: katolicka, karząca (za in vitro, aborcję, związki partnerskie, w ogóle wszelką inność) czy tolerancyjna, pełna miłości i szacunku dla bliźniego. Stawiam przymiotniki katolicka i tolerancyjna w opozycji, choć chciałabym, żeby był tu znak koniunkcji.
– Tak, mamy już zapowiedź, jaka ma być nauka historii: duma z naszych osiągnięć. Absolutnie zgadzam się z panią: powinna być historia prawdziwa. I mamy historyków, którzy ją pisali. Są i pomocnicze książki, quasi-felietonowe. Ale to, co się pisze o powstaniu warszawskim, uczniom nie pomaga. A teraz w szkołach wyraźnie zapowiada się program świadomego załgania. Boy już dawno chciał stworzyć Ligę Odełgania Polski.
Przydałaby się, i to bardzo.
– Oj tak. Ale mówił: „Obejrzałem się nago w lustrze i pomyślałem: za wątły jestem” (śmiech). A już wychowanie w duchu tolerancji dla innych jest podstawą.

Pisarze jak osobne planety

Widzę tu też zadanie dla pisarza, dla literatury. Z przykrością muszę jednak powiedzieć, że literatura ma dziś coraz mniejsze znaczenie. Nikt nie mówi, że jakiś pisarz jest sumieniem narodu, żaden ze współczesnych nie dostał przywileju zamieszkania na Zamku Królewskim czy w dworku w darze od społeczeństwa. Nie toczą się wielkie dyskusje wokół książek. Bodaj ostatnia dotyczyła „Sąsiadów” Grossa, ale nie dotyczyła wartości artystycznych, tylko odkłamywania historii.
– Kiedyś te dyskusje odbywały się w środowisku: w ZLP na Krakowskim Przedmieściu, w kawiarni Czytelnika, w prywatnych domach. Teraz wszyscy się od siebie oddalili. Ja np. w ogóle nie znam pokolenia pisarzy wcale nie najmłodszego, bo 50-latków. Ktoś mieszka na Podkarpaciu, ktoś w Krakowie, ktoś inny na Śląsku… Nie znamy się. Kiedy zaczynałem pisać, stykaliśmy się ze starszym pokoleniem, m.in. z Mieczysławem Jastrunem, Tuwimem, Nałkowską. Dzięki temu, że istniało środowisko, możliwe było organizowanie różnych akcji i zbieranie podpisów. Istniały sekcje prozy, poezji, omawiania książek. Czasem dochodziło do scysji…
Dziś jeśli jest głośno o jakimś pisarzu, to nie dlatego, że napisał świetną powieść, ale ponieważ stał się bohaterem środowiskowego skandalu – pożyczył pieniądze od innej pisarki i zamiast oddać, upublicznił ich intymne relacje. Albo dlatego, że reklamuje luksusowy samochód…
– Nie ma środowiska. Pani Małgorzata Karolina Piekarska, która jest prezesem oddziału warszawskiego ZLP liczącego prawie 1000 członków, robi, co może. Pisze do nas, przesyła informacje.
Ależ to jest masa! Gdzie są ci ludzie?
– Warszawskie stowarzyszenie nie jest w stanie niczego załatwić, przeciw niczemu wystąpić. Dawniej wystarczył protest i Gomułka czy nawet Gierek chwytali się za głowę: „O, literaci protestują!”. Ktoś jechał z kwiatami do Lema, rozmawiał… Pisarze dużo znaczyli. Przy naporze władzy, gdy ludzie są zmuszeni do milczenia, szept staje się krzykiem. Teraz tego nie ma: nie podoba ci się władza, gadajże sobie! Najwyżej nie dostaniesz stypendium.
A wyobraża pan sobie w Polsce zbrodnię, której tłem jest spór o literaturę czy filozofię? Czytam, że w Rostowie nad Donem w kolejce po piwo jeden z mężczyzn postrzelił drugiego z powodu różnicy zdań na temat „Krytyki czystego rozumu” Immanuela Kanta. Co prawda, podłożem kłótni był alkohol, ale nie wyobrażam sobie, by w Polsce pijaczkowie kłócili się o Kanta.
– (śmiech) To jest Rosja! Tam się naprawdę dużo czyta. W „Dzienniku na nowy wiek” opisałem swoje wrażenia z pobytu z córką w Moskwie i Petersburgu. Właśnie wyszła tam moja książka i na każde spotkanie z bądź co bądź nieznanym im pisarzem przychodziło co najmniej 150 osób.
Magdalena Parys, pisarka mieszkająca w Niemczech, laureatka Europejskiej Nagrody Literackiej, w jednym z felietonów napisała, że tam spotkania z pisarzami są płatne. Bilet wstępu kosztuje 5-10 euro i sale są pełne…
– Raz tak miałem u nas w Poznaniu, w teatrze. Obawiałem się, że nikt nie przyjdzie, ale było 30 osób, zapłaciły po 10 zł. To, co jest za darmo, jest mniej cenione. Niemcy mają rację, że tak robią. Ludzie chodzą i płacą – trzeba płacić, więc jest wartościowe.
Tymczasem aż wstyd przytaczać dane: w ubiegłym roku zaledwie 41% Polaków przeczytało choć jedną książkę! 9 mln w ogóle książki nie miało w ręku, a 10 mln nie ma ani jednej w domu… Nikt nie krępuje się przyznać do tego, że nie czyta. Z elitą polityczną na czele.
– W 1992 r. w „Życiu Warszawy” zapytano polityków, co przeczytali w czasie wakacji. Okazało się, że czytał tylko Cimoszewicz. Kwaśniewskiego nie pytano, bo nie był jeszcze prezydentem. Dowiedziałem się wtedy, że matka kazała Jarosławowi Kaczyńskiemu przeczytać „Milczące między nami”. „Po kilkudziesięciu stronach odrzuciłem tę książkę ze wstrętem”, oznajmił. Konwicki tak to spuentował: „Co chcesz, to książka o miłości do kobiety, jest bardzo erotyczna”. Ja wyciągam jeszcze inny wniosek: narratorem powieści jest były dąbrowszczak, czyli pani Jadwiga Kaczyńska uważała to za naturalne.
À propos alkoholu, w książce „Mój przyjaciel król” cytuje pan słowa jednego z braci Yorke (ich ojciec, sir Hardwicke, był speakerem w Izbie Lordów), który odradza Stanisławowi Augustowi, goszczącemu akurat w Londynie, „królowanie”: „Nie ma żadnych szans. Staś nie pije – jak się dogada ze szlachtą?!”.
– Piękna scena. Prawdziwa, wyjęta z listów.

Trzeba mieć szczęście

Pięknie i wzruszająco pan pisze, „Crimen”, „Nikt nie woła” czy opowiadania z tomu „Szóste, najmłodsze”, długo by wymieniać. Znakomite książki. Ale za piękne pisanie nie doczekał się pan na razie Nike… W tym roku także nie.
– Nie, nawet nie dali informacji o kolejnym tomie dziennika. Juliusz Kurkiewicz, z którym mnie poznał Jacek Szczerba, powiedział, że czuje się „zaszczycony”, ale nie napisał o tej książce nic. Może nadmiar szacunku? W jego gazecie nie było też żadnej wzmianki o nagrodzie, którą przyznał mi miesięcznik „Odra”.
Za to Warszawa uhonorowała pana prestiżową Nagrodą Literacką. No i żadnego z polskich pisarzy nie przedstawiano za granicą jako laureata Oscara…
– W Finlandii (śmiech). W latach 70. Polska miała w koprodukcji z Finlandią wziąć udział w remake’u fińskiego filmu „Walc wagabundy”, straszliwej patriotycznej ramoty z 1945 r. Miałem wtedy problem z paszportem po publikacjach w paryskiej „Kulturze” i „L’Express”. Pisałem pod pseudonimem, ale wyśledzono, że to ja. I Konwicki ze Ściborem-Rylskim, szefem zespołu Pryzmat, wymyślili, że jeśli będę pisał scenariusz, władza będzie musiała pozwolić mi jechać. Ale odmówili mi paszportu i zawiadomili fińskiego producenta, nazywał się Mäkelä, że nie mogę przyjechać, bo miałem zawał serca. Odpisał, że kiedy robili film „Lenin w Helsinkach”, kooperanci ze Związku Radzieckiego mieli 30 zawałów serca…
Wyjechałem do Zakopanego, jest sierpień, dzwoni Ścibor i mówi: „Stary, jedziemy, wracaj”. I opowiada, jak było – to jest właśnie Polska Ludowa! Wiceminister kultury, Janas, mówi do Ścibora: „Kogo mi pan daje?! Ludzi, którzy nie mogą dostać paszportu!”. A Ścibor: „Ja nie wiem, kto może dostać paszport, ja wiem, kto może napisać scenariusz. Ma pan swoich kumpli tam, w bezpieczeństwie, niech pan dzwoni do nich i niech dadzą Józkowi paszport”. Janas wyszedł do drugiego pokoju, wraca po kwadransie: „Jutro będzie paszport”. Ale to była zasługa Willmanna, ambasadora Polski w Helsinkach, który wciąż depeszował: „Dlaczego nie przyjeżdża Hen?! Finowie mówią, że Polska odmawia współpracy kulturalnej, a do Finlandii ma przyjechać towarzysz Gierek!”. Bo Finowie mieli budować w Polsce fabrykę papieru, oczywiście na kredyt, więc się z tego zrobiła poważna sprawa. W końcu dali mi paszport z zastrzeżeniem: „Niech pan się tylko nie przyznaje, że nie miał zawału”.
I co było dalej?
– Jestem w Finlandii, odbywa się konferencja prasowa, na niej z ośmiu dziennikarzy. Nikt nie pyta o mój zawał, interesuje ich twórczość. Kilka lat wcześniej słowacki film „Bokser i śmierć” nakręcony na podstawie mojego opowiadania dostał nagrodę w San Francisco za „humanizm treści”. Opowiedziałem o tym. A nazajutrz miał przyjechać Gromyko. Oglądam potem gazetę: małe zdjęcie Gromyki, duże Ścibora i moje oraz tytuł: „Laureat Oscara u nas”. Im tam wszystko jedno: San Francisco czy Hollywood. Życie pełne przygód.
W Finlandii nie było cenzury. My ją nadal mamy, choć formalnie jej nie ma. To cenzura komercyjna. Tylko dlatego nie wznowi się książki, że wydawca obawia się, iż jej nie sprzeda. „Królewskich snów” już od 25 lat nie ma na rynku. Wydawnictwa boją się wznowień, bo jak wychodzi nowa książka, jest szansa, że gazety o niej poinformują, przy wznowieniu raczej nie. A cisza nad książką oznacza niską sprzedaż. „Królewskie sny” są pokazywane w telewizji, ale nie w Jedynce, bo są tam husyci i konflikt z prymasem.
Jednym słowem, poprawność polityczna. Czy dbałość o nią nie wydaje się panu czasami przesadna? Kiedy terrorysta okazuje się muzułmaninem, dziennikarze kluczą, by tylko nie podać tej informacji…
– Informacja powinna być podana. Mamy do niej prawo. Wyjątkiem są sytuacje, gdy jest szkodliwa i np. wkracza w działania CBA czy wywiadu. Zamiast o poprawność polityczną powinno się dbać o przestrzeganie konstytucji i prawa: że będzie karane nawoływanie do morderstwa, nienawiści, obrażanie głowy państwa. Pamiętam sprzed wojny, jak człowiek dostał półtora roku więzienia za obrazę Mościckiego. Wszystko jest przewidziane w Kodeksie karnym i konstytucji. Niepotrzebna jest żadna polityczna poprawność.
Doczekał się pan godnego następcy. Pana syn, Maciej, opublikował świetnie przyjętą przez krytykę powieść „Solfatara”. Jest pan z niego dumny?
– Czytałem tę powieść w maszynopisie. W „Dzienniku…” mam zapis: „Czytam na przemian twoją książkę i Bertranda Russella”. Maciek często był pierwszym czytelnikiem moich książek. Miał 17 lat, kiedy napisałem „Crimen”. „Tato, to bomba!”, powiedział. Okazało się, że Maciek ma słuch literacki. On w ogóle ma słuch, przecież także komponował. Pisał tę książkę długo z różnych powodów, m.in. również dlatego, że pracuje – jest w Polsacie realizatorem oświetlenia. Skończył szkołę filmową, operatorkę. Można się zastanawiać, czy gdyby napisał tę książkę szybko, byłaby taka bogata… Miał przerwy w pisaniu, czas, by nad nią myśleć. Jeżdżąc autokarem z ekipą telewizyjną, pisał kolejne kawałki i tak zebrało się 800 stron. A czy jestem dumny? Jestem autorem autora, jak powiedział Aleksander Dumas o swoim synu.
Bohater pana książki „Ja, Michał z Montaigne” uważa, że świat jest nienaprawialny, a człowiek jest ułomny zarówno w dobrym, jak i złym. Świat wciąż przed nami stawia wyzwania, które każą opowiedzieć się po którejś stronie: imigranci, terroryzm, rosnące nierówności społeczne… Każdy z nas zapewne chciałby myśleć, że stoi po jasnej stronie mocy. Gdzie szukać balansu, żeby w lustrze móc spojrzeć sobie w oczy?
– Jest trochę nadziei w tym, że człowiek jest ułomny w złym… Idąc na balkon, zawsze przechodzę obok zdjęcia mojej żony z dwuletnią Madzią na ręku. Niedawno powiedziałem Madzi: „Twoja mama była zawsze piękną kobietą, ale naprawdę wypiękniała po porodzie”. A Madzia na to: „Bo była szczęśliwa”. Zakochana w córeczce. Myślę teraz, jakie to było szczęście – moje życie obok niej, z towarzyszeniem kilku innych pięknych kobiet, które się przewijały. A teraz wstaję rano, mam coś zrobić, gdzieś pójść, ale to nie jest prawdziwe życie. To prawdziwe było przy niej, w tamtych czasach. Dlatego trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Mówi pani ze starym człowiekiem…
Przeszedł pan piekło wojny, cudem uniknął śmierci, poznał gorzki smak wykluczenia. Poprzez dzieje swoich bohaterów, a one są po części pana dziejami, pokazuje pan, że człowiek nie może uciec od własnego losu. Bo jaki mógł pan mieć wpływ na wybuch wojny czy powstanie obozów koncentracyjnych, w których zginęła pana rodzina? Kogo mam o to pytać, jak nie pana?
– Moi czytelnicy, ci uważni, wiedzą, że pokazuję im, jak wszystko jest relatywne. Jak np. kiedyś nie miałem 2 zł i to uratowało mi życie. Albo podejrzliwość Stalina, który wycofał mnie razem z innymi obcokrajowcami z frontu… Gdyby tego nie zrobił, nie rozmawialibyśmy tu. Bo jako cekaemista miałem chronić kompanię podczas ataku i wycofać się ostatni. A ze 130 żołnierzy tej kompanii zostało 18. Po prostu trzeba mieć szczęście. Ale to nie znaczy, że mam je na zawsze, więc żadna kula mnie więcej nie trafi. Faktem jest, że nad Nysą nie trafiła, a powinienem był zginąć kilka razy przez swoją głupotę. Ale widocznie było powiedziane, że mamy tu, w Czytelniku, rozmawiać…
A więc ważne jest szczęście, ale i ludzie wokół nas. Powiedział pan, że to przy żonie było prawdziwe życie. Ależ ona jest przy panu cały czas…
– To prawda. Dzisiaj to sobie uświadomiłem. Ale żeby być bliżej pani pytań: prof. Gadacz, którego cenię, uważa, że jeśli w liceum będzie filozofia, ludzie będą lepsi. Na to odpowiadam, że dobrego człowieka trzeba kształtować już w przedszkolu, nie mówiąc o tym, że w podstawówce. Nie chodzi o to, żeby znał Kanta, ale by go wychowywać w duchu tolerancji. I to by było zadanie Kościoła, a nie walka z in vitro. Ważne jest też, by z internetu i telewizorów płynęła nie nienawiść, tylko przyzwoitość. Dżentelmeństwo, gra fair, taka sportowa, bez dopingu. Jeśli to będzie przeważać, mogę uwierzyć, że z młodego człowieka wyrośnie dobry człowiek, prawdziwy Europejczyk, którym ja w głębi ducha jestem od 1938 r., czyli od zaboru Sudetów.

Wydanie: 41/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy