Przepraszam za przepraszam

Proszę mnie nie przepraszać, skruszeni Niemcy. Proszę mnie nie przepraszać, wzruszeni Radzieccy i wy, zdziwieni Angielscy, też mnie nie przepraszajcie. Nie przepraszajcie mnie za Wasze czyny sprzed 60 lat, podczas powstania warszawskiego. Dzisiejsi Niemcy nie muszą mnie przepraszać za działania ówczesnej armii niemieckiej i jej sojuszników. Nawet za czyny, które można dziś nazwać zbrodniami. Armia wykonywała swoje obowiązki, chcąc jak najszybciej złamać opór powstańców i popierającej ich ludności. Zbrodnie napawają wstrętem, wywołują sprzeciw, ale trudno wymagać od władz okupacyjnych i wojskowych w ówczesnej Warszawie, aby przywitały powstańców chlebem, solą i symbolicznymi kluczami do bram miasta.
Nie muszą mnie przepraszać, wbrew gromkim pomrukom prezydenta stolicy, Kaczyńskiego, dzisiejsze władze Rosji. Za ówczesną bierność Stalina i jego głównodowodzących przy udzieleniu pomocy walczącej Warszawie. Nie tylko dlatego, że ówczesną stroną konfliktu nie była Rosja, lecz ZSRR. Czyli należałoby oczekiwać przeprosin nie tylko od dzisiejszej Rosji, lecz także Ukrainy, Białorusi, Litwy, Łotwy, Estonii, Kazachstanu, Gruzji, Azerbejdżanu i jeszcze innych państw postradzieckich. Nie chcę od nich przeprosin. Ostatecznie Armenia albo Mołdawia może przesłać karton koniaku.
Nie chcę przeprosin od dzisiejszych Anglików za ówczesne kalkulacje polityczne ich rządu, za powstrzymywanie się z pomocą powstaniu. Ani od Amerykanów, zwłaszcza że od nich obecne władze stolicy i kraju przeprosin też nie chcą. Chociaż USA były wówczas ważnym koalicjantem, podobnie jak ZSRR. Silnym, a mimo to nie aż tak jak obecnie. Nie chcę też przeprosin od innego dużego koalicjanta, od Chin. Teoretycznie Chiny mogły wysłać nam wtedy wojska na pomoc, albo przynajmniej samoloty. Ale nie wymagam aby Chiny, podobnie jak USA, zajmowały się już wówczas drugorzędną Polską.
Przepraszam, że nie chcę słyszeć od wyżej wymienionych słowa „Przepraszam”, ale decyzja o wybuchu powstania warszawskiego była suwerenną wolą ówczesnych władz polskich. Jak zgodnie potwierdzają historycy, podjęto ją bez szczegółowych konsultacji, bez zgody czy informacji aliantów. Jeśli podejmuje się samodzielne decyzje, to, o czym wie każdy dorosły człowiek, ponosi się też odpowiedzialność za ich skutki. Im bardziej decyzja jest suwerenna, tym pełniejsza jest odpowiedzialność. Decyzja o powstaniu była w pełni suwerenna, słyszałem o tym z licznych, przepełnionych dumą z tej suwerenności, ważnych i opiniotwórczych ust, toteż odpowiedzialność powinna być pełna.
Powstanie przegrało, bo decyzja, choć suwerenna, oparta była na błędnych informacjach i kalkulacjach. Przykre jest, że kiedy polskie władze podejmują suwerenną decyzję, kończy się to klęską. Czyżby im mniej suwerenności w Polsce, tym mniejsze zagrożenia dla narodu?
Skoro decyzja o powstaniu była w pełni suwerenna, to przeprosin oczekiwałby jedynie od ówczesnych władz podziemnej Polski. Przepraszamy Narodzie, chcieliśmy dobrze, ale przelicytowaliśmy. Ofiara nie poszła na marne. Ale z przyczyn powszechnie znanych stamtąd przeprosin nie będzie.
Nie będzie też przeprosin z ust ludzi, którzy uważają się za ideowych i politycznych spadkobierców ówczesnych władz Polski podziemnej. Przeciwnie, to właśnie oni oczekują przeprosin od państw ościennych za skutki suwerennej decyzji władz polskich. Dlatego coraz bardziej skłaniam się ku doktrynie o ograniczonej suwerenności.

Wydanie: 33/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy