Prawie wszyscy z mojej klasy zginęli

Prawie wszyscy z mojej klasy zginęli

Prof. Zdzisław Sadowski, żołnierz powstania warszawskiego: To było szaleństwo, ale musiałem w tym wziąć udział

Prof. Zdzisław Sadowski – profesor zwyczajny Wydziału Nauk Ekonomicznych UW, honorowy prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. Był m.in. zastępcą pełnomocnika rządu ds. reformy gospodarczej (1981-1985) oraz wicepremierem rządu ds. reformy gospodarczej (1987-1988). Pracował jako zastępca dyrektora Centrum Planowania Rozwoju ONZ w Nowym Jorku.

Żołnierz powstania warszawskiego w Grupie Bojowej Krybar AK. W latach 1945-1946 więzień polityczny. Oskarżony i skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu w procesie 13 studentów.


Porozmawiamy o powstaniu warszawskim, którego był pan żołnierzem?
– Nie przypuszczałem, że będę jeszcze rozmawiał z panem o powstaniu, ale temat ten jest mi zawsze żywy i bliski. Niedawno w PRZEGLĄDZIE postawiono pytanie, czy nie należałoby uznać 1 sierpnia za dzień żałoby narodowej. Otóż zdecydowanie nie. Powstanie jako akcja polityczna było niewątpliwie szaleńczym, bezsensownym krokiem, który przyniósł bezprzykładne straty. Ale dla nas, ówczesnej młodzieży warszawskiej, to było wielkie, wspaniałe wydarzenie. To prawda, że skończyło się klęską. Ale klęską, choć innego rodzaju, skończyło się też powstanie listopadowe. Nie sądzę, aby zasadna była teza, głoszona kiedyś przez prof. Aleksandra Gieysztora, że powstanie było potrzebne dla podtrzymania ducha polskości. Kiedy szedłem do powstania, nie było mi potrzebne żadne podtrzymywanie ducha, bo wszyscy go mieliśmy.

Udział w powstaniu to było wielkie przeżycie osobiste, potężne i wspaniałe. Nie tylko dla mnie, ale dla moich kolegów i koleżanek, wszyscy razem przeżywaliśmy to kapitalnie, choć wielu z nas ze świadomością tego, że znaleźliśmy się w jakimś niebywałym idiotyzmie, który został nam narzucony jako sposób działania. Miałem 19 lat, to już miałem trochę rozumu. Poszedłem do powstania z taką opinią, i wyszedłem z niego z taką samą – że podjęto działanie bez sensu, kompletne szaleństwo, ale to wspólna dola, trzeba wziąć udział i robić, co się da.

Wiesław Chrzanowski mówił mi to samo! Że był bardzo przeciwny powstaniu, zresztą też był narodowcem, i że wszyscy jego koledzy byli przeciw. Ale poszli.
– No właśnie. Ale w kategoriach osobistych to było wspaniałe przeżycie, którego tak wielu nie przetrwało. Nie zapomnimy przecież nigdy tych tak wielu koleżanek i kolegów, którym nie dane było przetrwać. Nie zapomnimy wymordowanej ludności Woli. Nie zapomnimy naszego zdruzgotanego miasta, po którego ulicach wypadło nam chodzić wśród mogił i po ogromnych stertach gruzów. Włącznie z tym, co mnie spotkało. Bo ja dosyć wcześnie przestałem działać. Już 23 sierpnia zostałem trafiony i skończyło się moje powstanie.

Zerwało mi tętnicę…

Trafił w pana pocisk?
– Tak, granat z moździerza. W pewnej chwili poczułem, że coś mi się wali na plecy. A to był odłamek granatu, który uderzył mnie w splot barkowy. Przerwał mi tętnicę, więc zaczęła mocno tryskać krew. Akurat obok była grupa sanitariuszek, które zaniosły mnie szybko do szpitala polowego. Na szczęście był blisko, tuż przy naszych kwaterach. Był ranek, więc szybko przybiegli dość licznie koledzy i koleżanki. Pamiętam, że wszyscy patrzyli na mnie z grobowymi minami, czego nie rozumiałem, bo czułem się bardzo dobrze. Ale prawdopodobnie traciłem dużo krwi i nędzniałem w oczach. Zostało mi jednak wspomnienie, że śmierć z upływu krwi jest bardzo przyjemna – spokojna i człowiek do końca dobrze się czuje. A potem straciłem przytomność. I przez wiele godzin jej nie odzyskiwałem.

Ale ją pan odzyskał.
– Wtedy od razu pojawił się ksiądz, który dał mi ostatnie namaszczenie. Kiedy pojąłem, co robi, zrobiło mi się smutno, ale wyjaśnił, że to na wszelki wypadek, i tak już trwa. Najpierw to wszystko się kłębiło. Potem coś zaczęło mnie niepokoić. Oczekiwałem, że nasi już niedługo zwyciężą, a w oddziale śpiewaliśmy: „Pójdzie wiara gromadą, alejami z paradą, w nową Polskę, co powstanie z naszej krwi”. Tymczasem leżałem w szpitalu i myślałem: O cholera, ja nie zdążę na tę defiladę. Rzeczywiście, nie zdążyłem.

Nie było defilady.
– Ani nowej Polski. Lekarz powiązał mi, co mógł, tylko z nerwami nie dał sobie rady. Prawa ręka z niechwytną dłonią została mi na zawsze. Nie mogę jej normalnie używać. Ale dobrze, że ręka jest. Takie zatem główne wspomnienie zostało mi z powstania. Ono jednak nie decyduje o moim ogólnym spojrzeniu. Oczywiście nadal ubolewam nad decyzją o jego wybuchu. Tak się złożyło, że parę lat później miałem możliwość wysłuchania referatu gen. Bora-Komorowskiego, który wystąpił w Genewie na spotkaniu z miejscową Polonią. Ja byłem wtedy na stażu w Organizacji Narodów Zjednoczonych. Żona pamięta mój nastrój po powrocie do domu. Podniecenie i oburzenie. Po prostu nie mogłem sobie z tym poradzić. Na spotkaniu nie zabrałem głosu. Wydawało mi się, że jak przemawia mój naczelny dowódca, to co ja mogę powiedzieć. A on powiedział tak: „Proszę państwa, myśmy przecież mieli dwóch wrogów. Podjęcie decyzji o powstaniu było bardzo trudne, zwłaszcza że mieliśmy broni na trzy dni. Ale proszę państwa! Myśmy byli zupełnie pewni – cytuję dosłownie – że Armia Czerwona przyjdzie nam z pomocą!”.

Nie zajmuję się jednak analizą decyzji naszych ówczesnych wodzów. Już za dużo o tym wiemy. Powstanie i wszystkie jego następstwa stały się przecież nieodwracalnym faktem. Niech nam zostanie trochę dumy i zadowolenia z tych wielu przeżyć, które na to zasługują. Ale musimy pogodzić się z tym, że nasze powstanie było nie zwycięstwem, tylko wielką klęską.

Przez wszystkie lata okupacji należałem do Narodowych Sił Zbrojnych, tam skończyłem podchorążówkę, ale nie uczestniczyłem w żadnych akcjach wojennych. Czekaliśmy na powstanie. Kiedy jednak ono wybuchło, nie miałem łączności z moim oddziałem. Zaciągnąłem się więc do oddziału Armii Krajowej i już na zawsze zostałem żołnierzem AK. To mi odpowiadało, bo nie bardzo rozumiałem te polityczne wyodrębnienia w odniesieniu do wojska.

To był Krybar?
– Tak. Mieszkaliśmy na Powiślu. Najbliższe od mojego domu dowództwo znalazłem na Tamce, tam poszedłem i zaciągnąłem się jako kapral podchorąży „Czarski”. Pseudonim był przypadkowy. Tak się znalazłem w zgrupowaniu Krybar.

Pan chodził do Batorego? Przed wojną to liceum miało opinię endeckiego. Z tego powodu wymieniono w nim dyrektora.
– O tym nic nie wiem. Przedtem chodziłem do Zamoyskiego, tam była atmosfera Polski rzymsko-katolickiej i religijności. W kaplicy szkolnej moja klasa stawała przy wielkiej tablicy z napisem „Dulce et decorum est pro Patria mori”. Zastanawiały mnie te słowa, a potem przestałem im wierzyć.

Ale u Batorego – i w szkole, i w drużynie harcerskiej, 23 WDH – dostawaliśmy silną dawkę wiary w polskość i troski o dobro państwa. Kiedy więc przyszła okupacja, było oczywiste, że zaraz trzeba zanurzyć się w konspirację.

W szkole nie wszystko mi się podobało. U Batorego w moich czasach panował kult Piłsudskiego. Chyba w trzeciej klasie otrzymaliśmy od nauczyciela historii polecenie, żeby każdy przygotował zeszyt o marszałku Piłsudskim według własnego pomysłu. W mojej rodzinie nie było kultu Piłsudskiego, przeciwnie, była przykra pamięć o zamachu majowym. Ale zeszyt musiałem przygotować. Szwagier, inżynier, zrobił piękną okładkę i zeszyt dobrze się prezentował. Natomiast indywidualne działania były różne. Mnie w wieku 13 lat nie wystarczyła aktywność w drużynie harcerskiej i wstąpiłem do szkolnych grup ONR.

Jest pan więc ONR-owcem?
– Już od dawna nie. Ale po wojnie, kiedy byłem oskarżonym w tzw. procesie 13 studentów, pisali o mnie w gazecie: „Sadowski, przedwojenny ONR-owiec”.

Trzynastoletni…
– Kiedy wracam wspomnieniem do tego czasu, to widzę, że gdy koledzy zaproponowali mi wstąpienie do ONR, w nazwie pociągało mnie określenie Radykalny. Ja też się czułem radykalny, oczywiście bez troski o sens tego słowa. Hasła antyżydowskie też mogły odegrać jakąś rolę, choć nie czułem żadnej wrogości do Żydów i uważałem za bardzo normalne takie formy codziennego współżycia, jak kupowanie używanych podręczników szkolnych w żydowskich sklepikach na Świętokrzyskiej, a ubrań – z Mamą na Gęsiej.

Pan był w ABC czy w Falandze?
– W ABC. Falangę potępialiśmy. Kiedy przyszła wojna i okupacja, było jasne, że trzeba wejść do konspiracji. To właśnie istniejące kontakty sprawiły, że stałem się członkiem Narodowych Sił Zbrojnych. W czasie okupacji naszym pismem był „Szaniec”.

Sporo moich kolegów znalazło się na Woli

Stanisław Likiernik we wspomnieniach cytuje rozmowę z przyjacielem Romanem Bratnym, która odbyła się na dzień przed wybuchem powstania. Obaj mówili, że Stalin zatrzyma się i poczeka, aż Niemcy zgniotą powstańców. I pocieszali się, że skoro oni to wiedzą, to ich dowódcy tym bardziej, i coś na to zaradzą.
– Cieszę się, że wspomniał pan Likiernika. Stanisław był jednym z moich bliskich kolegów z liceum chemicznego, do którego chodziliśmy w latach 1940-1942. Tak się złożyło, że stał się w końcu jedynym moim kontaktem z powstańczą przeszłością. Zmarł niedawno, dopiero parę miesięcy temu, a kontakt telefoniczny mieliśmy niemal do końca.

W klasie było sporo chłopców zaangażowanych w jakąś konspirację, ale o tym oczywiście się nie mówiło, to się czuło. O nim sądziliśmy, że jest czynnym uczestnikiem jakichś akcji zbrojnych, potem się okazało, że należał do Kedywu. Oczywiście walczył w powstaniu. Był niezwykle odważny, wiele razy ranny, ale zawsze z tego wychodził. Śmiał się, że go nie mogą dobrze trafić. A po wojnie wyjechał do Francji i tam został. Udało mi się nawiązać z nim kontakt. Zawsze przyjeżdżał do Warszawy na rocznicę wybuchu powstania. Był zapraszany jako zasłużony członek Kedywu, przyjmowany z honorami. Nasz dom też zawsze odwiedzał i staraliśmy się dbać o niego, jeśli było trzeba. Któregoś roku sierpień był bardzo zimny, więc do wynajętego pokoju zawiozłem mu piecyk elektryczny, farelkę. Jego najbardziej ucieszyło to, że wicepremier rządu, którym wtedy byłem, osobiście przywiózł mu ogrzewanie.

Likiernik to niewątpliwie postać zasługująca na pamięć i uznanie za dokonania wojenne. Miał przy tym sprawny umysł i ostry język.

Likiernik opowiadał też, jak do powstańców odnosiła się ludność cywilna. Że pod koniec to było jedno: „A idźcie stąd!”.
– Tak, nastawienie ludności cywilnej było przykrą sprawą. Myśmy też to odczuli, bo z czasem coraz mniej przychylnie byliśmy przyjmowani w tych piwnicach. Najpierw było podniecenie, poklepywano nas, ludzie popierali. A potem było coraz gorzej…

Wiedzieliście o rzezi Woli?
– W czasie powstania – nie. Dopiero później. Miałem dużo relacji, bo wielu moich kolegów z Batorego znalazło się na Woli. Tam walczyli. I w większości zginęli. Z mojej klasy prawie wszyscy zginęli.

Wszystko się paliło, był wielki pożar

Zdaje się, że szpital uratował panu życie.
– Z pewnością, bo był blisko i zaraz znalazł się znakomity lekarz, dr Żegliński, który mnie uratował.

Szpital polowy na Konopczyńskiego powstał od razu w pierwszych dniach powstania, a do głębokich piwnic domu o numerze 5/7 został przeniesiony w końcu sierpnia i szybko zaczął się zapełniać, bo trwały walki. Szpital nasz został na pewien czas utrwalony w pamięci dzięki działalności pani Bogny Janke, która z pomocą Muzeum Powstania Warszawskiego założyła w tych piwnicach swego rodzaju dobrze wyposażoną izbę pamięci. Po odejściu naszych oddziałów i wejściu Niemców w szpitalu zostały trzy dziewczyny, które ratowały rannych i wyciągały ich z piwnicy. Wyciągnęły i mnie, a jedna z nich, Jadzia, potem przyjaciółka do końca życia, specjalnie się mną zaopiekowała. Wokół wszędzie się paliło, był potężny pożar, ale Jadzia zaprowadziła mnie na Uniwersytet, gdzie Niemcy kazali się zbierać.

Tam otrzymaliśmy polecenie, że trzeba iść z ludnością cywilną na Dworzec Zachodni. Poszliśmy więc, chociaż byłem ranny w nogę, ale doszliśmy… Znaleźliśmy się w końcu na tym Dworcu Zachodnim. A tu inny świat! Pociągi ruszają, jeździ kolejka elektryczna. Jakiś przypadkowy kolega się znalazł. Spojrzeliśmy po sobie. Wchodzimy do pociągu? Wchodzimy! I pojechaliśmy. Dopiero potem uprzytomniłem sobie, że myśmy wyszli z piekła, a tam było normalne życie. Wysiedliśmy w Milanówku. Dlaczego tam? Przypadek. Nazwa nam się spodobała. Okazało się, że w Milanówku jest punkt konsultacyjny dla rannych. A tam się dowiedzieliśmy, że w jakiejś willi jest Szpital Ujazdowski, i trzeba tam się zgłosić. Spędziłem tam trochę czasu. W końcu zacząłem się ruszać. O kuli. Moje pierwsze wyjście ze szpitala było niepokojące, dlatego że w pewnej chwili zza rogu wyszedł żołnierz niemiecki. To zareagowałem odruchowo – sięgnąłem po pistolet. A go nie miałem.

Rodzice puścili pana do powstania?
– Tu nie było dyskusji. Powiedziałem, że wychodzę.

Prawie jak na śmierć.
– No tak, ale człowiek zawsze uważa, że nic mu się nie stanie. Jak leżałem w szpitalu, to jeszcze zdołali mnie odwiedzić. A potem, już po upadku powstania, spotkaliśmy się w Iłży. Odnaleźliśmy się. Chodziłem tam do szpitala na jakieś elektrowstrząsy, żeby ratować rękę, i tam mnie pogryzły wszy. Złapałem tyfus plamisty, rodzice mieli duży kłopot ze mną, bo szykowałem się znowu na drugą stronę. W czasie tego tyfusu przeżywałem powstanie po raz drugi. Dzień po dniu. Akcja po akcji. Mam to więc utrwalone.

Dlaczego po wojnie nie poszedł pan do lasu, tylko na uniwersytet?
– Być może dlatego, że byłem już inwalidą. Właściwie w wojsku nie miałem już perspektyw.

A gdyby był pan zdrowy?
– Musiałbym odtworzyć tamten nastrój… Ale nie sądzę, żebym wtedy uważał, że rację bytu ma działanie zbrojne przeciwko powstającemu organizmowi państwowemu, jaki by nie był. Krótko mówiąc, Hubal mi się podobał, ale tylko tyle. Nie, żeby próbować budować jakąś partyzantkę w tym kraju. Odbudowywać kraj – to tak. Plan odbudowy gospodarczej skupił naszą uwagę. Jako pokojowa działalność, podnosząca poziom życia w kraju. To było hasło, to chcieliśmy robić. Mimo bezpieki. Więc nie poszedłbym do wojska, do lasu.

Czy dlatego, że nie było szansy zwycięstwa?
– Nie było żadnej szansy wygrania. Natomiast była wielka potrzeba odbudowy kraju.

Taki nastrój dominował – że odbudowujemy ten kraj

A jak pan trafił do więzienia?
– Bez trudu. Dlaczego mnie aresztowali? Oczywiście wtedy tego nie wiedziałem. Ale jak się już znaleźliśmy w więzieniu, trwało śledztwo, to pocztą więzienną jakoś to się wyjaśniło. Okazało się, krótko mówiąc, że na uczelniach warszawskich powstały organizacje bratniej pomocy. Na SGH również i tak się złożyło, że mnie wybrano na przewodniczącego miejscowego Bratniaka. Okazało się również, że na innych uczelniach na przewodniczących Bratniaków też powybierali ONR-owców. Bezpieka oczywiście tym się zainteresowała. Najpierw aresztowała chłopaka z Politechniki Warszawskiej, a on ujawnił nazwiska kolegów z innych uczelni. I nas aresztowali zaraz potem i nie puścili, dopóki nie zrobili procesu. Procesu 13 studentów. To był pierwszy pokazowy proces. W gazetach o tym było bardzo dużo.

Pisali – Sadowski, przedwojenny ONR-owiec…
– Na ławie oskarżonych było nas 13. Ja znałem czterech czy pięciu z tej grupy. Pozostałych w ogóle nie znałem. Ale to był czas, kiedy pod przywództwem Bolesława Piaseckiego powstała grupa Dziś i Jutro, czyli późniejsze Stowarzyszenie „Pax”. Bardzo bliskim współpracownikiem Piaseckiego był Mieczysław Kurzyna, z którym znałem się bardzo dobrze z czasów okupacji. Podczas śledztwa pytano mnie o kolegów, ja starałem się mówić ogólnie i przekręcałem nazwiska. Na przykład zamiast Kurzyna – Puzyna.

Niby blisko, ale inaczej.
– I już na procesie któregoś dnia przydzielona mi adwokatka, którą uważałem za przedstawicielkę Urzędu Bezpieczeństwa, więc nie miałem do niej zaufania, podeszła do mnie i zapytała: „Ale pan wie, jak on naprawdę się nazywa?”. A ja wyczułem moment i powiedziałem: „Pewnie, że wiem”. A ona: „Bo jest tutaj redaktor z »Gazety Ludowej« i powiedział mi, że on go zna. I że można go zaprosić i on zezna na pana korzyść”. To pięknie! Okazało się, że redaktorem z „Gazety Ludowej” był Władysław Bartoszewski. I on przysłał mi tego Kurzynę, który zeznał, że żadnych działań antypaństwowych z mojej strony nie było. I dzięki temu dostałem wyrok w zawieszeniu. A jak wróciłem z więzienia, prof. Edward Lipiński zaraz mnie zaprosił na asystenta. Wyszedłem w czerwcu, a we wrześniu już byłem asystentem Lipińskiego. Już zacząłem normalną drogę zawodową. A sytuacja sprzyjała szerokiej refleksji, bo był nastrój, że jednak nie jesteśmy pod nową okupacją.

W radzieckiej niewoli?
– Że owszem, mamy na głowie Armię Czerwoną, ale jednocześnie mamy możność decydowania o swoim losie. Gomułka przecież mówił o ustroju mieszanym, socjalistyczno-kapitalistycznym. Że to my sami tutaj będziemy decydować, jak ten ustrój będzie się kształtował. A jednocześnie było wielkie wyzwanie – plan trzyletni, a właściwie Plan Odbudowy Gospodarczej. Przecież kraj był w strasznym stanie! Każdy miał świadomość, że jest przed nami cholerna robota do zrobienia. Powstał Centralny Urząd Planowania z Czesławem Bobrowskim na czele – moi koledzy zaczęli tam się garnąć. Dominował taki nastrój, że odbudowujemy ten kraj.

W tym czasie też się zaczął napływ młodzieży wiejskiej na studia. Podobało mi się, że mamy taką zmianę sytuacji. Choć jako asystentowi czasem głupio mi było wymieniać nazwiska młodzieży. Koleżanka Cyc zabierze głos! Koleżanka Świnionoga! Ale trzeba było…

Gomułka był na rękach noszony

A Wilno? Lwów? Łatwo było się pogodzić z tą stratą? Szczecin i Wrocław to nie była dobra rekompensata?
– Nie, nie. Lwów i Wilno… Mieliśmy poczucie, że zostaliśmy fatalnie wystawieni przez sojuszników. Ale jednocześnie mieliśmy świadomość, że jesteśmy przygnieceni i że nikt nam nie pomoże. Że musimy sami sobie radzić.

A potem przyszedł stalinizm…
– To był ponury okres. SGH została przemianowana na SGPiS i stała się kuźnią nowych kadr, jak to zostało określone. Starzy profesorowie musieli odejść, ja zostałem wykopany do biblioteki. I tak miałem dobrze, bo inni wylądowali na bruku. Uratowało mnie PWN i linia wydawnicza, którą wtedy przyjęli: wydawanie podstawowych dzieł z dziedziny ekonomii. Na przykład została wydana po polsku książka Keynesa, ja nawet wstęp do niej napisałem. Posadzili mnie do przekładu Adama Smitha, którego pierwsza księga była już przetłumaczona przed wojną, ale reszta nie. Wobec tego zrobiliśmy przekład Smitha. Tak sobie radziłem. To był ciężki okres.

Ale się skończył…
– Po tych siedmiu latach Październik ’56 z Gomułką został powitany jako wielkie wydarzenie. Gomułka był naprawdę noszony na rękach, kiedy wrócił z Moskwy. I okazało się, że on cały wrócił, a zestaw rosyjskich doradców odleciał. To było poczucie zwycięstwa. A potem… Andrzej Walicki określił to jako okres stopniowego odchodzenia od totalitaryzmu. Po Październiku powstał nastrój na reformowanie. To nie bardzo wychodziło. Gomułka z tego się wycofał, był okres niepewności. Ale co do jednego była pewność – istniało przekonanie, że trzeba zmieniać system. Stopniowo umacniał się nastrój przychylny dla reformowania gospodarki. W różnych ośrodkach nad tym się zastanawiano.

Pan też w to się włączył…
– Zostałem powołany na zastępcę pełnomocnika rządu ds. reformy, którym był Władysław Baka. To był rok 1981. Baka był moim studentem, on mnie zaprosił do tego przedsięwzięcia. Bardzo się wahałem. Ale nie zgłosiłem sprzeciwu, ponieważ rzeczywiście uważałem, że trzeba reformować gospodarkę. Poprawiać. Taki był wtedy nastrój. On trwał przez wiele lat. Ale teraz już znaleźliśmy się w zupełnie innej przygodzie.

Wydanie: 35/2018

Kategorie: Wywiady

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy