Dwa zabobony

Dwa zabobony

Jeden z największych polskich filozofów XX w., także logik i historyk logiki, swego czasu rektor Uniwersytetu we Fryburgu, dominikanin Józef Maria Bocheński (1902-1995) wydał w latach 80. książkę „Sto zabobonów”. Powstawała w Szwajcarii, jej pierwsze polskie wydanie było samizdatem. Dopiero po 1989 r. ukazała się w Polsce legalnie. Jak długo była dostępna tylko w tzw. drugim obiegu, jako wspomniany samizdat, była bardzo popularna w kręgach intelektualnych czy, szerzej, wśród inteligencji. „Sto zabobonów” czytali profesorowie i co odważniejsi pożyczali dyskretnie adiunktom. Co śmielsi adiunkci pożyczali ukradkiem zaufanym asystentom, a ci ostatni zaufanym studentom. Krótko mówiąc, książkę tę się czytało i dyskutowało o niej. Dziś jest jak najniesłuszniej zapomniana. Oczywiście Bocheński świadomie prowokował czytelników, tu i ówdzie mocno przesadził, ale zawsze robił to inteligentnie i, mówiąc najogólniej, zwykle miał rację.
Patrząc na to, co się dzieje w naszej debacie publicznej, chciałbym przypomnieć tylko dwa ze stu zabobonów, o jakich mowa w książce. Pierwszy to dziennikarz, drugi – intelektualista.
O dziennikarzach Bocheński pisał tak: „dziennikarz jest sprawozdawcą i niczym innym. Jest specjalistą w zbieraniu, przedstawianiu i podawaniu innym informacji. (…) Ale w ciągu ostatniego wieku dziennikarze przywłaszczyli sobie inną funkcję, a mianowicie występują w roli nauczycieli, kaznodziei moralności. Nie tylko informują czytelników i słuchaczy o tym, co się stało, ale wydaje się im, że mają prawo pouczać ich, co powinni myśleć i czynić (…). Wiara, że tak ma być, że należy mu wierzyć, gdy nas poucza, jest jednym z typowych zabobonów współczesnych. Dziennikarz nie jest przecież ani specjalistą w żadnej nauce, ani autorytetem moralnym, ani przywódcą politycznym (…). Dziennikarz musi pisać o najróżniejszych rzeczach, o których zwykle niewiele wie, a w każdym razie nie posiada głębszej wiedzy. Dziennikarz jest więc z konieczności dyletantem. Uważać go za autorytet, pozwalać mu pouczać innych ludzi, jak to się obecnie czyni, jest zabobonem”.
Bocheński pisał to kilkadziesiąt lat temu. Co napisałby dzisiaj? Co napisałby o dziennikarzach agitatorach, którzy zamiast przekazywać informacje, przekazują partyjną propagandę? Co napisałby o tzw. dziennikarzach śledczych, którzy puszczają w lud informacje podpowiedziane im przez służby policyjno-żandarmeryjne jako tzw. przecieki kontrolowane, a jeśli już sami coś ustalają w formie dziennikarskiego śledztwa, najczęściej polega to na grzebaniu w życiorysach przeciwników politycznych ich zleceniodawcy. A co o dziennikarzach upowszechniających w narodzie obsesje swoich paranoicznych patronów politycznych? A co o dziennikarzach tabloidów wydzierających ludziom resztki prywatności, by w formie zdjęcia i krótkiej plotki jako komentarza zadowolić ciekawość tych, dla których więcej niż pięć linijek tekstu jest nie do przebrnięcia? Ale wszystkich tych dziennikarzy łączy jedno – absolutne przekonanie, że są czwartą władzą, w dodatku całkowicie niekontrolowalną i nieodpowiedzialną, a każdą próbę pociągnięcia do odpowiedzialności za słowo, także to kłamliwe czy obraźliwe, solidarnie traktują jako zamach na wolność słowa i głośno o tym krzyczą.
Jak widać, od czasów, gdy Bocheński pisał swoje „Sto zabobonów”, dziennikarstwo znacznie nam się rozwinęło. Przybyło też stacji telewizyjnych, rozgłośni radiowych i gazet. Siła oddziaływania dziennikarzy na społeczeństwo wzrosła wielokrotnie.
Innym godnym przypomnienia zabobonem jest zabobon intelektualisty. Intelektualistą według Bocheńskiego jest człowiek wykształcony, który nie ma nic wspólnego z życiem gospodarczym, w szczególności nie jest robotnikiem. Intelektualista, pisze Bocheński, tym na ogół się wyróżnia, że „zabiera publicznie głos i chce uchodzić za autorytet w sprawach moralności, polityki, światopoglądu, filozofii”. „Wierzenie w autorytet intelektualisty jest dosłownie na niczym nieoparte. Tak na przykład profesor wykładający historię nowożytną jest zapewne autorytetem, gdy chodzi o rewolucję francuską, ale nie jest w zakresie użytkowania energii atomowej. Skoro więc taki profesor podpisuje wraz z kolegami wyspecjalizowanymi w ceramice chińskiej, zoologii, względnie w rachunku prawdopodobieństwa deklaracje dotyczące tej energii, popełnia jaskrawe nadużycie autorytetu, tym gorsze, że wywołuje to wrażenie, iż to sama nauka się wypowiada”.
Dodać wypada, że pewien szczególny typ intelektualistów jest z lubością zapraszany przez dziennikarzy do telewizji. Pewna pani profesor, podobno socjolog, jest nader chętnie zapraszana do rozmaitych politycznych dyskusji, w których bredzi na potęgę o rozmaitych spiskach, ukrytych mechanizmach polityki, ostatnio o „krótkich listach” osób przeznaczonych do stracenia, a mniej wykształcony telewidz jest przekonany, że te brednie to wnioski z badań naukowych pani profesor i musi mieć o socjologii nie najlepsze zdanie.
Albo ostatnio jakby przez media zapomniany, a szkoda, bo bardzo zabawny profesor, w PRL wykładowca nauk politycznych (studenci nazywali takich politrukami), w III RP udawał ogromnego znawcę służb specjalnych, układów i spisków oplatających Polskę. I znów demonstrowane w studiu objawy paranoi mogły być brane przez mniej wyrobionych telewidzów za osiągnięcia rodzimej socjologii czy nauki polskiej w ogóle.
Gawiedź lubi oglądać, słuchać (rzadziej czytać, bo to przecież wysiłek!) takich dziennikarzy i takich intelektualistów. Dlaczego? Bocheński to wyjaśnia: bo brakuje jej zaufania do własnego zdrowego rozsądku. Dodać można, że nie mogąc zrozumieć mechaniz-
mów skomplikowanego świata, najchętniej przyjmuje wyjaśnienia proste, dające się ogarnąć niewielkim nawet rozumem, a takie objaśnienia serwują jej tacy właśnie intelektualiści. Żyje więc w tym zabobonie i pielęgnuje go.

Wydanie: 27/2012

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy